Na finał - goście

Redakcja
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
VI Letni Festiwal Opery Krakowskiej był w tym roku krótki, ale treściwy, ujęty w klamrę wydarzeń, wobec których żaden podwawelski miłośnik opery nie mógł pozostać obojętny. Na rozpoczęcie mieliśmy piękny Straszny dwór Moniuszki na dziedzińcu zamku w Niepołomicach, na zakończenie - Operę Śląską z Bytomia przedstawiającą dzieła od dziesiątków lat nie oglądane na krakowskiej scenie: Trubadura Giuseppe Verdiego i Tannhäusera Richarda Wagnera. Oba stawiają przed wykonawcami wymagania tak wysokie, iż nie każdy zespół może im podołać. Z jakimi więc wrażeniami wychodziliśmy z sali Teatru im. J. Słowackiego we wtorek i środę wieczorem?

Z opery

   W obu przypadkach zdania były podzielone. Trubadur przygotowany został przez Igora W. Lacanicza pod względem muzycznym starannie, reżysersko - bardzo statycznie. Cała uwaga widza i słuchacza skupiała się więc na stronie wokalnej. Interesująco śpiewał Manrica Maciej Komandera, Barbara Krzekotowska jako Leonora wzruszająca była w momentach lirycznych i fragmentach utrzymanych w średnicy głosu. W wyższych rejestrach pojawiały się zbyt ostre dźwięki. Dobrą postać hrabiego di Luny pod względem dramatycznym i wokalnym stworzył Mikołaj Zalasiński, Bożena Zawiślak-Dolny, występująca tym razem gościnnie na rodzimej scenie, może partię Azuceny zaliczyć do swych osiągnięć artystycznych. Antoni Duda poprowadził spektakl z dobrym nerwem, choć odnosiłam wrażenie, że kontakt pomiędzy sceną a orkiestrowym kanałem nie zawsze był idealny, co kładę na karb nieznajomości warunków akustycznych, w jakich przyszło artystom pracować.
   Spektakl ujawnił też znaną prawdę, że coraz bardziej brak nam tzw. verdiowskich głosów. Gdzieś gubimy włoską szkołę śpiewu. W Trubadurze może najbliższy jej był Maciej Komandera. A gdyby Mikołaj Zalasiński ze swymi warunkami głosowymi i swą muzykalnością popracował jeszcze nad legatem, byłby ozdobą polskich scen.
   Dzień później _Tannhäuser _dowiódł, że nie mamy również głosów wagnerowskich. Ale ten brak bardziej mogę zrozumieć, zważywszy na kilkudziesięcioletnią nieobecność dzieł Wagnera na polskich scenach spowodowaną pozamuzycznymi względami. Cenna jest więc - uważam - artystyczna inicjatywa Opery z Bytomia, by przybliżyć _Tannhäusera _polskim widzom. Tym bardziej cenna, że w spektaklu przygotowanym i prowadzonym przez Tadeusza Serafina widać było wielkie staranie, by należycie oddać muzyczny kształt dzieła. Ale w większości wypadków śpiewacy pełnię brzmienia zastępowali siłą. Może najbliższa ideału była Joanna Kściuczyk-Jędrusik jako Wenus, choć bardzo ostra z niej była bogini miłości. Zbyt ostro brzmiał również głos Iwony Noszczyk jako Elżbiety. Janusz Wenz w tytułowej roli dowiódł wielkiej sztuki wokalnej i nie mniejszej muzykalności, dobrze wywiązując się z partii będącej właściwie poza możliwościami jego głosu. Mikołaj Zalasiński jako Wolfram - patrz wyżej.
   Niewątpliwym plusem Opery Śląskiej jest jej orkiestra brzmiąca soczyście, z bardzo dobrą grupą instrumentów dętych, co akurat w przypadku tych dwóch dzieł ma znaczenie niebagatelne. Zawiódł mnie nieco tym razem chór z nikłym chwilami brzmieniem i chwiejnością intonacyjną, zirytowała reżyseria Laco Adamika oraz scenografia i stroje Barbary Kędzierskiej. _Tannhäuser _w atmosferze poczekalni dworcowej? Można, tylko po co?
ANNA WOŹNIAKOWSKA

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie