Nauka otworzy się na biznes

Zbigniew Bartuś
Zbigniew Bartuś
Piotr Dardziński: Staramy się znaleźć polską drogę dla naszej nauki
Piotr Dardziński: Staramy się znaleźć polską drogę dla naszej nauki Wojciech Matusik
Udostępnij:
- Uczelnie muszą wziąć odpowiedzialność za otoczenie, w którym żyją. W Krakowie powinny na przykład badać problem smogu, w różnych obszarach. I dać jasną odpowiedź, jak tę sprawę rozwiązać - mówi dr Piotr Dardziński, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego

Dr Piotr Dardziński
Absolwent politologii na UJ, gdzie potem zrobił doktorat, oraz Instytutu Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Bundeswehry. Stypendysta Uniwersytetu we Fryburgu w Szwajcarii. Od 2005 r. adiunkt na UJ. Autor wielu publikacji dotyczących m.in. doktryn politycznych i ekonomicznych, przedsiębiorczości. Od lat bliski współpracownik Jarosława Gowina.

- Studiuje najwięcej Polaków w historii, a pracodawcy ciągle narzekają, że absolwenci uczelni są do niczego, trzeba ich wszystkiego uczyć. Z kolei wielu młodych, nie mogąc znaleźć pracy w kraju, emigruje. W efekcie za grube miliony my, niezamożni podatnicy, kształcimy rzesze politologów, socjologów, filologów, specjalistów od zarządzania, a oni wyjeżdżają pracować na zmywaku.

- Jest jeszcze gorzej: rośnie liczba młodych Polaków, którzy zaraz po szkole średniej wyjeżdżają na studia zagraniczne, bo gwarantują im one karierę. I nie chodzi tylko o karierę w biznesie, ale i w nauce. Zasady są dużo bardziej przejrzyste, ścieżki awansu dla wartościowych ludzi prostsze i szybsze niż u nas. Z ciekawości wypytuję profesorów polskich uczelni, gdzie studiują lub studiowały ich dzieci. Okazuje się, że wielu wysłało pociechy na renomowane uczelnie za granicą. To w jakimś stopniu oddaje opinię rodzimych naukowców o polskich uczelniach, które przecież współtworzą.

- Co zrobiliśmy nie tak?

- To jest efekt decyzji strategicznych podjętych na początku lat 90., po okresie transformacji. Ustalono wtedy, że naszym głównym celem będzie wyraźne zwiększenie odsetka osób z wyższym wykształceniem.

- Za PRL-u studiowało kilka procent Polaków. Dziś ponad 40 proc. polskich trzydziestolatków ma dyplomy wyższych uczelni. Czy tamta strategiczna decyzja była błędem?

- Oczywiście, że nie. Umasowienie studiów miało sens. Niestety w pewnym momencie okazało się, że jest to jedyny cel. Tak zorganizowano system, że uczelniom zaczęło zależeć wyłącznie na liczbie studentów, a jakość kształcenia stała się sprawą piątego rzędu. Teraz przyszedł czas na zmianę strategii: musimy postawić na jakość, a nie ilość.

- Dyskusja o marnej jakości kształcenia w większości szkół wyższych trwa od dekady, ale od wykładowców oraz tych, którzy zatrudniają absolwentów, słyszę, że jest coraz gorzej.

- Powiem bez ogródek: podniesienie jakości kształcenia trzeba na uczelniach wymusić zmieniając system tak, by motywował do podnoszenia poziomu nauczania oraz innych zachowań korzystnych dla rozwoju państwa. Na uczelniach pracują ludzie inteligentni, zachowują się racjonalnie. Jeśli system jest taki, że opłaca im się uczyć bardzo wielu studentów byle jak, to po prostu będą to robić.

- Zmianie mają ulec ścieżki kariery naukowej. Po co?

- W dotychczasowym modelu każdy naukowiec miał robić wszystko: prowadzić badania naukowe, pisać książki i publikować teksty w renomowanych czasopismach, być znakomitym dydaktykiem; teraz wielu chciałoby do tego dołożyć obowiązek owocnej współpracy z biznesem. A to przecież niemożliwe. Żyjemy w świecie, który z uwagi na ogromny przyrost wiedzy w każdej dziedzinie mocno się specjalizuje. Naukowcy też muszą się specjalizować.

- Pamiętam ze studiów fenomenalnych wykładowców z umiarkowanymi osiągnięciami naukowymi i odstręczającymi publikacjami oraz geniuszy nauki, którzy nie potrafili przekazać nam swej wiedzy…

- Tak było zawsze i będzie. Każdy student wskaże Panu profesora, który powinien raczej siedzieć w bibliotece i pisać fantastyczne książki niezwykle przydatne na zajęciach, a który nie umie uczyć i każde spotkanie ze studentami jest katorgą. Dla niego i dla nich. I odwrotnie: część profesorów pisze słabo, ale słucha się ich z zapartym tchem. Niechaj każdy rozwija swe mocne strony, z pożytkiem dla nas wszystkich. Dziś wybitni naukowcy marnują część swego potencjału, bo wymagamy od nich, by robili wszystko.

- Zmienią się wymagania?

- Trwają dyskusje w ramach Narodowego Kongresu Nauki nad wyodrębnieniem kilku ścieżek kariery tak, by jeden naukowiec mógł piąć się w górę w oparciu o publikacje, a inny, współpracujący z biznesem, był tak samo premiowany za dorobek naukowy, którego nie mógł w pełni ujawnić w publikacjach, bo efekty jego pracy stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa. Chcemy wreszcie, by na równi z tymi dwoma wymienionymi naukowcami traktowany był ktoś, kto jest genialnym wykładowcą.

- Obcując od lat z polskimi naukowcami odniosłem wrażenie, że najbardziej cenieni są wśród nich ci, którzy uprawiają „naukę dla nauki”, teoretycy, eksperymentatorzy...

- Generalnie w dotychczasowym modelu naukowcy współpracujący z firmami i opracowujący praktyczne rozwiązania, technologie, są w środowisku traktowani jak uczeni drugiej kategorii. Chcemy to zmienić, jednym z głównych celów reformy jest wyraźne ożywienie współpracy uczelni z przedsiębiorcami. Będziemy za to premiować obie strony.

- Dziś współpracy prawie nie ma. Nakłady firm na prace badawczo-rozwojowe, które decydują o gospodarczym sukcesie takich krajów, jak USA, Japonia, Korea Południowa i Niemcy, są u nas żenująco niskie. Sam Pan przyznaje, że uczelnie są nieobecne w świadomości polskich przedsiębiorców. Czy doktorat wdrożeniowy pomoże to zmienić?

- Na pewno tak. Kiedy robiliśmy duże konsultacje społeczne z naukowcami, przedsiębiorcami, inwestorami, organizacjami pozarządowymi, po uchwaleniu pod koniec zeszłego roku pierwszej ustawy innowacyjnej, wszyscy zwrócili uwagę, że mamy w Polsce problemy z trzema rzeczami. Pierwszą są ludzie, drugą ludzie, a trzecią - ludzie.

- Ci pierwsi „ludzie” to…

- Naukowcy, którzy na uczelniach zajmowaliby się kontaktami z biznesem, rozumieli jego potrzeby, potrafili prezentować dokonania naukowe, które mogą być przydatne firmom.

- A drudzy?

- Przedsiębiorcy, którzy rozumieliby, jak funkcjonuje nauka, byliby otwarci na współpracę z nią, na korzystanie z jej osiągnięć, chcieliby na tym zarabiać.

- Ci trzeci...

- To są właśnie doktoranci wdrożeniowi. Z jednej strony doskonale znają i rozumieją funkcjonowanie uczelni, a z drugiej równie dobrze wiedzą, jak działa biznes.

- Jak się będzie robić taki doktorat?

- Doktoranci wdrożeniowi to pracownicy przedsiębiorcy, realizujący na jego zlecenie prace badawcze (pozostające potem własnością intelektualną danej firmy), a jednocześnie robiący na tej podstawie doktorat na uczelni. Fundujemy im stypendium w wysokości 2450 zł miesięcznie, czyli 100 proc. wynagrodzenia asystenta. Korzystają na tym wszyscy. Przedsiębiorca ma wysoko wykwalifikowanego pracownika, mówi mu: „to i to jest mi potrzebne, wykonaj przy pomocy swego promotora na uczelni badania naukowe, by rozwiązać ten problem”. Finalnie firma zyskuje patent, innowacyjne rozwiązanie, mniej lub bardziej przełomowe, a w efekcie przewagę konkurencyjną na rynku.

- Co zyskuje uczelnia?

- Ma doktoranta, który szybko stanie się doktorem. Który często korzysta z laboratoriów uczelni, za co płaci ministerstwo. Program jest czteroletni, co roku robimy małe podsumowanie i ocenę postępów. Jeśli ich nie ma, odbieramy stypendium. To motywuje do dobrej pracy.

- Ale sam doktorant też powinien być zadowolony.

- Oczywiście. Otrzymuje niejako podwójną pensję - u przedsiębiorcy i z programu stypendialnego - więc może godnie żyć i nie musi wyjeżdżać za granicę. Tworzy przy tym rzeczy ciekawe i wartościowe, a dostarczając cennych rozwiązań, wiąże się z pracodawcą.

- No dobrze, a co ma z tego państwo?

- Za kilka lat będziemy mieli w Polsce kilka tysięcy ludzi, których teraz bardzo nam brakuje, czyli naukowców znakomicie znających potrzeby przedsiębiorców, posiadających nie tylko niezbędną wiedzę, ale i bezcenną praktykę. To pomoże nam przestawić polską gospodarkę na nowe tory: chcemy, by malał odsetek firm, których działalność opiera się na niskich kosztach pracy, a rósł tych, które zarabiają na wiedzy, pomysłach, innowacjach. Staramy się w tym celu oddziaływać nie tylko na naukę, m.in. premiując naukowców za wdrożone patenty. Na ścieżce wdrożeniowej będzie można uzyskać nie tylko doktorat, ale i uprawnienia równe habilitacji. Premiujemy także przedsiębiorców.

- Jak?

- Dzięki wprowadzanym przez rząd uproszczeniom zyskują zdecydowanie łatwiejszy i tańszy dostęp do wynalazków, patentów, własności intelektualnej, a jednocześnie mogą korzystać z ulg podatkowych. Ulgi od tego roku zdecydowanie podnieśliśmy, a w kolejnej ustawie zamierzamy je jeszcze podwoić.

- Mówicie także o konieczności zmiany mentalności na uczelniach.

- Powiedziałbym nawet o zmianie kultury. Uczelnie muszą wziąć odpowiedzialność za otoczenie, w którym żyją, nie mogą funkcjonować w oderwaniu, niczym wieże z kości słoniowej. Zupełnie oczywiste jest dla mnie na przykład, że krakowskie uczelnie winny badać problem smogu, w różnych obszarach. Pan prezydent powinien zwołać rektorów i powiedzieć: chcę wiedzieć za pięć lat, jak zlikwidować ten problem, jakie mamy montować piece, jak je skonstruować i wyprodukować w Polsce. Na razie takiej odpowiedzi ze strony nauki nie ma.

- To wina uczelni?

- Nie. Uczelnie były dotąd rozliczane z zupełnie czegoś innego. Głównie z dydaktyki.

- Ponieważ dostawały pieniądze „od łebka”.

- Właśnie. Nie ma się co dziwić, że na tym się skupiły. Plus ewentualnie na jakichś publikacjach. Jeśli ministerstwo będzie konsekwentnie rozliczać i premiować za coś innego, zwłaszcza wdrożenia badań naukowych, zachowanie uczelni się zmieni.

- Czy korzystamy tu z doświadczeń innych krajów?

- Ulubione pytanie premierów Gowina i Morawieckiego brzmi: „Jak to jest na świecie?”. My to sprawdzamy, analizujemy. Trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie rozwiązania da się w Polsce zastosować.

- Najwyżej cenione w świecie, także w różnego typu rankingach, są uczelnie anglosaskie.

- Owszem. Ale ten model trudno adaptować na grunt Europy kontynentalnej, w tym Polski. Tradycja, obyczaje, kultura naukowa, ale też prawna są u nas wyraźnie inne. Z tego powodu o wiele ciekawszymi krajami, które nas inspirują są Szwecja, Dania, Holandia i Niemcy. Tam się bardzo dużo wydarzyło w obszarze nauki, a także jej współpracy z biznesem. Jednak poszukując dobrych rozwiązań, staramy się znaleźć własną, polską drogę.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

miejsce #1

Diesel

Diesel Mega Chief DZ4329

1 416,00 zł424,25 zł-70%
miejsce #2

Casio

Casio Vintage A100WE-1AEF

349,00 zł195,00 zł-44%
miejsce #3

Lotus

Festina Trend F16760_1

694,62 zł536,00 zł-23%
miejsce #4

Timex

Timex TW2U22100

348,00 zł289,00 zł-17%
miejsce #5

Seiko

Seiko Srpc87K1

1 339,20 zł1 130,46 zł-16%
miejsce #6

Casio

Casio G-Shock GA-110HC-1AER

223,30 zł
Materiały promocyjne partnera

Studiowanie w Polsce jest coraz droższe. Ekspert wyjaśnia powody

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Masowość zawsze powoduje spadek jakości (w tym wypadku kształcenia, ponieważ na studia wtedy nie idą sami zdolni ludzie, lecz także słabizna, jeśli nawet nie tumany) oraz powoduje to, że coraz więcej jest bezrobotnych z wyższym wykształceniem (lub tych, którzy wprawdzie mają pracę, ale zupełnie nieodpowiednią do poziomu i kierunku wykształcenia, np. roznoszą ulotki, siedzą w kasie supermarketu, zamiatają ulice, w najlepszym razie wykonują prostą pracę biurową) a coraz bardziej potrzeba ludzi po zasadniczych szkołach zawodowych, gdyż fachowcy odchodzą na emerytury. Powinno się radykalnie zmniejszyć nabór na kierunki humanistyczne (jest to wytwórnia bezrobotnych magistrów) a na niektóre powinien się odbywać nawet raz na kilka lat (istnieją takie kierunki, po których - jeśli absolwenta nie zatrudni uczelnia - wchodzi w rachubę tylko bezrobocie). Sam mam nie tylko studia, ale i doktorat. przez pewien czas pracowałem w PAN, gdzie straciłem pracę i od tego czasu jestem (już 14 lat) na bezrobociu, nie mogąc odzyskać zatrudnienia. Mniej studentów, ale wyższy poziom studiów (tylko na medycynę nie należy zmniejszać limitu przyjęć, gdyż lekarzy potrzeba).
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie