Na planie „Demona” dotarłem niemal do granic samobójstwa

Rozmawiała Urszula Wolak
Nakręcił „Moją krew” i „Chrzest”, a teraz reżyser z Tarnowa Marcin Wrona pracuje nad ostatnią częścią trylogii zła.
Nakręcił „Moją krew” i „Chrzest”, a teraz reżyser z Tarnowa Marcin Wrona pracuje nad ostatnią częścią trylogii zła. FOT. BARTEK SYTA
Reżyser MARCIN WRONA kręci trzecią część swojej trylogii zła. Pod powierzchnią klasycznego horroru – prostej historii o opętaniu przez dybuka, kryje się drugie dno – pouczająca opowieść o niebezpieczeństwie wymazywania pamięci, o bliskiej Polakom oraz Żydom duchowości.

– Wyglądasz na wyczerpanego.

– Zdradziły mnie worki pod oczami? To prawda, jestem zmęczony. Praca na planie „Demona” wrze. Dzień miesza się z nocą. Nie wysypiam się. Kręcimy po piętnaście godzin. Podjęliśmy prawdziwe wyzwanie. Film, który powinien powstać w 50 dni, musimy nakręcić w 23. Tempo jest zawrotne, mordercze, ale nikt nie protestuje.

– Atmosferę napięcia potęguje pewnie dodatkowo mroczny temat filmu?

– Temat o duchach wymaga stworzenia osobliwej poetyki. Poruszamy się w różnych konwencjach gatunkowych; między horrorem, thrillerem, a nawet groteską. W film wpisany jest niezwykle istotny kontekst kulturalny. Punkt wyjścia to żydowski duch dybuk. Odbywająca wędrówkę dusza zmarłego opętała żyjącego człowieka w celu wyrównania na Ziemi pewnych rachunków.

– To dlaczego zatytułowałeś film „Demon”, a nie „Dybuk”?

– Bohaterowie opętani przez ducha nie znajdują żadnych narzędzi do komunikacji z nim. Przejmuje on nad nimi całkowitą kontrolę. Dlatego postrzegamy go jako demona a nie dybuka, z którym można by prowadzić wewnętrzny dialog.

– Skąd fascynacja tak poważnym tematem i pomysł ujęcia go w formę popularnego kina gatunku?

– Temat ocierający się o relacje polsko-żydowskie towarzyszył moim twórczym poszukiwaniom od dawna. Na głębszym poziomie znaczeń, pod powierzchnią formy, „Demon” staje się opowieścią o wymazywaniu pamięci, o złożonym rodzaju duchowości, do której dostęp we współczesnym świecie jest ograniczony. Akcja filmu rozgrywa się w czasie wesela, kiedy to w wyniku różnych, często groteskowych wydarzeń, ujawnia się jałowy stosunek bohaterów do duchowości.

– Przy okazji wesela dobrze rozprawić się z polskimi mitami.

– Wiele z nich pewnie odżyje. Poprzeczkę postawiłem sobie wysoko. Pomyślałem: „skoro mam zrobić trzecią część trylogii, niech to będzie wyzwanie”.

– Polak kręci film o dybuku – brzmi karkołomnie.

– Rabini, których porad zasięgałem, pytali: „Nie było łatwiejszych tematów?”.

– Nie odpuściłeś.

– Nie mogłem. Możliwość zdobywania wiedzy o nieznanym świecie, którą daje mi praca nad filmem, jest tym, co napędza mnie do działania. Przeniesienie się do tego świata na jakiś czas jest niezwykle kuszące.

– Do roli dybuka zaangażowałeś aktora europejskiego formatu, laureata weneckiego Złotego Lwa, Itaya Tirana. Czy jego żydowskie korzenie miały znaczenie?

– Oczywiście. Aktor z Izraela, grający dybuka, który opanowuje ciała żyjących, wpisuje się idealnie w społeczno-kulturalny kontekst snutej w filmie opowieści.

– Mówisz, że będzie to historia o wymazywaniu pamięci. Potrzebie wymazywania czy niebezpieczeństwie wynikającym z dokonania tego aktu?

– Oczywiście o niebezpieczeństwie. Pochodzę z Tarnowa, gdzie przed II wojną światową społeczność tworzyli w pięćdziesięciu procentach Żydzi. Dzieciństwo i wczesna młodość upłynęły mi bez tej świadomości. To nie był temat istotny, o którym rozmawiało się w moim domu.

Było – minęło. Sam zainteresowałem się kwestią żydowską w szkole średniej. O śladach Żydów w Tarnowie napisałem pierwszy artykuł do gazety. Od tej pory, problem ten utkwił we mnie gdzieś głęboko i dziś odżywa w „Demonie”.

– A Twój ojciec, który fascynował się ezoteryką i nie będąc księdzem dokonywał nawet egzorcyzmów, nie przyłożył do tego ręki?

– Miał swój znaczący udział, zresztą nieraz przyglądałem się dokonywanym przez niego egzorcyzmom. To on otworzył przede mną nowe perspektywy duchowości, ezoteryki jako przestrzeni, w której – zarówno w kinie jak i w teatrze – możemy uruchamiać różne zabobony, gusła.

Scenariusz filmu opiera się na legendzie dramatycznej, czyli „Dybuku” Szymona Anskiego, który dla Żydów znaczy tyle co „Dziady” Adama Mickiewicza dla Polaków. Postanowiłem połączyć w filmie te dwa światy, zauważając, że tradycja duchów, zabobonów i guseł jest dla nich elementem spójnym. Mickiewicz intensywnie czerpał przecież inspiracje z judaizmu.

– Jak na horror i thriller brzmi to bardzo poważnie.

– Dlatego, że zagłębiamy się w konteksty, ale nie będę nimi zamęczał widzów. Kino gatunkowe powinno być łatwe w odbiorze i pracuję nad tym, by oglądanie „Demona” zapewniło jak najwięcej wrażeń i emocji wpisanych w konwencję horroru.

– Ocierając się o wątki polsko-żydowskie nie miałeś żadnych obaw? Wkraczasz na grząski teren.

– Oczywiście, że miałem. Napotkałem też na wiele trudności. Długo nie mogłem rozpocząć prac nad filmem. Cokolwiek dotyczy relacji polsko-żydowskich, obarczone jest mocnym kontekstem, przeszłością, o której wielu woli zapomnieć. Nie aspiruję do tego, by w „Demonie” moralizować.

Nie zmagam się z kategorią winy, nie poruszam tak trudnych tematów jak Holocaust. Pragnę jedynie zwrócić uwagę, jak światy duchowe – z pozoru odległe – mogą mieć ze sobą wiele wspólnego. Jak polska i żydowska kultura wzajemnie się przenikają. Przecież nie bez przyczyny żydowska społeczność czuła się przed wojną w religijnej Polsce tak dobrze.

– Zatrzaskiwano przed Tobą drzwi, gdy przedstawiałeś swój pomysł ?

– Aż tak źle nie było, ale stykałem się z niechęcią i podejrzliwością. Wielu odradzało mi rozpoczęcie tej pracy. Dzięki ludziom ze środowiska filmowego nie straciłem jednak wiary w powodzenie. Pod długiej walce udało się.

– Może „Demon” jest Ci przeznaczony?

– Nie jestem przesądny, ale pojawiło się rzeczywiście wiele znaków. Kilka osób, w pełni od siebie niezależnych, sugerowało mi, bym zajął się tematem dybuka. Jakby czuły, że jestem odpowiednią osobą, a podczas pracy na planie dochodziło do niemal fantastycznych zdarzeń, których nie sposób racjonalnie wyjaśnić?

– Co się stało?

– Scenariusz „Demona” rozpoczyna scena przyjazdu głównego bohatera, który jest Anglikiem, do Polski. Mężczyzna nie wie o tym, że jego dziadkowie byli Żydami. Gubi drogę, GPS przestaje działać i tylko przypadkiem trafia do upragnionego celu. Gdy jechaliśmy na plan zdjęciowy w kierunku Bochni, znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. GPS okazał się zawodny i pomyliliśmy kierunki.

Niespodziewanie wylądowaliśmy w nieznanym nam maleńkim miasteczku, a przed nami pojawiła się wielka synagoga. Był środek nocy. Wysiedliśmy z samochodu i nie mogliśmy uwierzyć, że znaleźliśmy się w tak mistycznej scenerii. Itay Tiran był najbardziej poruszony. Oddalił się od nas. Chciał pobyć sam w tych wyjątkowych okolicznościach.

– Jak odczytałeś tę przygodę?

– Jako znak. Dotarło do mnie, że „Demon” musi powstać, że powinniśmy iść dalej. Pamiętając jednak o tym, iż mierzymy się z dość delikatną materią, jaką jest opętanie.

– Czy demoniczność objawi się tylko w warstwie wizualnej filmu?

– Nie. Sięgamy głębiej. Źródłem demoniczności w „Demonie” staje się przeszłość, w znaczeniu mistycznym, która kiedyś była wspólną polsko-żydowską przestrzenią. Dziś stała się czymś kompletnie odległym, jakby nigdy nieistniejącym.

– Jak zgłębiałeś wiedzę o opętaniu?

– Prowadziłem między innymi konsultacje z psychologami. Zasięgałem ich rad przede wszystkim w kontekście fascynującego mnie problemu żydowskiej traumy – przekazywanej kolejnym pokoleniom, które nie doświadczyły Holocaustu. W tym złożonym problemie poszukiwaliśmy źródła opętania bohatera. Coś, czego nie doświadczyliśmy, powraca, tkwi w nas w postaci trudnej do zdefiniowania energii.

– Brzmi jakbyś pracował z aktorami metodą psychoterapeuty Berta Hellingera, który stosował tzw. ustawienia rodzinne. Obcy człowiek wchodzi w rolę krewnego osoby poddanej terapii. Ma takie same odczucia jak osoba, którą reprezentuje, chociaż prawie nic o niej nie wie.

– Miałem takie plany, ale w końcu z nich zrezygnowałem. Uznałem, że to zbyt ryzykowne. Taki rodzaj szarlatanerii, której nie chciałem na planie. Eksploatujemy się wystarczająco i bez tego.

– Praca nad tym filmem aż tak Cię angażuje?
– Powiem więcej. Nie tylko angażuję się w robienie filmu, ja się po prostu w niego zanurzam. Oddaję się bez reszty, zapominając o całym świecie. Balansuję na granicy wytrzymałości. Podczas jednego z międzynarodowych festiwali miałem okazję porozmawiać z Emirem Kusturicą.

Zapytałem go o to, jak się czuje, gdy kręci filmy. Odpowiedział: „Jak na granicy samobójstwa”. Dziś doskonale rozumiem, co miał na myśli. Reżyser musi czasem wykonywać zadania niemożliwe i przekonać do ich realizacji aktorów, którzy patrzą wtedy na niego jak na wariata.

– Aktorzy też tak na Ciebie patrzą?

– Mam nadzieję, że nie.

– Od premiery Twojego ostatniego filmu „Chrzest” minie niebawem pięć lat. Długo kazałeś widzom na siebie czekać. Pewnie wielu spisało Cię już na straty. Wyjechałeś do Warszawy, kręciłeś serial, pracowałeś dla teatru telewizji. Podejrzewam, że zmagałeś się z wieloma pokusami komercyjnej natury?

– To prawda. Pokus jest w stolicy wiele. Reklamy, seriale, salony, czerwone dywany... Ale, posługując się słowami jednego z moich filmowych bohaterów: „Wolałbym, by zostało po mnie coś wartościowego”. Tym czymś wciąż pozostają dla mnie filmy. W nich upatruję sensu swego życia.

– W przypadku „Demona” piszesz, reżyserujesz i produkujesz. Cenisz sobie pełną kontrolę nad dziełem?

– Tylko dzięki temu mogę w spokoju realizować założenia kina autorskiego. Nie ograniczam się, dysponując pełną swobodą twórczą. To niezwykle cenne w tej branży. Nie ukrywam jednak, że kontrola nad każdym, nawet najmniejszym elementem filmu, była zawsze moją obsesją.

– Jesteś wymagający?

– Bardzo.

– Despotyczny?

– Nie forsuje siłą pomysłów. Nie dążę do tego, by wszyscy bezwarunkowo mnie słuchali. Cenię konstruktywną rozmowę z aktorami, nawet kłótnie z nimi, które bywają kreatywne. Zawsze doprowadzają do konsensusu. Film to praca zbiorowa. Reżyser nie może prowadzić wewnętrznych monologów. Potrzebuje partnerów do dyskusji.

– W jaki sposób ich dobierasz?

– Nie jest łatwo dostać się do mojego filmu. Aktorzy przechodzą wielomiesięczne, mordercze wręcz castingi. Próby trwają w nieskończoność, przeradzają się w prawdziwą walkę. Sprawdzam ich wytrzymałość, testuję na różne sposoby. Muszę mieć pewność, że nadają się do roli. Nie mogę sobie pozwolić nawet na najmniejszy błąd, przeoczenie czegokolwiek.

– Ciekawe, jak długo trwał casting do „Demona”?

– Prawie pół roku. Mordercze, prawda? Zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, że aktorzy mają przez ten czas wiele oczekiwań, które mogę zawieść, ale taką przyjąłem metodę i nie zamierzam z niej rezygnować. Wszyscy, którzy chcą ze mną pracować, mają tego świadomość. Akceptują to.

– Manipulujesz aktorami?

– (Chwila milczenia) Na tym polega moja praca. Sprawiam im często niespodzianki. Godzinami próbujemy jedną scenę, docierając do granicy wytrzymałości. Usypiam w ten sposób ich czujność, wprowadzając bez ich wiedzy nowy element i oczekuję od nich odpowiedniej reakcji.

– Co w ten sposób osiągasz?

– Rozbijam rutynę.

– A bunt nigdy się nie zdarzył?

– Na szczęście, nie. Stawiam wymagania, ale nawiązuje też przyjaźnie z aktorami. Nikt nie buntuje się przeciwko kapitanowi, którego lubi. Kiedyś na planie serialu „Ratownicy” okazało się, że w ciągu jednego dnia muszę zrealizować dwadzieścia trzy sceny.

Dla porównania, w filmie realizuje się dziennie zwykle trzy. W pierwszej chwili pomyślałem: „Nigdy tego nie dokonam”, ale nie miałem wyjścia. Poszedłem do aktorów i przedstawiłem im tę trudną sytuację. Powiedziałem; „Musicie nauczyć się tekstu, tak by od razu zagrać wszystkie sceny, ja zamawiam siedem kamer”.

– Jak zareagowali?

– Weszli w to bez cienia sprzeciwu.

– To się chyba nazywa siła charyzmy?

– Albo po prostu szczęście do ludzi, którzy w momencie kryzysowym, oddają ci się bez reszty.

– Nawet gdy ich wykorzystujesz?

– Nawet wtedy, gdy traktujesz ich jedynie jak narzędzia pracy. Ważne jest jednak to, by nie przekroczyć pewnej granicy. Moja wolność kończy się tam, gdzie krzywdzi się drugiego człowieka.

– Przedstawiasz sprawy po męsku, a Twoje kino szufladkowane jest jako typowo męskie. Przyznasz, że to chyba nie przypadek?

– W filmach pełnometrażowych to rzeczywiście mężczyźni odgrywają kluczową rolę, ale nie jest to zamierzenie, od którego nigdy nie odejdę. Być może teraz czuję się w tym najlepiej. Moja praca poza planem filmowym nie potwierdza w pełni tej „męskiej” tezy. Zrealizowałem „Moralność Pani Dulskiej” z Magdą Cielecką czy „Doktor Halinę” z Joanną Kulig. Nie postrzegam siebie jako twórcę męskiego kina. Czuję się raczej jak medium, którego rolą jest prezentowanie poruszających opowieści. Kino to przede wszystkim emocje, niezależne od płciowego nacechowania.

– Twoje kino to także penetrowanie mrocznej strony ludzkiej duszy.

– Tak. „Demon” utwierdzi wszystkich w tym przekonaniu.
***
Marcin Wrona urodził się w 1973 roku w Tarnowie.
Ukończył studia na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, jest też absolwentem Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Andrzeja Wajdy oraz filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim.
***
Za pełnometrażowy debiut zatytułowany „Moja krew” otrzymał nominację do nagrody Złote Lwy. Jego kolejny film „Chrzest” zdobył liczne nagrody, w tym Orły, oraz Złote i Srebrne Lwy. Zdominował ponadto Konkurs Polskich Filmów Fabularnych na Międzynarodowym Festiwalu Kina Niezależnego Off Plus Camera w Krakowie.
***
Głównym bohaterem „Demona” jest Piotr (Itay Tiran), nazywany przez przyjaciół Pytonem. Przyjeżdża z Anglii do Polski na ślub z piękną Żanetą (Agnieszka Żulewska). W starym domu, który dostaje w prezencie od przyszłego teścia (Andrzej Grabowski) zamierza urządzić rodzinne gniazdko. Plany komplikują się jednak, gdy w przeddzień wesela Piotr odkrywa ludzkie szczątki...

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
jnj

RIP no play with evil

z
z 18 na 19 wrzesnia

do refleksji .

b
boo

Kto ezoteryką się bawi

t
tzw. odczyniacz urokow

nie wiecie chyba kto zacz to egzorcysta .

d
dybukami i bzdurami

doprowadza was do celu, zamiast krecic filmy o np. naszej chwalebnej przeszlosci , ale gdzie wam do tego , salon by oszalal.

Dodaj ogłoszenie