Nad dachami Krakowa

Nad dachami Krakowa

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

Ewa Drozowska Fot. ewa piŁat

Ewa Drozowska Fot. ewa piŁat

Odpętli autobusowej w Mistrzejowicach schodami do góry. Kilkaset stopni i kilka alejek kręcących się między blokami. Po pokonaniu wysokości pięciu pięter, docieramy pod właściwy blok. Teraz dziesięć pięter w górę windą. I jeszcze jedno pieszo. Jesteśmy u pani Ewy Drozdowskiej.
Ewa Drozowska Fot. ewa piŁat

Ewa Drozowska Fot. ewa piŁat

Ewa Drozowska Fot. ewa piŁat

Z krzyżówkami, tymi najtrudniejszymi, z "Le Monde" nie radzą sobie zamieszkali w Krakowie Francuzi, a Ewa Drozdowska, emerytowana aktorka, rozwiązuje je błyskawicznie i bez słownika

To chyba najwyżej położone miejsce w Krakowie. U naszych stóp dachy miasta, a na horyzoncie fragmenty Beskidu Małego, Makowskiego, Wyspowego i Gorców. Tuż za nimi Tatry.
- Po prawej Babia Góra, często chowa się we mgle. Między kominami Łęgu widać Turbacz, a za nim Łomnicę. Na lewo rysuje się szczyt Lubania. Zawsze uwielbiałam wędrować po górach. Teraz też wędruję, tyle że oczami - Ewa Drozdowska, emerytowana aktorka teatru "Bagatela" i Teatru Ludowego prezentuje widok ze swego balkonu.
Widok jest imponujący, ale mieszkanie na jedenastym piętrze w Mistrzejowicach ma swoje minusy. Codzienne pokonywanie takich wysokości wymaga wysiłku nawet od młodego człowieka. Nic dziwnego, że od pewnego czasu staw biodrowy dokucza pani Ewie tak bardzo, że pomaga sobie kulą. Ale nie rezygnuje ze swoich przyzwyczajeń. Chodzi na wystawy, prezentacje, a przynajmniej dwa - trzy razy w miesiącu obowiązkowo odwiedza Instytut Francuski, a dokładnie tutejszą bibliotekę. W tej bibliotece uchodzi za najbardziej wymagającą czytelniczkę. Prosi o biografie, książki historyczne, psychologiczne i recenzowane w gazetach bestsellery. Niektóre są bardzo trudne nawet dla wykształconego Francuza. Po przeczytaniu zawsze chce o nich porozmawiać. Pasją pani Ewy są też gazety, zwłaszcza "Le Monde", który słynie z trudnych krzyżówek. Pani Ewa jest jedyną czytelniczką w Krakowie, która doskonale radzi sobie z ich rozwiązaniem. Żaden z mieszkających tu Francuzów nie potrafi im podołać. Chapeaux bas!
Nie, pani Ewa nie jest romanistką z doktoratem i nie spędziła połowy życia we Francji. Co więcej, twierdzi, że nie potrafi płynnie porozumieć się z Francuzami. Ale literatura francuska nie ma dla niej tajemnic. Jak posiadła tak doskonałą, bierną znajomość języka? Warto posłuchać, bo to bardzo pouczający przykład.

\*\*\*


Tuż przed wybuchem wojny Ewa Drozdowska, rocznik 1922, uczęszczała do Gimnazjum Królowej Wandy w Krakowie. Choć wojna wisiała na włosku, choć zagrożenie było tak duże, że szkoła zorganizowała dziewczętom profesjonalny kurs sanitariuszek i uczyła je zasad udzielania pierwszej pomocy, m.in. w szpitalu ojców Bonifratrów, to wszyscy mieli nadzieję, że nie dojdzie do najgorszego. Miała sprecyzowane plany na przyszłość. Wzorem ojca, który prowadził w Krakowie pracownię chemiczną, chciała po maturze (w 1940 r.) zdawać na chemię na Politechnikę Lwowską. Wojna zrujnowała te plany. We wrześniu 1939 r. nie poszła już do ostatniej klasy gimnazjum i nie zdała w maju 1940 r. matury. Rodzice nie pozwolili jej też chodzić na tajne komplety. Obawiali się o bezpieczeństwo córki.
Postanowiła uczyć się sama, choć nie przesiedziała okupacji wyłącznie nad książkami. Pielęgniarskie umiejętności nabyte w gimnazjum przydały się już na początku wojny, ale to inna opowieść. Powtarzała matematykę i chemię. Któregoś dnia, pewnie z nudów, sięgnęła po "Duszę zaczarowaną" Romain Rollanda - oczywiście w oryginale. Przeczytała środkowy akapit i... nic nie zrozumiała, a przecież w gimnazjum uczyła się francuskiego. Wzięła słownik, gramatykę i powoli, strona po stronie, czytała. Nie znającym literatury francuskiej wypada wyjaśnić, że Romain Rolland, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1915 r., autor m.in. powieści "Jan Krzysztof" jest twórcą gatunku zwanego powieścią-rzeką. "Dusza zaczarowana" liczy aż dziesięć tomów! (Jan Krzysztof - siedem). Na takiej lekturze można nauczyć się języka.
- Z tymi krzyżówkami z "Le Monde`a" sprawa była dość prosta. Była, gdyż ostatnio rozwiązuję te z "Le Figaro". Otóż przez wiele, wiele lat krzyżówki w "Le Monde" układał Michel... Michel... oj, nazwisko wyleciało mi z głowy. Prawdopodobnie odebrał takie wykształcenie jak mój ojciec - klasyczne. Doskonale znał grekę i łacinę. Ja wychowałam się w tym słownictwie od najmłodszych lat. Hasła w "Le Monde" odwoływały się do tej wiedzy. Teraz zmienił się autor krzyżówek i ich charakter. Rozwiązuję więc krzyżówki z "Le Figaro", ale są one dla mnie trudniejsze. Za dużo współczesnego słownictwa. Jednak nie porzucam tego hobby - świat krzyżówek niesłychanie rozwija - stwierdza Ewa Drozdowska.
Na stole piętrzy się kilkanaście egzemplarzy "Le Figaro", a w fotelu ostatnia lektura - "L`imperatrice Josephine" Francoise Wagener.
- To trudna książka, a to dlatego, że autorka często stosuje retrospekcję, a potem wybiega w przyszłość. Pomieszanie czasów. I ma za mały druk. Ale poza tym jest cudowna. Uwielbiam książki psychologiczne. Niedawno skończyłam znakomitą powieść - "L`Elegance du herisson" ("Elegancja jeża") Murriel Barbery, zawierającą słuszną krytykę psychoanalizy - opowiada Ewa Drozdowska.
Czas spędzany w domu dzieli między książki i gazety. Nie ogląda telewizji. Nie ma telewizora. Miała w latach 60. (wygrany w "Zgaduj-Zgaduli"), ale szybko, ku rozpaczy rodziny, go sprzedała. I nie żałuje.
- Czasami, oczywiście, gdzieś oglądam telewizję. I stwierdzam, że nic się nie zmieniło. Chyba że na gorsze. Dla mnie oglądanie telewizji w samotności jest nie do przyjęcia. Wspólne oglądanie może być fascynujące, pod warunkiem, że nikt nie przerywa aktorowi w pół słowa. Po to, aby zareklamować podpaski - mówi oburzona. Nie może się pogodzić z propagowaniem takich złych nawyków i deprecjacją zawodu aktora. Sama wszak była aktorką.

\*\*\*


Tuż po wojnie zdała maturę i... nie poszła na politechnikę. Jeszcze w czasach gimnazjalnych marzyła o aktorstwie, ale rodzice nie traktowali tego poważnie. Po wojnie już nie protestowali. Wszystko wtedy się zmieniło.
Jesienią 1945 r. zaczęła studia Państwowym Studiu Dramatycznym w Krakowie (przekształconym później w PWST).
- Byliśmy na jednym roku z Guciem Holoubkiem. Uważam go za największy współczesny aktorski talent, a do tego nie do końca spełniony. Gucio miał coś bardzo rzadkiego - wiskomikę. Nie wykorzystał tego daru zapewne ze względu na swój stan zdrowia. Poszedł w intelektualizm - wspomina Ewa Drozdowska. Nie o każdym z kolegów ma tak dobre wspomnienie. Czuła np. uraz do Romana Polańskiego, z którym grała w jednym zespole w teatrze "Rozmaitości" (potem wrócił do swej pierwszej nazwy - "Bagatela"). Przez kilka dekad zespół jeździł z przedstawieniami po całym regionie. W teatrze grało wiele późniejszych gwiazd, jak Marta Stebnicka czy Zofia Kucówna. Warunki do występów były różne, czasem skrajnie trudne, ale widza zawsze traktowano z szacunkiem. Tymczasem któregoś razu obecny wielki reżyser nie nauczył się roli. - Wziął swoją gażę (za nagłe zastępstwo) i nie przygotował się do występu - po kilkudziesięciu latach to wspomnienie wciąż oburza panią Ewę.
- Jeśli się chce naprawdę poznać człowieka, to nie należy tego robić w domowych, komfortowych warunkach. Lepiej wziąć go na wycieczkę, czasami w ekstremalne okoliczności. Wtedy widać prawdziwy charakter, wtedy można stwierdzić, czy ktoś ma klasę - mówi Ewa Drozdowska.
W krakowskim teatrze u zbiegu Karmelickiej i Krupniczej grała od końca lat 40., najczęściej w spektaklach Marii Biliżanki. Co najmniej 10 dni w miesiącu spędzali w terenie - Nowy Sącz, Nowy Targ, Zakopane, Myślenice, Chrzanów. Aż do pamiętnego 14 grudnia 1966 r., kiedy to w Lubniu, na trasie Kraków - Zakopane, autobus wiozący aktorów zderzył się czołowo z autokarem z dziećmi jadącymi ze Śląska do sanatorium przeciwgruźliczego. Zginęli obaj kierowcy i sześć osób z zespołu teatralnego.
- Potem już nic nie było takie samo. Po wypadku miałam minimalne utraty świadomości. Dla aktora to katastrofa. Zresztą, skończyły się dla mnie role. Miałam to nieszczęście, że w wieku 44 lat, wciąż grałam chłopczyków - taka byłam drobna. Przez wiele lat obsadzano mnie w rolach bardzo młodych, a potem z dnia na dzień, w rolach staruszek. Zagrałam jeszcze matkę w "Balladynie", staruszka w "Dobrym człowieku z Seczuanu" i skorzystałam z możliwości odejścia na emeryturę. Teatr przestał mnie cieszyć. Definitywnie.
Był jeszcze krótki epizod pracy w Teatrze Ludowym, w którym potem, już jako emerytka, przez 12 lat prowadziła bibliotekę teatralną. Książki stały się całym jej światem.

\*\*\*


- Za dużo czytam. Potem dochodzę do smutnych wniosków, że ci intelektualiści, którzy tak pouczają społeczeństwo, w swoim życiu doskonale rozmijają się z głoszonymi ideałami. Tak było, jest i pewnie będzie. Jean Jacques Rousseau, autor książki o wychowaniu "Emil", miał siedmioro dzieci, które żyły w przytułku. O wspólczesnych moralizatorach nawet nie warto wspominać - wzdycha Ewa Drozdowska.
Czyta do późna, a potem nie może zasnąć. Z okien jedenastego piętra obserwuje, w jak wielu oknach, późno w nocy, a nawet nad ranem, błyska charakterystyczna niebieska poświata telewizorów. Telewizja zdominowała nasze życie. I nasz sposób myślenia. Stała się oczami odbiorców. Literatura pozostaje ich sumieniem. Aby zastanowić się nad filozoficznymi dylematami, trzeba mieć czas i sporo życiowego doświadczenia. To zajęcie w sam raz na jesień życia. Ale ilu seniorów zgłębia mądre myśli w oryginale?
EWA PIŁAT

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo