Na styk, na nosa

Redakcja
Ostatni bednarz z Zabierzowa Bocheńskiego

Kiedyś było ich wielu, dziś został tylko jeden. Teoretycznie jest to sytuacja wymarzona - brak konkurencji, a więc monopol - ale Mieczysław Klima wcale się z tego nie cieszy. - Nie da się zrobić więcej, niż człowiek może - mówi. - Tego się do końca nie zmechanizuje.

   Pan Mieczysław jest bednarzem, bednarzem z tradycjami, ostatnim bednarzem w Zabierzowie Bocheńskim - a i jednym z niewielu już w całym kraju.
   - Kiedy mój syn starał się o uprawnienia w cechu rzemiosł w Krakowie, były kłopoty ze znalezieniem mistrza, u którego mógłby praktykować - opowiada. - No i znaleźli... stolarza; on się zajmował naprawą starych i artystycznych rzeczy. Potem, jak syn stawał do egzaminu, na 20 osób było 19 stolarzy i on jeden bednarz. Wtedy już znaleziono mistrza - ale ten mistrz sam już nic nie robił, naprawiał tylko beczki po winiarniach...
   Przed wojną, kiedy wprawiał się przy ojcu do fachu, w samym Zabierzowie pracowało 14 bednarzy, a po sąsiedzku, w Woli Batorskiej, gdzie się urodził, jeszcze ośmiu. Nie mieli kokosów, ale wszyscy jakoś żyli z rzemiosła. Był zbyt. - Robili beczki, wiadra, cebrzyki, dzieżki, balie, wanienki - przecież nie było plastików, a naczynia z blachy kosztowały więcej niż drewniane.
   Sam zaczął uczyć się bednarstwa jako 10-, może 12-letni chłopak. Już wtedy siadał na kobyłkę, pomagał ojcu. Poważnie zabrał się do roboty, gdy miał 14 lat. Rozbrat z rzemiosłem brał tylko dwukrotnie: za pierwszym razem w czasie okupacji, kiedy Niemcy wywieźli go na 3 lata na roboty, za drugim - gdy po wojnie służył rok w wojsku. Zważywszy, że ma dziś 78 lat, śmiało można przyjąć, że sześć dekad przesiedział przy kobyłce. Ale dzięki temu robota ta nie ma dla niego tajemnic.
   - Początek jest zawsze w lesie: trzeba wybrać odpowiednie drewno, obowiązkowo bez sęków, porżnąć je na odpowiednią długość i tak, jak trzeba, połupać.
   Materiałem do produkcji beczek jest dąb. To drewno jedyne i niezastąpione. Owszem, kiedyś używało się także surowca z drzew iglastych - ale tylko wtedy, gdy klient sobie tego wyraźnie życzył. Z iglastego robiło się na przykład beczki do przechowywania śledzi - śledzie nie lubiły dębu - albo maślniczki, dzieżki czy balie. Beczki, w których miały być przechowywane kwasy czy alkohol, musiały być dębowe.
   - Dąb łupie się na cztery części. Najważniejsze, żeby pilnować układu słojów w klepce: nie mogą iść poziomo, muszą być na sztorc - od brzegu beczki w kierunku środka. Bo jak się zrobi klepkę z kawałka, w którym słoje są odwrotnie - nie będzie szczelna, musi przepuszczać. Taka beczka po napełnieniu pęcznieje i wygina się.
   Stare zasady nakazywały łupać klepki siekierą, a ociosywać toporkiem. Potem zasiadało się przy kobylicy i strugało ośnikiem. Wszystko ręcznie. Teraz jest trochę lżej dzięki maszynom - ale tylko trochę. Przy robieniu dużych beczek, do kształtowania klepki pan Mieczysław używa strugarki z nożami profilowymi: jeden ich rodzaj robi wklęsłości, drugi wypukłości. Samo prowadzenie materiału po blacie strugarki musi odbywać się ręcznie - bo w tym żadna maszyna człowieka nie zastąpi: potrzebna jest wprawa i doświadczenie. No a przy wykonywaniu małych beczułek nie ma zmiłuj: wszystko ręcznie...
   Bo z tą klepką to tylko wydaje się, że sprawa jest prosta. Klepka ma dość skomplikowany kształt: to niby-elipsa, z jednej strony wklęsła, z drugiej wypukła; cieńsza w środku, grubsza na końcach - i węższa na końcach, a w środku szersza. Nie może być w niej nic byle jak - wystarczy najmniejsza niezgodność jednej z drugą i cała praca na nic.
   Pasowanie klepek to cała ceremonia, niemal jubilerska robota. Nic na oko, wszystko zgodnie z wzornikiem - a raczej, całą kolekcją wzorników (zakrzywionych drewienek z tajemniczymi nacięciami na brzegach), przygotowanych do każdej średnicy przyszłej beczki. Niektóre mają swoje lata, majster odziedziczył je po ojcu, większość jednak zrobił sam.
   - Teraz sobie ułatwiam trochę życie, bo pasuję na heblarce - mówi - ale przez czterdzieści lat robiłem to ręcznie, bez żadnego urządzenia. Ręcznie szło szybciej, za to ciężej, na heblarce jest lżej - tylko wolniej. A dlaczego wolniej? Bo trzeba strugać pomału, żeby strug karbów nie zrobił... Jak zostanie karb, beczka nie będzie szczelna. Klepki muszą pasować - na styk.
   Gotowe klepki wkłada się w obręcz - i wygina. Na gorąco. Można w wodzie, można w ogniu. Pan Mieczysław stosuje tę drugą metodę (bo skąd wziąć naczynie, w którym zmieściłaby się 50-litrowa beczka, ile trzeba czekać, nim się woda zagotuje?): rozpala ogień z wiórów, ze 20 minut grzeje w nim klepki, a gdy nabiorą wystarczającej elastyczności, bierze swego rodzaju imadło z powrozem i ściska. Kiedy jedna z drugą stworzą całość - nabija drugą obręcz. I beczka prawie gotowa.
   - Potem trzeba ją jeszcze czyścić - przypomina. - Strużkiem wewnątrz. Ale są tacy, którzy wolą, żeby była wypalona: takie służą do przechowywania wina albo na przykład śliwowicy.
   Całkiem ciekawy jest sposób wykonania denek: klepki, które składają się na dna, są łączone gwoździami i uszczelniane... suchą łodygą pałek wodnych. Taka sama uszczelka trafia dookoła dna i między klepki z samego dołu. To niezawodne zabezpieczenie: pałka w beczce pęcznieje i nigdy nie gnije. Bez uszczelki obywały się tylko wyroby z miękkiego drewna iglastego.
   W opowiadaniu wszystko jest łatwe i proste - ale w rzeczywistości trzeba się poważnie natrudzić. Wykonanie 50-litrowej beczki zabiera około 10 godzin, a 6-litrowej - o połowę dłużej. I dlatego ceny są nieadekwatne do wielkości. Za 50-litrową pan Mieczysław bierze w hurcie 130 zł, w detalu zaś 140-150, za 10-20-litrową żąda 170, a za maleńką, 6-litrową - 200.
   - To przyjemne zajęcie, ale nie kokosowy interes - przestrzega. - Koszty duże - takie wybierane drewno jest dwa razy droższe od normalnego, coraz trudniej o obręcze: Huta Florian już nie robi, a duże firmy chcą zamówień na tonę-dwie... - roboty wiele. To przecież rękodzieło...
   Zapewne dałoby się zmechanizować cały proces produkcyjny - w końcu w XXI wieku, gdy powstają statki kosmiczne, lądujące na odległych planetach, technika jest w stanie rozwiązać każdy problem - ale sensowność takich zapędów skutecznie blokuje bariera opłacalności. Bo jaka musiałaby być produkcja, jakie ceny wyrobów, żeby opłaciło się skonstruowanie takich urządzeń?
   - Nie powiem, roboty jest dość, cały rok mam zajęty - ale to idzie powoli. Od lipca do listopada trwa sezon na beczki na kapustę, w innych miesiącach robię inne zamówienia. Dużo jeżdżę po Polsce: zapraszają mnie do Jarosławia, Zakopanego, na Rękawkę do Krakowa, na Święto Soli do Wieliczki, do Bielska-Białej, Wrocławia, Świętochłowic, na wyspę Wolin - wszędzie pokazuję, jak się beczki robi. To się ludziom podoba: z Wolina przywiozłem zamówienia na dwieście.
   Rzemiosło jest piękne i wdzięczne; cóż z tego jednak, skoro nie ma w nim następców... Robota mozolna, niełatwa, bez widoków na szybki biznes, lukratywny zarobek. Dlatego nie wiadomo, co będzie w przyszłości z zabierzowskim bednarstwem. I to pana Mieczysław martwi, i wcale tych obaw nie ukrywa. Ale czy wszystko zależy od niego? On i tak narobił się ponad zwykłą miarę: przecież ma już 78 lat...
WALDEMAR BAŁDA
Zdjęcia: autor

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie