Nabici w bank

Redakcja
Fot. Anna Kaczmarz
Fot. Anna Kaczmarz
Lata 2007 i 2008. Firmy pożyczkowe i 13 banków udzielają prawie 60 kredytów emerytce z miesięcznymi dochodami nie sięgającymi nawet 2 tys. zł. Łączna kwota zobowiązań zbliża się do 0,5 mln zł i wtedy następuje kryzys.

Fot. Anna Kaczmarz

Już dawno przestaliśmy postrzegać banki jako "instytucje zaufania publicznego". Solidnie na to zapracowały.

Starsza pani ma kłopoty ze spłatą. Na pytanie, dlaczego takie pieniądze pożyczono niezamożnej emerytce, bankierzy odpowiadają: legitymowała się stałym dochodem i swoje zobowiązania spłacała sumiennie. Do czasu...

Nikt się nie zorientował (a może tylko nie chciał wiedzieć), że wcześniejsze kredyty emerytka spłacała nowymi, zaciągniętymi w innym banku.

Wilki i owce

Gdyby to lobby bankowe układało tzw. Rekomendację "T", składałaby się ona z jednego zdania: - Zarabiajcie kosztem klienta i nie przejmujcie się ryzykiem!

Tego zdania nie wypowiedział zdenerwowany klient, złośliwy publicysta czy alterglobalista walczący z systemem wielkich korporacji. To zdanie znalazło się w oficjalnym piśmie Komisji Nadzoru Finansowego, która w lutym wydała Rekomendację "T". Rekomendacja to zbiór zasad, które mają - w tym przypadku - zapobiec nadmiernemu zadłużaniu się Polaków. Choć zacznie obowiązywać dopiero za kilka miesięcy, banki już rozpętały histerię. Bankierzy wytoczyli najcięższe działa - postraszyli spowolnieniem gospodarczym, w wyniku zahamowania tzw. akcji kredytowej. Odwołali się do "społecznej sprawiedliwości" sugerując wykluczenie i biedę rodzin najmniej zarabiających (po wejściu w życie wspomnianej rekomendacji nie będą miały tzw. zdolności kredytowej). Wspomnieli wreszcie coś o możliwym wzroście marż kredytowych i tym narazili się ostatecznie. Komisja Nadzoru Finansowego oficjalnie odpowiedziała: - Nie jest winą pasterza, że wilk chce pożreć owcę... Takich oświadczeń - nadchodzących z poważnej i z założenia nudnej instytucji nadzorczej - nikt się chyba nie spodziewał.

Bank sobie poradzi

Kolejny dłużnik ze "zbiorów" Komisji Nadzoru Finansowego: "Osoba zarabiająca 2,4 tys. zł (wynagrodzenie plus renta) wpadła w spiralę zadłużenia. Jej łączny dług to 153 tys. zł w 7 bankach. Przez kilka lat spłacała jeden kredyt poprzez zaciąganie kolejnych, bez wiedzy współmałżonka. Obecnie 4-osobowej rodzinie, po opłaceniu wszystkich rachunków, zostaje na życie 500 zł...".

Powyższy przykład to tylko jeden z wielu pokazujących nadmiernie zadłużonych Polaków - niefrasobliwie pożyczających pod nadzorem samych banków. Dlaczego bankowcy nie sprawdzali, czy ich klient ma jeszcze inne zobowiązania, czy będzie mógł spłacać kolejne raty? Odpowiedź jest prosta: bankowy sprzedawca kredytów ma płacone od sztuki. Gdyby otwarcie przyznał: - Nie stać pana na kredyt - ma pan zbyt małe dochody! - straciłby atrakcyjną prowizję. To dlatego KNF zażądała zmian w strukturach banków. Wspomniana Rekomendacja "T" nakazuje, aby ocenianie zdolności kredytowej odbywało się z dala od stanowisk sprzedaży. W ten sposób przypadki wciskania kredytów na siłę, mają być ograniczone.

- Bank zwykle poradzi sobie z niespłacanym kredytem. Może sprzedać go firmie windykacyjnej. Klient zostaje zaś z długiem i problemami finansowymi - przestrzega Komisja Nadzoru Finansowego.

Wystarczy 200 złotych

Szacuje się, że nawet 300 tys. Polaków ma poważne kłopoty ze spłacaniem kredytów w bankach, a łączna liczba osób nie wywiązujących się na czas z wszelkich płatności (rachunki za gaz, prąd, telefon itp.) sięga 1,7 mln osób. Odkąd zaczęliśmy żyć na kredyt, powstał swoisty rynek, na którym towarem są informacje o dłużnikach i same długi. W naszym kraju działają tzw. biura informacji gospodarczej, a dwa z nich: InfoMonitor i Krajowy Rejestr Długów - rywalizują szczególnie mocno. Prowadzą działalność komercyjną - zarabiają na sprzedaży informacji i na szeroko pojętej windykacji. Co jakiś czas wypuszczają dżina z butelki - publikują raport o stanie zadłużenia obywateli. Raporty niekiedy wzbudzają wesołość i kpiny - kwoty długów są w nich tak różne, że nawet nikt nie próbuje wyciągać średniej. KRD dominuje na rynku przeterminowanych płatności za usługi (telekomunikacja, gaz, prąd), a InfoMonitor, dzięki ścisłej współpracy ze Związkiem Banków Polskich - chwali się pełną wiedza na temat bankowego zadłużenia Polaków (konkurencyjny KRD czerpie zbiorcze kredytowe informacje z raportów Narodowego Banku Polskiego).

Najnowszy raport InfoMonitora nie pozostawia złudzeń - gwałtownie rośnie wartość zaległych zobowiązań Polaków. W lutym 2010 roku łączna kwota zaległych płatności sięgnęła 16,7 mld zł. Składały się na to niespłacone na czas kredyty bankowe oraz wszelkie rachunki za usługi (np. telekomunikacyjne). Zdaniem specjalistów - ta rosnąca z miesiąca na miesiąc kwota jest zmienna, ponieważ za przeterminowane należności uważa się kwoty powyżej 200 zł z przekroczeniem terminu płatności o 60 dni. Prawie połowa dłużników ma do zapłacenia zaległe kwoty nieprzekraczające 2 tys. zł. Wiele osób spłaca takie zaległe rachunki, gdy dostanie telefoniczne bądź pisemne ponaglenie. Jednak są i tacy, których trwale zasypała lawina długów. W pierwszej 10 najbardziej zadłużonych osób w Polsce przoduje mieszkaniec woj. mazowieckiego z zaległym długiem przekraczającym 81 mln zł...

Bunt niewolników

Kolejny przykład z "teki" Komisji Nadzoru Finansowego: - W ciągu 1,5 roku (2007-2008) 10 banków i kilka firm pożyczkowych udzieliło klientowi 20 kredytów i pożyczek na taką kwotę, że jego łączne raty przekraczały o 2 tys. dochody. 11 kredytów zostało udzielonych po przekroczeniu dochodów przez łączne zadłużenie...

Kredytobiorca zazwyczaj wpada w spiralę zadłużenia na własne życzenie. Nikt nie zmusza do zaciągania zobowiązań - historie najbardziej zapętlonych dłużników zmuszają do refleksji nad ich zdolnością do podejmowania racjonalnych decyzji. Jednak już dawno przestaliśmy postrzegać banki jako instytucje zaufania publicznego. Solidnie na to zapracowały - korzystając z ich usług spodziewamy się kłopotów. W umowach roi się od kruczków, a przeciętny klient nie potrafi ocenić rzeczywistych kosztów kredytu. Nie wystarczy publikowana tzw. rzeczywista stopa oprocentowania - kredytobiorcy spłacający naprawdę duże zobowiązania (np. kredyty mieszkaniowe) doskonale wiedzą, że liczy się sposób spłaty - czyli to, w jakiej relacji i jak szybko spłacamy odsetki i kapitał. Bywają sytuacje, że klienci banków z przerażeniem dowiadują się od bardziej zorientowanych znajomych, że ich mieszkanie kupione za pomocą długoterminowego kredytu kosztuje tak naprawdę dwa razy tyle. Na internetowych forach roi się od odezw zdesperowanych dłużników oskarżających banki o szerzenie współczesnego, "finansowego niewolnictwa". Niektórzy klienci postanowili się zbuntować. Jednym z pierwszych był Roman Sklepowicz (poniósł straty w wyniku upadłości Banku Staropolskiego), który założył Stowarzyszenie Poszkodowanych przez System Bankowy. Początkowo miało być platformą walki o prawa dawnych klientów Banku Staropolskiego, jednak bardzo szybko przekształciło się w instytucję gromadzącą wszystkich rozżalonych klientów polskich banków. Ludzie piszą listy o dziwnych umowach kredytowych, o uciążliwych do nich aneksach, wreszcie o komornikach, którzy ostatecznie rujnują ich życie.
Boom na rynku hipotecznych kredytów mieszkaniowych stał się także pożywką dla "buntu niewolników". W skomplikowanych umowach kredytów hipotecznych diabeł tkwi w szczegółach i właśnie przeciwko tym - dość kosztownym dla klientów - szczegółom, wystąpili twórcy i użytkownicy internetowego forum "nabici w mBank". Chodziło o niekorzystny tylko dla pewnej części klientów sposób naliczania ostatecznego oprocentowania.

Z kolei przeciwko kosztownym "spreadom" pobieranym przy okazji spłaty rat kredytów walutowych, zbuntowali się twórcy internetowej platformy "Kup Franki". Istotą spłaty kredytu denominowanego w walutach obcych jest spłata w złotówkach, za które kupujemy walutę w banku, w którym spłacamy kredyt. Zadłużeni we franku szwajcarskim uznali, że taniej będzie franka kupić na wolnym rynku, niż przepłacać u pazernych bankowców.

Tabela prawdę ci powie

Poczucie wykorzystania przez bankowy system towarzyszy nie tylko kredytobiorcom. Narzekają także oszczędzający. Często zmieniane tabele opłat i prowizji roją się od dodatkowych kosztów, o których klienci banków często nie mają zielonego pojęcia. Banki za zwykły list przesłany do nas każą sobie płacić kilkanaście razy więcej, niż wynosi koszt znaczka pocztowego i koperty. Słono kosztują także rozmowy telefoniczne. Nawet zlikwidowanie konta przed upływem wyznaczonego przez bank terminu będzie nas kosztować, w niektórych przypadkach, kilkadziesiąt złotych. Już przyzwyczailiśmy się, że płacimy za powierzenie bankowi naszych pieniędzy. Trudno inaczej traktować nieoprocentowane konto, za które pobierana jest 10-złotowa opłata miesięczna, a każdy przelew kosztuje dodatkową złotówkę.

Tylko w styczniu i lutym tego roku, do listy tzw. klauzul niedozwolonych Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów dodał niekorzystne i naruszające interesy klientów, zapisy znajdujące się w umowach zawieranych z czterema bankami...

JACEK ŚWIDER

Wyższe mandaty od skarbówki z początkiem maja

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie