Nadmiar rozrywki

Redakcja
Oświęcim to pretekst do zrobienia kariery politycznej - i w skali lokalnej, i w skali światowej. Trzeba tylko ponapuszczać na siebie ludzi.

ZBIGNIEW BARTUŚ

ZBIGNIEW BARTUŚ

Oświęcim to pretekst do zrobienia kariery politycznej - i w skali lokalnej, i w skali światowej. Trzeba tylko ponapuszczać na siebie ludzi.

Do znajomego radiowca zadzwoniła koleżanka z Warszawy. - Słuchaj - mówi - mam tu ekipę telewizji z Australii. Przyjechali do Polski na dwa dni kręcić film krajoznawczy. Jutro będą w Krakowie, mają cztery godziny wolne. Może byś im załatwił na czternastą jakichś skinów pod obozem w Oświęcimiu?
 O wyznaczonej porze (ani o żadnej innej) skini nie pojawili się w grodzie nad Sołą, a już pod byłym obozem nie widziano ich od pamiętnej manifestacji Tejkowskiego pięć lat temu. Brak skinów wyraźnie rozczarował nie tylko Australijczyków, ale i inne ekipy, które w ostatnim czasie zjeżdżają do Oświęcimia chmarami nie widzianymi nawet w czasach świtoniady. Magnesem jest tym razem najsłynniejsza na świecie dyskoteka, w której "pozbawieni elementarnej wrażliwości oświęcimianie" oddają się "nieodpowiedzialnej rozrywce". Po prostu "tańczą na trupach" - jak to zgrabnie wyraziła największa gazeta ogólnopolska.
 Zachowanie oświęcimskiej młodzieży skłoniło szefa Kancelarii Premiera Macieja Musiała do odwiedzenia podłego miasta. Tym bardziej że pod polskimi ambasadami (np. w Waszyngtonie) zaczęły protestować różne organizacje, a środowiska żydowskie ślą pisma pełne oburzenia. Jednoznacznie antydyskotekowe stanowisko zajął też szef Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski.
 Tak się składa, że zamiast ministra oświęcimianie woleliby raczej zobaczyć pieniądze, które miały być w tym roku przeznaczone na realizację Oświęcimskiego Strategicznego Programu Rządowego. Rok ma się powoli ku końcowi, a pieniędzy nie ma. Te dwie pozornie różne sprawy - dyskoteka i OSPR - są ze sobą silnie związane. Mija dziesięć lat, odkąd najbardziej kompetentni eksperci tłumaczą to Warszawie. Bez skutku.

Disco za płotem

 Jeszcze rok temu nikt o zdrowych zmysłach nie mógł się spodziewać, że kolejne zarzewie konfliktu wokół Oświęcimia powstanie w pobliżu Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży. Ta niezwykle zasłużona instytucja, wizytówka miasta, symbol oświęcimskiego otwarcia na świat i pojednania między narodami, powstała 14 lat temu z inicjatywy niemieckiej organizacji "Akcja Znaków Pokuty". Usytuowano ją nad Sołą, kilkaset metrów od centrum miasta, grubo ponad kilometr od strefy ochronnej b. obozu. W sumie Niemcy wydali na ten cel ok. 12 mln zł (jedna z największych inwestycji w mieście). Co roku dokładają kolejne pieniądze, bowiem - choć grupy z Europy Zachodniej ponoszą wszelkie koszty pobytu i udziału w seminariach, to udział grup polskich jest bezpłatny. Dla młodych (w tym oświęcimian) przygotowano wiele programów i zajęć, m.in. warsztaty dziennikarskie, fotograficzne, teatralne, historyczne.
 - Dzięki środkom uzyskanym z pobytów zagranicznych grup i turystów, dla których Dom jest namiastką hotelu, możemy finansować projekty czysto polskie, nie tylko na miejscu, ale i wyjazdowe, co daje oświęcimianom szansę rozwoju i nawiązania kontaktów z rówieśnikami - mówi szef MDSM Leszek Szuster. Dom nieodpłatnie przygotowuje też licealistów do egzaminów na studia, rozwija działalność charytatywną, wspiera liczne instytucje i organizacje w mieście. W imprezach kulturalnych MDSM wzięło udział kilkanaście tysięcy mieszkańców miasta._Dom odwiedzali też prezydenci Polski i Niemiec, parlamentarzyści, wybitni uczeni, pisarze, artyści...
 Wybierając lokalizację MDSM, inwestorzy dokładnie sprawdzili, co przewiduje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.
- Założyliśmy, że wszystko, co tu się będzie działo w przyszłości, będzie zgodne z prawem - komentuje przewodniczący zarządu Fundacji MDSM Christoph Heubner, przypominając, że w aktualnym planie zagospodarowania sąsiedztwo Domu określone jest jako "teren dla nieuciążliwej działalności przemysłowej". Szefowie MDSM mogli przypuszczać, że lokalne władze poinformują ich o zmianach, zwłaszcza że w międzynarodowej Radzie Fundacji MDSM zasiadają m.in. prezydent i starosta oświęcimski.
 Zmian w miejscowym planie zagospodarowania nie było. Mimo to latem ub. roku, kilkadziesiąt metrów od MDSM, w starej garbarni krakowskich zakładów skórzanych, których majątek w połowie lat 90. znalazł się w rękach prywatnych, zaczęła powstawać duża dyskoteka. Inwestor nie kontaktował się z zaniepokojonym sąsiadem. Po prostu budował. Prawnicy MDSM uznali, że dyskoteka sprzeczna jest z planem zagospodarowania przestrzennego. W odwołaniu od decyzji starosty zwrócili też uwagę, że inwestor rozpoczął budowę bez prawomocnych pozwoleń. Po wysłaniu przez Dom odwołania, w gabinecie dyrektora - po raz pierwszy - pojawili się inwestorzy. Kierownictwo placówki nie chce dziś powiedzieć słowa na ten temat. Faktem jest jednak, że jeszcze tego samego dnia kierownictwo MDSM wynajęło firmę ochroniarską...
 Ostatecznie wojewoda małopolski uznał większość argumentów MDSM i uchylił decyzję starosty o pozwoleniu na budowę. W dodatku nadzór budowlany, stwierdziwszy fakt samowoli, nakazał inwestorowi rozbiórkę dyskoteki. Inwestorzy doprowadzili obiekt do stanu sprzed przebudowy. W kwietniu br. starosta, na ich wniosek, umorzył postępowanie w sprawie powtórnego pozwolenia. Równocześnie właściciel obiektu wyraził chęć adaptacji garbarni "_dla potrzeb związanych z usługami turystycznymi, hotelarskimi, handlowymi, gastronomicznymi"
. Wszyscy stwierdzili zgodnie, że nowoczesne centrum handlowo-gastronomiczne w tym miejscu bardzo by się przydało i raczej nie kolidowałoby z działalnością MDSM.
 5 sierpnia goście MDSM usłyszeli w nocy głośne dudnienie. Nie mogli spać. Dwa dni później pracownicy Domu dowiedzieli się w starostwie, że nowy inwestor otrzymał pozwolenie na adaptację. - Od strony prawnej wszystko jest w porządku - tłumaczą w starostwie. - Zupełnie inny inwestor na parceli obok MDSM zrobił parking. Parking ten przedziela Dom Spotkań od dyskoteki. Dyskoteka "Disco System" nie sąsiaduje więc z MDSM, a co za tym idzie - Dom nie jest stroną postępowania w tej sprawie.
 Kiedy w dyskotece jest impreza, wspomniany parking przemienia się jednak w... "Parking Disco System".

Preteksty

 - Dlaczego MDSM sprzeciwia się działalności dyskoteki? Może mogliby się jakoś dogadać? - zastanawiają się oświęcimianie, którym oba obiekty wydają się potrzebne (na najludniejszym osiedlu Zasole nie ma ani jednego lokalu rozrywkowego!). MDSM od początku wskazywał na fakt, że inwestor nie zadbał o spokój sąsiadów. A zakłócanie ciszy może się skończyć fatalnie dla kilku tysięcy Polaków uczestniczących co roku w programach Domu. Jeśli dyskoteka odstraszy zachodnich turystów, MDSM nie będzie miał pieniędzy. - Grozi nam nawet zawieszenie działalności - ostrzega Leszek Szuster.
 Na razie, według niezależnych badań, natężenie hałasu w pokojach MDSM jest w czasie dyskotek o blisko 40 proc. większe od dopuszczalnego. Właściciel deklaruje, że potrafi skutecznie wygłuszyć odgłosy zabawy. - Ale nawet najlepsze wyciszenie nie zagwarantuje spokoju - obawiają się w MDSM. - Wokół tego typu lokali tworzy się swoista otoczka, którą trudno kontrolować.
 Pracownicy Domu przywołują przykład innej dyskoteki. Policjanci przyznają, że jest to jedno z tych miejsc w powiecie, w których zmuszeni są interweniować najczęściej...
 Mamy więc do czynienia ze sporem sąsiedzkim między bardzo ważną zakorzenioną w mieście instytucją non profit _a nowym podmiotem gospodarczym, który próbuje wypełnić lukę na lokalnym rynku. Takie są fakty. Dlaczego prawie nikt w Polsce i w świecie ich nie zna? Dlaczego politycy i media trąbią o międzynarodowej aferze? Bo najwyraźniej do Oświęcimia nie przyjeżdża się po fakty, tylko po preteksty.
 Oświęcim może być świetnym pretekstem do zrobienia kariery w mediach - i dla polityków, i dla dziennikarzy. Bredząc o Oświęcimiu, można rozpocząć kampanię prezydencką w Polsce i wygrać wybory do zarządu wpływowej organizacji za oceanem. Można za pomocą Oświęcimia zadebiutować na czołówce gazety, albo brylować w telewizyjnym programie informacyjnym. Znajomy z wielkiego ogólnopolskiego radia zwierza się:
- Przywiozłem do Oświęcimia sprzęt za kilka miliardów nie po to, by pie... o jakimś sporze sąsiedzkim. Dajcie mi mięso! Dziennikarz z TVN nagrał długą rozmowę z dyrektorem Szusterem, ale żadna z wypowiedzi nie dawała pretekstu do błyśnięcia w "Faktach" o 19.00. Więc słowa Szustera zostały "streszczone" zdaniem, którego ani on, ani nikt w Oświęcimiu nie powiedział.
 Oświęcim to pretekst do zrobienia kariery politycznej - i w skali lokalnej, i w skali światowej. Trzeba tylko ponapuszczać na siebie otumanionych ludzi. Część oświęcimian jest już przekonana, że MDSM to nudna instytucja, co utrąca inwestycje w mieście. Młodych ludzi, żądnych rozrywki (bo na razie - poza nielicznymi wyjątkami - największą atrakcją w mieście jest plucie na klatce schodowej), napuszcza się na MDSM pod hasłem "_obrony jedynego fajnego lokalu przed obcymi
". Część dotychczasowych przyjaciół i sponsorów MDSM stała się dziwnie podejrzliwa. Kiedy Oświęcimia używa się jako pretekstu, nie wiadomo dokładnie, kto ukradł, a kto został okradziony...
 Nie wiadomo już też za bardzo, kto tu jest ofiarą wojny, a kto sprawcą gehenny Auschwitz. Bo Oświęcim to również świetny pretekst, by dorabiać Polakom gębę rasistów i antysemitów.

Wielka eksmisja?

 Jedna czwarta oświęcimian doskonale pamięta wojnę. Dosłownie każda rodzina miała kogoś w obozie (dla niedoinformowanych: w charakterze więźnia). Co druga kogoś straciła. Ci, co ocaleli, opowiadają dziś wnukom: - Tu, gdzie stoi wieś, była wieś. Niemcy przepędzili ludzi. Zburzyli wieś. Jedną, drugą, trzecią. Tysiące domów. Z cegły, z tych rozebranych wsi, postawili baraki. Całe pole barakami obstawili. Potem zwozili ludzi z całego świata i zabijali. Stąd tego prochu tyle tutaj.
 Po wojnie miejscowi wrócili. Chcieli odzyskać swoje cegły, swoje drzwi od stodół, swoje dachówki. - Ależ te cegły służyły do budowy krematoriów, te drzwi przemieniły się we wrota do piekieł, te dachówki ukrywały zbrodnię. Niech pozostaną symbolem, cmentarzem - mówili inni. Jakie mają być granice cmentarza? - głowiono się. Spór trwa do dziś.
 Obozowy kompleks zajmował 40 kilometrów kw. Było w nim wszystko - od biura projektów, przez rzeźnie, składy budowlane i spichlerze, po kominy krematoriów. Wszystko w jakiś sposób służyło zabijaniu. Więc może cmentarz powinien mieć 40 km kw.? Sześć na siedem. Wielkie miasto umarłych. Ale jak utrzymać taki cmentarz, kiedy wokół eksploduje życie? I czy można na wieki wymazać z mapy kilkusetletnie wioski - dlatego, że chory umysł wybrał je swego czasu na miejsce zbrodni?
 Cmentarz musiał pójść z życiem na kompromis. Najpierw zawężono go do 1720 ha, potem - do 1367, jeszcze potem do 500, wreszcie, 43 lata temu - ustalono: 191 ha. Wytyczono granice. Ale prochy nie znają granic. Unoszą się z wiatrem na wszystkie strony. I czemu ta granica tu, a nie tam? Na przykład taka, niby zwykła, łąka poza drutami muzeum. Trawa piękna, bujna. Ale miejscowi nie puszczą tam krów. Bo wiedzą. Pamiętają. - Tam ludzi zakopali najpierw, a potem odkopali - wspomina Jan Kułaj. - Sto tysięcy ciał i... więcej się nie mieściło. Łąka duża, patrz pan, na pół wsi! A się nie mieściło... Więc odkopali i spalili. Stąd tego prochu tutaj tyle... Tablicy nijakiej. Za drutami cmentarzysko, a tu nie. I czemu nie?
 Jak odnaleźć granicę, która oddzieli prochy umarłych od świata żywych? To pytanie można zadawać w Oświęcimiu na każdym kroku. Na 40 kilometrach kwadratowych. W kilkudziesięciu podobozach rozsianych po Śląsku. Na szlakach przesiąkniętych krwią zamęczonych. W nieskończoność. Ale codzienne życie nienawidzi, nie rozumie tego słowa. Odpowiedzi na pytanie o granice cmentarzyska oczekuje do dziś.
 Historyk czasów nieodległych zauważa: każdy zaułek, każdy uroczy zakątek, każdy dom, otwór okienny, chodnik, każdy metr kwadratowy świata żywych zasługuje na jakąś tablicę. O tam, na tej pięknej łące między blokami, gdzie ludzie z całej okolicy wyprowadzają psy, gdzie dzieciaki kopią piłkę, gdzie Nowak myje samochód... Tam w czasie niewolniczej pracy umarła duża wieś. A tamtędy - na Śląsk - pędzono zimą sześćdziesiąt tysięcy. Padali co kilkanaście metrów. Większość spoczęła w zbiorowych mogiłach. Albo tam, za tym ślicznym placem zabaw, za rzędem huśtawek i dwiema karuzelami, są koszary. Pierwszy budynek, brunatny - żyją w nim ludzie - był pracownią prof. Clauberga, tego od zbrodniczych eksperymentów na kobietach. Zasługuje na tablicę?
 Próby porachowania miejsc zasługujących w Oświęcimiu i okolicy na szczególne upamiętnienie podejmują od lat 80. Jadwiga i Marek Raweccy. Stworzyli szczegółową dokumentację obiektów w otoczeniu b. obozu. Proponowali, by zrezygnować ze sztywnej strefy ochronnej wokół KL Auschwitz-Birkenau - bowiem znajdują się w niej zarówno obiekty warte uwagi, jak i nie związane z historią obozu - a w zamian za to objąć ochroną kilkanaście miejsc poza strefą. Nie posłuchano ich. Opracowania Raweckich posłużyły wprawdzie do stworzenia planów zagospodarowania przestrzennego, ale decydenci w Warszawie postanowili utrzymać sztywną strefę ochronną.
 Ich zdaniem, uchwalona przez Sejm w zeszłym roku ustawa o ochronie miejsc męczeństwa miała załatwić sprawę: wykluczyć wszelkie konflikty wokół b. obozu. Na mocy ustawy, władzę w strefie ochronnej sprawuje bowiem - w imieniu rządu - wojewoda i nic nie może się tam dziać bez jego zgody. Żadnych kontrowersyjnych sklepów, hurtowni, supermarketów, placów zabaw, dyskotek, restauracji, manifestacji, kaplic itp.
 Na łamach "Dziennika" nieśmiało zwracaliśmy uwagę, że ta ustawa nie daje gwarancji spokoju. Niestety - sprawdziło się. Przy okazji sporu o dyskotekę ujawniona została przeszłość obiektu, który się w tym miejscu kiedyś znajdował. W garbarni pracowali więźniowie KL Auschwitz. Część z nich została tu zamęczona. Oto pretekst do kolejnej nagonki. Nagonki, w której Oświęcim pełni rolę wielbłąda. Zniechęcony, już nawet nie próbuje się tłumaczyć, że nim nie jest.
 O garbarni nikt przez 50 lat nie pamiętał. Nie została opisana w żadnej książce o b. obozie. Nie była celem odwiedzin turystów ani pielgrzymek środowisk, które teraz protestują. Została "odkryta" dopiero teraz. Oświęcimianie obawiają się, że takich "odkryć" będzie więcej. Firma Chemiczna Dwory pozbywa się majątku. Jest prawdopodobne, że w niepotrzebnych halach ktoś zechce zrobić miejsce zabaw, lokal rozrywkowy. A to oznacza protesty: przecież zbrodniczy koncern IG Farben wykorzystywał tutaj więźniów. Na głównej ulicy miasta - Dąbrowskiego - wstyd się nawet uśmiechać, a co dopiero bawić. To był szlak śmierci, droga do morderczej pracy...
 Po wizycie ministra Musiała rząd zajął stanowisko... okrakiem. Z jednej strony podkreśla, że "lokale rozrywkowe nie powinny być sytuowane w miejscach naznaczonych cierpieniem więźniów obozów" (czyli praktycznie w Oświęcimiu - nigdzie), bo jest to "świadectwo braku szacunku dla tego tragicznego dziedzictwa" (wielbłąd Jan Kułaj - i nie tylko on - wyje z rozpaczy...), ale z drugiej - pisze: "Oświęcim jest miastem naznaczonym - w sposób niezawiniony - piętnem ostatniej wojny (...). Jego mieszkańcy do dziś ponoszą skutki funkcjonowania obozów, a ich aktywność gospodarcza, będąca podstawą rozwoju miasta, podlega ograniczeniom. Nie można ciężaru borykania się z tym problemem składać wyłącznie na barki mieszkańców. Oświęcim wymaga pomocy także ze strony społeczności międzynarodowej. Rząd podejmie działania...".
 Co może oznaczać ta deklaracja rządu? Czy jest to, jak zwykle, pozorny ruch strażaka? Tego w mieście - a pewnie i w świecie - nikt nie wie. Jeśli chodzi o pieniądze, to w mieście czwarty rok z rzędu nie można się doczekać obiecanych środków na Oświęcimski Strategiczny Program Rządowy, którego realizacja miała zapobiegać konfliktom.
 Zaś jeśli chodzi o prawo, to na razie jest ono takie, że wokół b. obozu obowiązuje ustawowa strefa ochronna "do stu metrów" oraz (nie wiadomo jak długo jeszcze) pięćsetmetrowa strefa UNESCO. Ograniczenie działalności dotyczy wyłącznie terenu obozu oraz strefy. Rozumując logicznie: wszystko to, co poza strefą, to normalny obszar miejski i gminny. Wolnoć, Tomku (starosto, prezydencie, wójcie...). Nagle jednak pojawia się na tym WOLNYM OD OGRANICZEŃ terenie dyskoteka, a Warszawa i cały świat krzyczą - NIE WOLNO! Nie ma żadnych gwarancji, że owo "nie wolno" nie obejmie większej liczby miejsc w mieście. Nie wiadomo na razie - ile i które. Pewne jest jedno: tych, którzy czekają na preteksty do kolejnych skandali, jest wielu.
 Na razie wielbłąd wydaje się być całkiem bezbronny.

ZBIGNIEW BARTUŚ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie