Nie imituję Tarantino

Redakcja
- Zaczyna się tak: mężczyzna o pseudonimie Dżoker - przy pomocy zwerbowanych trzech młodych ludzi - próbuje wyciągnąć od swego byłego szefa pokaźną kwotę pieniędzy...

Rozmowa z JACKIEM GĄSIOROWSKIM, reżyserem filmu "Czas surferów"

   - Ukończył Pan właśnie zdjęcia do swojego najnowszego filmu "Czas surferów". Co to będzie za historia?
   - Ma to być kino gangsterskie czy może komedia o przestępcach, które - o zgrozo, bo temat wcale nie jest śmieszny - jakiś czas temu były modne w polskim kinie?
   - Ani jedno, ani drugie. Jest to historia chłopców z ulicy, którzy próbują zostać gangsterami. Naoglądali się filmów i wydaje im się, że wystarczy chwila odwagi, by życie stało się piękne. Nawiasem mówiąc, to właśnie z powodu filmowych upodobań głównych bohaterów niektórzy dopatrują się związków mojego filmu z kinem tworzonym przez Tarantino. Konkluzja jest jednak błędna - nie próbuję nakręcić polskiej imitacji dzieł Quentina Tarantino.
   - Kręcił Pan głównie w okolicach Poznania. Dlaczego?
   - Scenariusz powstał w prywatnej szkole filmowej w Poznaniu. Zacząłem tam właśnie poszukiwać obiektów zdjęciowych, tym bardziej że jest to miasto rzadko wykorzystywane przez polskie kino. Nasz scenograf pokazał mi tak wspaniałe miejsca, że postanowiłem przekonać producentów, by pozostać przy tym pomyśle, choć z punktu widzenia produkcji był to dodatkowy kłopot.
   - Ma Pan doborową obsadę: Zbigniewa Zamachowskiego, Bogusława Lindę, a także krakowskiego aktora Mariana Dziędziela, który dzięki znakomitej roli w "Weselu" święci właśnie wielkie sukcesy filmowe.
   - Mieliśmy sporo szczęścia. Tym bardziej że nie są to wiodące role. Te grają bowiem naturszczycy - z jednym wyjątkiem - mam na myśli Bartosza Obuchowicza. Mimo to, dzięki zaletom scenariusza Tomka Wieleby, wszyscy znakomici aktorzy zareagowali pozytywnie. Do wymienionej przez pana listy dodałbym jeszcze Sławka Orzechowskiego. O Marianie Dziędzielu myślałem na długo przedtem, zanim otrzymał nagrodę. Zawsze wiedziałem, że to wspaniały aktor, a współpraca z nim przerosła wszelkie moje oczekiwania.
   - Dotychczas był Pan raczej znany jako reżyser... francuski!
   - Raczej polski, lecz pracujący we Francji. Rzeczywiście tak wyszło, że więcej filmów nakręciłem we Francji niż w Polsce. Zaraz po studiach filmowych w 1982 roku wyjechałem do Francji jako asystent Andrzeja Wajdy na zdjęcia do "Dantona" i z różnych powodów nie mogłem od razu wrócić do kraju. Dwa lata później nakręciłem swój pierwszy pełnometrażowy film "Visage de chien". Zaczynaliśmy bez pieniędzy, nawet bez producenta. Mimo to na festiwalu w Cannes w 1985 roku otrzymaliśmy nagrodę młodego kina francuskiego. Potem nakręciłem we Francji jeszcze dwa obrazy fabularne. Ale nigdy nie miałem ochoty zamieszkać tam na stałe. "Czas surferów", który będzie miał premierę kinową w kwietniu 2005 roku, jest moim piątym filmem fabularnym.
   - Proszę porównać sposób robienia filmów w Polsce i we Francji.
   - Sama realizacja filmu jest podobna. Natomiast we Francji mają znacznie lepszy system finansowania, dzięki czemu kręci się około 100 filmów rocznie. U nas powstaje 20 i to w bólach. Mimo to zamierzam nadal kręcić filmy nad Wisłą.
Rozmawiał: RAFAŁ STANOWSKI

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie