Narcyzm zostawiam w garderobie. Gdzieś między peruką a kostiumem

Łukasz Gazur
Mariusz Kwiecień - na scenie łobuz, w życiu prywatnym - fajny gość FOT. MIKOŁAJ MIKOŁAJCZYK
Mariusz Kwiecień - na scenie łobuz, w życiu prywatnym - fajny gość FOT. MIKOŁAJ MIKOŁAJCZYK
Kraków jest moim domem. Tu się urodziłem i wychowałem. Tutaj po latach wróciłem i kupiłem piękny dom. Mam też mieszkanie w Nowym Jorku, ale to jest taki "dom zawodowy". Rodzinny jest tylko jeden - mówi MARIUSZ KWIECIEŃ, jeden z najbardziej znanych śpiewaków operowych. Rozmawia Łukasz Gazur

Mariusz Kwiecień - na scenie łobuz, w życiu prywatnym - fajny gość FOT. MIKOŁAJ MIKOŁAJCZYK

- Ile w Panu z Oniegina?

- Zawsze w rolę staram się włożyć jak najwięcej z siebie samego, odnaleźć w granej postaci to, co gdzieś we mnie samym siedzi. Dotyczy to wszystkich moich ról. Ale ile we mnie z Oniegina? Niewiele. To chłodny cynik. Z dystansem traktuje wszystkich, którzy nie przynależą do jego klasy społecznej. Ja taki nie jestem.

- Jakoś przykleiły się do Pana takie role.

- To prawda. Czasem nawet nie darzę sympatią postaci, które gram i raczej bym się z nimi nie zaprzyjaźnił. Po prostu jako baryton takie role otrzymuję, bo takie na ten rodzaj głosu stworzono. Nie czuję z nimi szczególnych więzi. Jestem człowiekiem otwartym, żywiołowym, więc przeciwieństwem Oniegina. Powiem jednak szczerze, że lubię swój zawód, bo wchodząc na scenę, mogę wcielać się w zupełnie inną postać, niż sam jestem. Muszę ją wymyślić, jakoś w sobie odnaleźć i odnieść do niej swoje życiowe doświadczenie. Dlatego każdy śpiewak trochę inaczej kreuje operowych bohaterów. Tekst jest zawsze ten sam, ale interpretacje bardzo różne.

- Pana Oniegin to narcyz?

- On musi być narcyzem. To typowy, młody samczyk, w życiu korzystający ze swojego atrybutu, jakim jest młodzieńcza energia, ładna twarz, pieniądze i dobre pochodzenie.

- Pytam o to wszystko, bo zastanawiam się, czy nie jest tak, że będąc aktorem operowym, trzeba być trochę narcyzem?

- Żeby otworzyć się przed publicznością, trzeba mieć pewność siebie i skupić na sobie uwagę widowni. Do tego potrzeba każdemu artyście odrobiny narcyzmu. To jednak nie idzie w parze z onieginowskim cynizmem. No i najważniejsze - narcyzm zostawiam za drzwiami garderoby, razem z kostiumem i peruką. Nie zabieram go ze sobą do domu. W życiu codziennym jestem zwykłym człowiekiem.

- Gwiazdy scen operowych kojarzą się raczej z ekstrawaganckim stylem życia. Co Pan ostatnio takiego zwykłego robił?

- Nic zaskakującego, bo w życiu codziennym żyję jak wszyscy inni ludzie. Robię zakupy, bo lubię, kiedy jestem w Paryżu, mieć świeże bagietki, sprzątam, piorę. Właśnie w czasie rozmowy z panem wstawiłem sobie białe rzeczy do pralki. A w kolejce czekają kolorowe. Sam pan widzi, proza życia.

- A co Pana szczególnie odpręża?

- Kiedy mogę sobie na to pozwolić, lubię planować podróże. Właśnie planuję wyjazd na Dominikanę, gdzie od lat spędzam Boże Narodzenie. Słońce i plaża są naprawdę dla mnie odprężające. W Polsce lubię przebywać w bliskości z naturą. Chodzić do lasu, pracować we własnym ogrodzie.

- Słyszałem, że w czasie wolnym jest Pan fanem zakupów. To prawda?

- Trudno chyba tak to nazwać. To mnie nie relaksuje, choć prawdą jest, że lubię dobierać i komponować ubiór. Miewam takie okresy, że trzy lub cztery dni spędzam na kupowaniu garderoby na cały sezon. Ale to nie jest pasja. Za to uwielbiam buty. To wykończenie stroju człowieka, ornament. Można wyjść z domu bez czapki czy szalika, ale bez butów się nie da.
- Tak z ręką na sercu - ile ich Pan ma?

- Trudno je policzyć. Czasem jest ich 60, czasem 120. W niektórych nigdy nawet nie chodzę, inne rozdaję rodzinie i przyjaciołom.

- Na scenie pojawia się Pan czasem w ekstrawaganckich inscenizacjach - po kostki w wodzie, spadający na spadochronie albo... w slipkach, pływający w basenie. Lubi Pan takie nietypowe pomysły?

- Różne rzeczy już robiłem na scenie. Np. w mającym opinię szalonego Amsterdamie powstał zaskakujący spektakl "Eliksir miłości". Naprawdę na scenę zleciałem na spadochronie. Ale to nie było jedyne zaskoczenie tego przedstawienia, bo obok Elvisa Presley'a w spektaklu pojawiły się choćby skąpo odziane tancerki w piórach. To był spektakl wyzwolony jak sam Amsterdam. Ale to nieortodoksyjne przedstawienie się bardzo podobało.

- A jak było z tymi kąpielówkami w basenie?

- W Hamburgu pływałem w slipkach i śpiewałem. To było na początku kariery, 20 lat temu.

- Na forach internetowych można znaleźć komentarze na ten temat.

- Aż trudno uwierzyć.

- A lubi Pan takie zaskakujące odczytania?

- Dla mnie najważniejsze, żeby spektakl miał wewnętrzną logikę, czytelny zamysł. Nie wiem, czy tak szalona inscenizacja obroniłaby się w Krakowie, bo mamy dość konserwatywną publiczność, aczkolwiek chętnie bym się z takim wyzwaniem skonfrontował. Może warto porozmawiać na ten temat z dyrektorem Opery Krakowskiej, Bogusławem Nowakiem.

- Niektóre takie inscenizacje to pewnie obciążenie dla głosu. Jak Pan o niego dba?

- Każdy artysta ma własne sposoby dbania o głos. Przed spektaklem najgorsza jest rozmowa. Głos się bardzo męczy, matowieje, więc staram się nie mówić zbyt wiele już dzień przed przedstawieniem. Nie piję alkoholu, nie palę.

- Nie piję - rozumiem, nie palę - rozumiem. Ale nie rozmawiam?

- Tak. Głos traci blask, świeżość, dostaje - jak to się mówi w naszym środowisku - piasku. Poza tym trzeba pić dużo wody i się wyciszyć. Więc głównie oglądam filmy, siedzę zaczytany z książką, słucham muzyki.

- Operowej?

- Zaskoczę pana - trochę jazzu, trochę elektroniki.

- Dziś jest Pan obywatelem świata - Paryż, Amsterdam, Nowy Jork. Kiedy myśli Pan dom, to myśli Pan o jakim mieście?

- Kraków jest moim domem. Tu się urodziłem, wychowałem i mieszkałem do 21. roku życia. Tutaj po latach wróciłem i kupiłem piękny dom. Mam też mieszkanie w Nowym Jorku, ale to jest taki "dom zawodowy". Rodzinny jest tylko jeden i jest tu.

- A nie kusiło Pana, żeby się po prostu wyprowadzić?

- Nie jestem wielkim patriotą, ale nie wyobrażam sobie życia z dala od Polski. Być może chodzi o to, że znam dobrze wszystkie cechy nas Polaków i te dobre, i te złe. W każdym zakątku świata jestem człowiekiem z Polski, a w Polsce jestem u siebie.

***

Mariusz Kwiecień (ur. 4 listopada 1972 r.) to dziś jeden z najbardziej znanych na świecie śpiewaków operowych.
Artysta zasłynął rolą Don Giovanniego. Tę partię zaśpiewał m.in. w londyńskiej Covent Garden, wiedeńskiej Staatsoper, San Francisco Opera, Seattle Opera (za tę kreację został wybrany Artystą Roku 2007 r.), Bilbao, Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie, Operze Krakowskiej i Bayerische Staatsoper.

Poza tym słynną jego rolą jest Oniegin (m.in. na otwarcie sezonu w słynnej Metropolitan Opera w Nowym Jorku).

W 2009 otrzymał Srebrny Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie