Na "Długu" byłam dwa razy

Redakcja
- Tak, przecież pokonałam ją przed rokiem podczas mistrzostw świata w Seulu, gdzie zajęłyśmy drugie miejsce. Wprawdzie przegrałam z nią tutaj w turnieju indywidualnym, lecz nie byłam tym zdeprymowana. Problem polegał na tym, że gdy wchodziłam na planszę, przegrywaliśmy dwoma punktami. Ten wynik narzucał mi ofensywny styl walki. A z Vezzali powinnam walczyć defensywnie. Inaczej z nią się nie wygra.

Rozmowa z wicemistrzynią olimpijską w drużynie, SYLWIĄ GRUCHAŁĄ

 - Czy wychodząc do ostatniego pojedynku dnia z Włoszką Vezzali wierzyłaś, że możesz wygrać?
 - Co powiedział trener przed tą walką?
 - Nic specjalnego. Po prostu, że nie mam nic do stracenia, że muszę dać z siebie wszystko. I dałam. Dopiero w końcówce, gdy wysoko przegrywałam, a czas się kończył, przestałam wierzyć w sukces.
 - Z którego pojedynku tego dnia jesteś najbardziej zadowolona?
 - Chyba tego z Chinkami, gdy przegrywałam 37-39 i zwyciężyłam do 43. Byłam bardzo skoncentrowana i długo nad tym pracowałam, żeby podejść do tej ostatniej walki ze stoickim spokojem. Także z półfinału z Niemkami jestem bardzo zadowolona.
 - Czy ciężko jest utrzymać kncentrację przez cały dzień? Przecież rozpoczęłyście eliminacje przed południem, a finał był o 18.45...
 - Bardzo ciężko. W walce o złoto byłam już bardzo zmęczona, gdyż była długa, 3-godzinna przerwa po półfinale. Wolałam walczyć od razu. Zjadłam w tym czasie tylko bułkę z serem i gruszkę. To był od rana mój cały posiłek. Przed finałem starałam się nie myśleć o wielkiej szansie, jaką mamy. Były momenty załamania, ale potrafiłam je przezwyciężyć.
 - Czy jesteś zawiedziona szybkim odpadnięciem z turnieju indywidualnego?
 - Tak się niefortunnie złożyło, że ze względu na ranking zostałam rozstawiona z numerem 16 i już w walce o miejsce w ósemce wpadłam na Vezzali. Nie, nie jestem zła. Ta porażka mnie zmobilizowała do walki w turnieju drużynowym. W tej chwili jestem zdegustowana porażką w finale z Włoszkami, ale jutro będę na pewno szczęśliwa z powodu zdobycia srebrnego medalu.
 - W przerwie między walkami włączałaś walkmana. Z jaką muzyką?
 - To były polskie ballady, na przykład Kasi Kowalskiej. Często tak się koncentruję przed pojedynkami, bardzo lubię muzykę rockową i popową. Do poważnej muszę jeszcze dojrzeć.
 - Jak to możliwe, że w ciągu kilku miesięcy zostałaś mistrzynią Europy i wicemistrzynią olimpijską oraz zdałaś maturę?
 - Sama się nad tym zastanawiam. Na pewno wiele zawdzięczam nauczycielom w Gdańsku, którzy zgodzili się na indywidualny tok nauczania. Stosunkowo niewiele musiałam czytać, gdyż chodziłam na indywidualne wykłady.
 - Od jak dawna zajmujesz się szermierką?
 - Od siedmiu lat. W szkole podstawowej, w której się uczyłam, były klasy z lekką atletyką i szermierką. Ale akurat w tym czasie, gdy miałam wybierać, zlikwidowano zajęcia z lekkiej atletyki. Z wyborem floretu też nie było dylematu, bo treningów szabli i szpady nie było. Najwięcej zawdzięczam trenerowi Longinowi Szmitowi, on wspiera mnie w ciężkich chwilach. Potem przyszedł jeden sukces za drugim i tak zostało. Jedyne, co mnie denerwuje, to fakt, że media nie zwracają uwagi na szermierkę.
 - Co zrobisz z pieniędzmi, które otrzymasz za ten medal?
 - Przeznaczę je na wykończenie domu, w którym mieszkam z rodziną w Gdańsku. To jest taki dom przedzielony na połowę, jedna część jest moja.
 - To wyjątkowa sytuacja, że szermierka dała Ci jakąś materialną satysfakcję. Czy nie wolałabyś uprawiać dyscypliny, która uczyniłaby Cię bogatą?
 - Może brzmi to śmiesznie, ale ja się cieszę, że w szermierce nie ma dużych pieniędzy. Naprawdę. Myślę, że gdyby były, walczyłabym głównie dla nich. A ja chcę walczyć dla siebie, dla własnej satysfakcji. Tak jest lepiej. Poza tym, przecież medal olimpijski zapewnia mi rentę po zakończeniu kariery. Jest to więc konkretna i wielka korzyść.
 - Kto najbardziej ucieszył się z Twojego sukcesu?
 - Mama i mój chłopak, Piotr Zagórski. Piotr jest piłkarzem Lechii Gdańsk. Miał ostatnio propozycję z Pogoni Szczecin, ale wolał grać w drugiej lidze, niż siedzieć na ławce rezerwowych w pierwszej. Poznaliśmy się w maturalnej ławce, na pierwszą randkę zabrał mnie do kina. Na jaki film? Zaraz sobie przypomnę... To był "Dług". Cały seans do mnie gadał, więc potem musiałam pójść na ten film jeszcze raz.

Rozmawiał Krzysztof Kawa

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie