Myślenice. Dziś Dzień Nauczyciela. Czego życzy nauczycielom Nauczyciel Roku 2021?

Katarzyna Hołuj
Katarzyna Hołuj
Dariusz Martynowicz ze statuetką dla Nauczyciela Roku 2021
Dariusz Martynowicz ze statuetką dla Nauczyciela Roku 2021 Fot. Zyta Czechowska
Rozmowa z Dariuszem Martynowiczem, polonistą w Zespole Szkół – Małopolskiej Szkole Gościnności w Myślenicach, który właśnie został wybrany Nauczycielem Roku 2021. O pasji, pracy, pieniądzach, kredzie i tablecie, a nawet o góralach.

FLESZ - Bon na kulturę. Do wydania 400 euro!

Został Pan Nauczycielem Roku, ale czy zostaje Pan w szkole? Teraz, za rok, za 5 lat?
To jest zawód, który kocham i to był mój wybór. To jest moje miejsce. Najważniejsze spośród różnych moich aktywności, jest dla mnie to co robię w klasie, czyli praca z moimi uczennicami i uczniami. Dlatego bardzo chciałbym zostać w szkole.

Podczas gali wspomniał Pan jednak, że może być z tym różnie i że będąc najmłodszym polonistą w szkole niezależnie od Pana woli może Pan być tym, który będzie się musiał pożegnać z pracą w szkole, jeśli nauczycielskie pensum zostanie podniesione. Przypuszczam, i zresztą sam Pan kiedyś o tym pisał, że nie zostałby Pan „na lodzie”, bo odnalazłby się w korporacji, albo biznesie, w którym poniekąd już Pan działa, prowadząc firmę szkoleniową.
Tak, ale pomimo że prowadzę swoją działalność, nie chcę i nie potrafię odejść ze szkoły. Przynajmniej na razie.

Co Pana w niej trzyma?
Uczniowie. I to, że to jest praca, która ma sens i która sprawia dużo radości. Są momenty, kiedy czuję się zniechęcony jakimiś kontrowersyjnymi wypowiedziami polityków albo przytłaczającą biurokracją, i nagle wieczorem niespodziewanie otrzymuję na Messengerze wiadomość od ucznia, którego kiedyś uczyłem i który pisze, że lekcje które prowadziłem zostawiły w nim jakiś trwały ślad i były dla niego ważne. Że obserwuje moją działalność, trzyma kciuki. Są też wyznania jeszcze bardziej wzruszające. Ale je zostawię dla siebie.
Te one nie pozwalają mi póki co zostawić tej roboty mimo różnych trudnych momentów.

Trudnych?
W kwestii perspektyw zmian w pensum, czyli czasie pracy nauczycieli, do których nawiązałem podczas gali, pewne rzeczy wymagają dookreślenia. Ze strony ministerstwa padają zapewnienia, że szkoła będzie bardziej dostępna dla ucznia, a nowe propozycje wzmocnią prestiż zawodu nauczyciela.
Teraz nauczyciel szkoły ponadpodstawowej, który pracuje 18 godzin przy tablicy musi mieć realnie tych godzin 20 albo 21, ponieważ istnieje coś takiego jak uśrednienie. Podniesienie pensum z 18 do 22 godzin w przypadku nauczycieli szkół ponadpodstawowych oznaczałoby realnie 25 godzin przy tablicy. Do tego dochodzą „okienka”, bo rzadko zdarza się tak, aby nauczyciel miał lekcje pod rząd. Średnio nauczyciel ma 2-3 okienka. Jeśli optymistycznie ma dwa okienka, godzin tygodniowo robi się już 27. Dodatkowo minister mówi, że będziemy musieli dokumentować i monitorować swoją pracę, udowadniając, że 8 godzin tygodniowo spędziliśmy w szkole, będąc w kontakcie z uczniami, rodzicami. W te 8 godzin mają być wliczone także wycieczki, zebrania i rady pedagogiczne. Jak to zliczyć, to godzin robi się już 35.
Nauczycielom zostaje więc 5 godzin w tygodniu na przygotowanie się do – uwaga – 25 lekcji, a ponadto na sprawdzanie prac i zadań domowych. Oczywiście, wuefiści tego nie robią, ale już poloniści tacy jak ja tak i uważam, że to nierealne, żeby nauczyciel, który jest pasjonatem i poważnie podchodzi do swoich obowiązków, zmieścił się z tymi obowiązkami w tych godzinach.
Co więcej, nie idą za tym żadne zasadnicze zmiany w naszym wynagrodzeniu. To, co mnie szczególnie dotyka, to manipulacja faktami. Propozycje nazywa się podwyżkami, a to przeciętne 1000 zł, które ma dostać średnio polski nauczyciel to nie są podwyżki, ale pieniądze, które wynikają ze zwiększonej liczby godzin. Te, jeżeli przemnożymy je przez średnie wynagrodzenie za godzinę nadliczbową, to wyjdzie nam ok. 800 zł w wypadku nauczyciela dyplomowanego.
To co jeszcze jest ważne, również dla nauczycieli z powiatu myślenickiego, to to, że zmianie ma ulec dodatek wiejski. Dziś wynosi on 10 proc. wynagrodzenia zasadniczego brutto. W przypadku nauczyciela dyplomowanego, to niespełna 410 zł. Natomiast pan minister chce wprowadzić stałą kwotę 300 zł niezależnie od stopnia awansu zawodowego. Stracą na tym nauczyciele doświadczeni, mający najwięcej przepracowanych lat w szkole.
Te propozycje są upokarzające, bo sugerują, że nauczyciele nie potrafią dodawać i odejmować.

Dwa lata temu, przed strajkiem nauczycieli, na swoim profilu w mediach społecznościowych zamieścił Pan dowód przelewu wypłaty: niespełna 2700 zł na rękę. Dużo się od tego czasu zmieniło?
Były 15-procentowe podwyżki do pensji zasadniczej. Tyle się zmieniło. Nietrudno się domyślić, że nasze pensje wzrosły średnio o 800-1000 zł brutto, a mówimy o nauczycielach dyplomowanych zatrudnionych na cały etat, najbardziej doświadczonych, czyli z najwyższym stopniem awansu zawodowego.

Ile dziś Pan zarabia „na rękę”, jeśli to nie tajemnica?
Nie pracuję w pełnym wymiarze godzin. Przy 14/18 godzinach tablicowych jest to około 3400 zł. Nauczyciel dyplomowany zatrudniony na cały etat ma ok. 3600-4000 “na rękę”. Dramatyczna jest sytuacja stażystów. Bo oni, na początku swojej pracy, czasem nie mają żadnych dodatków - ani za wychowawstwo, ani za lata stażu, ani motywacyjnego. Ich zasadnicza pensja wynosi dzisiaj… 2949 zł brutto, czyli około 2300 “na rękę”. Wstyd mi o tym nawet mówić.

Wspomniał Pan, że jako nauczyciel dyplomowany, czyli najwyższego stopnia awansu zawodowego doszedł „do ściany”?
Tak, bo jako nauczyciela dyplomowanego już żadne wyzwanie finansowe mnie nie czeka. Jedyne, co podwyższa moje wynagrodzenie, to dodatek stażowy, czyli 1 procent pensji zasadniczej naliczany do roku do czasu osiągnięcia przez nauczyciela 20 lat pracy.
Różnica między wynagrodzeniami nauczycieli a ludźmi w sektorze prywatnym spowoduje, że nauczyciele, którzy nie boją się zmian, często ci najlepsi, po prostu rzucą pracę. Sam miałem w ubiegłym roku propozycję od jednego z krakowskich wydawnictw. Na start oferowano mi 8000 zł brutto, w tym dwa z pięciu dni pracy mógłbym pracować zdalnie.

Został Pan jednak w szkole...
To jest jedna perspektywa, perspektywa finansów, a oczekiwania finansowe to nie wszystko. Chodzi o coś jeszcze. O to jak jesteśmy traktowani. Reprezentuję zwykłych nauczycieli, bo nie należę do żadnego związku zawodowego. Jest wielu takich nauczycieli jak ja, którzy oczekują dialogu, wysłuchania naszych racji, wzięcia ich pod uwagę, potraktowania nas po partnersku. Od lat domagamy się tego głosu.
Myślę, że w naszym nauczycielskim świecie panuje już tak wielka frustracja, że czara goryczy przelewa się na naszych oczach. Wielu nauczycieli rozgląda się za nową pracą. Nie mają już siły protestować, ani nadziei na to, że zostaniemy wysłuchani. Podejmują często dramatyczne decyzje i odchodzą ze szkół. Na Facebooku jest nawet grupa skupiająca nauczycieli, którzy zmienili swój zawód. Zauważyłem, że bardzo się rozrasta. I będzie jeszcze gorzej.

Podczas przemówienia przy okazji odbioru nagrody mówił Pan sporo o tym co jako nauczyciela Pana martwi. Ktoś napisał nawet, że wygłosił Pan expose. Gdyby powiedziano Panu jutro: może Pan zmieniać szkołę, jak chce, jaka byłaby Pana pierwsza decyzja?
Byłoby nią zwołanie „okrągłego stołu”, który zgromadziłby przedstawicieli różnych stron, które tworzą edukację. Nie tylko przedstawicieli związków zawodowych, nie tylko przedstawicieli Ministerstwa Edukacji i Nauki, ale też nauczycieli nienależących do związków, organizacji pozarządowych zajmujących się edukacją i uwaga – rodziców i uczniów. Uważam, że bardzo poważnym problemem polskiej szkoły jest w tym momencie to, że dość mały głos mają w niej uczniowie, a to przecież oni są w niej najważniejsi. Nikt ich nie pyta, co chcieliby czytać, jakie kompetencje są dla nich ważne, jakiej szkoły by chcieli i co chcieliby w tej szkole robić. I oczywiście nie chodzi o to, aby pacjent stał się lekarzem, bo szkoła to nie gabinet lekarski. Ale ich perspektywa jest ważna.

Jako polonista mówi Pan również o potrzebie zmian także w kanonie lektur, odświeżenia go i odchudzenia. Na czym szczególnie Panu zależy?
Nowa reforma programowa, która weszła razem z powrotem 4-letnich liceów, przewróciła zupełnie kanon lektur. Wcześniej, w 3-letnim liceum lektur obowiązkowych było trzynaście, teraz jest ich… ponad czterdzieści. Zdecydowanie za dużo. Edukacja polonistyczna przypomina w tym momencie skrócony kurs I roku polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest bardzo dużo klasyki, bardzo dużo polskiej literatury, brakuje za to ważnych pozycji z literatury XXI wieku. To, co najbardziej mnie drażni to to, że wśród lektur nie ma tego co uczniowie chcieliby czytać, czyli książek najnowszych. Zostawiłbym kanon dzieł najważniejszych, bo cenię polską kulturę, ale wpuściłbym do niego książki wydane po roku 2000, zarówno autorów polskich, jak i zagranicznych. Fajnie byłoby, gdyby znalazłaby się w nim książka wydana właśnie po roku 2000, której autor bądź autorka otrzymała Literacką Nagrodę Nobla lub Nagrodę Nike.
Chciałbym też, aby edukacja polonistyczna była otwarta na nowe kody kulturowe: film, animację, komiks, gry komputerowe. To jest prawdziwy świat naszych uczniów, oni w nim funkcjonują, a nie mają szansy porozmawiać o nim w szkole.

To też po części Pana świat. Jest Pan pasjonatem nowych technologii i nie waha się ich używać w swojej pracy.
Tak, może nie korzystam z nich w takim stopniu jak uczniowie, ale jestem przekonany, że nowoczesne technologie mogą być sensowym sprzymierzeńcem nauczyciela w tym, aby się zbliżyć do uczniów. Na moich lekcjach zdarza się, że projektujemy jakąś grę, która dotyczy konkretnej lektury lub konkretnego twórcy, np. Stanisława Wyspiańskiego. Albo robimy internetową „burzę mózgów,”, która polega na tym, że uczniowie na telefonie komórkowym odpowiadają na zadane przeze mnie polecenie i ich odpowiedzi ukazują się na rzutniku w formie ogrodu odpowiedzi.

Podczas pandemii i zdalnego nauczania korzystać z nowych technologii musieli już wszyscy nauczyciele bez wyjątku, także ci omijający je wcześniej szerokim łukiem.
Czas pandemii pokazał, że nowoczesne technologie są ważne. I mimo wielu trudności, należy docenić to, że w polskiej szkole nastąpił przeskok przynajmniej o kilka lat świetlnych. Gdyby nie pandemia i zdalne nauczanie nauczyciele dalej zostaliby przy kredzie i tablicy, a tak siłą rzeczy zostali zmuszeni do innej formy komunikacji z uczniami i do tego, żeby poszerzyć swój warsztat metodyczny.
Paradoksalnie ten czas dla wielu nauczycieli był czasem bardzo rozwojowym, a czasem wręcz przełomowym. Szkoląc nauczycieli, później dostawałem od nich setki e-maili, w których dziękowali mi za to, że uwierzyli, że potrafią, a niektórzy z nich czuli się, jakby odkryli Amerykę. Jestem bardzo dumny z polskich nauczycieli. Wydaje mi się, że w większości robili, co mogli, aby poradzić sobie w tym trudnym czasie i wesprzeć uczniów. Oczywiście nie wszyscy. Ale jednak.

Czy zatem według Pana tablica i kreda to już przeżytek?
Nie. Uważam, że ważną rzeczą i wartością we współczesnej edukacji jest nieuleganie skrajnościom i różnorodność. Wartościowa jest kreda i tablica, ale wartościowe są też nowoczesne technologie. I tak jak można przeprowadzić genialną lekcję przy użyciu smartfona, albo kredy i tablicy, tak samo można zepsuć lekcję przy użyciu smartfona albo kredy i tablicy.
Tak samo nie da się jednoznacznie stwierdzić, że zdalne nauczanie jest przekleństwem. Ani, że jest błogosławieństwem.
Przekleństwem pewnie tak, bo wielu uczniów nauczyciele „zgubili”, bo niektórzy ukrywali się za czarnymi ekranami, nie wiedzieliśmy czy uczestniczą w lekcjach czy może grają w tym czasie w Minecrafta. Trudno było się dowiedzieć, co działo się z ich emocjami, z ich psychiką. Na pewno jest grupa, którą dotknęły kryzysy, depresja, problemy w nawiązywaniu relacji z rówieśnikami. Widzę to też w swojej klasie, z którą rozpocząłem pracę we wrześniu 2020 roku. Ale jest też grupa uczniów, której te formy i metody pracy odpowiadały bardziej niż nauka stacjonarna. Wielu uczniów z tej grupy potraktowało je jako szansę. Mam uczennicę, która dzięki nauce zdalnej zrobiła dodatkowy kurs on line z angielskiego, bo miała na to siłę, przestrzeń i czas.

Oprócz tego, że jest Pan nauczycielem i trenerem, jest Pan także społecznikiem i jako społecznik współtworzył Pan m.in. projekt Regio-mural Kliszczacy, którego owoc – mural z napisem „gościnność” z wyróżnionym słowem „inność”, został latem 2019 roku zniszczony. Nie zniechęciło to Pana i niedawno mural został odnowiony, zresztą za pieniądze z nagrody, którą Pan otrzymał. Ta historia to dla Pana lekcja? A jeśli tak to lekcja czego?
To była lekcja pokory. Lekcja, która dała do zrozumienia, że czasem proste i czytelne intencje mogą być opacznie zrozumiane. Na muralu jest kogut, symbol wsi, są kłosy zboża, dawne kwiaty, które rosły na pcimskich łąkach. I jest słowo gościnność, które etymologicznie jest złożone ze słów gość i inność. Nie ma co przypisywać mu ideologii, której ono nie promuje. Ideologizowanie jest zresztą obecnie dużym problem w Polsce. Podobnie było z symbolem tęczy. Tęcza malowana przez dzieci jest po prostu tęczą. Te warsztaty były cudownym przeżyciem dla dzieciaków z całej gminy Pcim. Po pierwsze uczyły się o góralach kliszczackich, czyli o swojej tożsamości i kulturze, po drugie dowiadywały się czegoś nowego o street arcie, o prawach autorskich, a wreszcie mogły zrobić coś razem i to coś tak niecodziennego.
Oprócz lekcji pokory była to też dla mnie lekcja tego, że warto walczyć o to, co jest dla nas ważne. I że nie warto się poddawać. Dlatego też cieszę się, że uzyskałem zgodę Pana Wójta na odnowienie muralu.

Czego z okazji Dnia Nauczyciela życzy Pan swoim koleżankom i kolegom po fachu?
Życzę nam spokoju. Tego, żebyśmy wierzyli, że to, co robimy, ma sens. Żebyśmy się nadmiernie nie emocjonowali kontrowersyjnymi wypowiedziami, tylko robili to, co jest ważne w naszej klasie. Żeby otworzyła się perspektywa realnego dialogu z tymi, którzy decydują o edukacji. Tego życzę nam wszystkim - nauczycielom,uczniom i rodzicom.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Z
Zbigniew Rusek
Praca w korpo nie jest odpowiednia dla polonisty oraz są to debilne posadki, z których nie ma pożytku. Korporacje powinno się rozwiązać, a biurowce wyburzyć. Wydawnictwo to jest praca dla polonisty (tam powinni być poloniści - jako redaktorzy czy korektorzy), ale korporacja - ABSOLUTNIE NIE.
Dodaj ogłoszenie