Nie jestem gwiazdą

Redakcja
Fot. Daniel Weimer
Fot. Daniel Weimer
Domyślam się, że do Nowego Sącza trafił Pan za sprawą swego rodaka, kapitana Sandecji Jano Frohlicha, pełniącego obowiązki dyrektora klubu i nieformalnego słowackiego rzecznika jej interesów.

Fot. Daniel Weimer

RUDOLF URBAN. 10-krotny reprezentant Słowacji, od 1 stycznia jest zawodnikiem Sandecji

- Rzeczywiście, opinia Jana okazała się decydująca. Po zakończeniu rundy jesiennej miałem kilka propozycji z różnych klubów, także z Węgier i Niemiec, jednak wybrałem jednak Nowy Sącz. Jano, którego osobiście poznałem przed rokiem przy okazji mojej pierwszej wizyty w waszym mieście, nie mógł nachwalić się atmosfery panującej w Sandecji. Mówił, że jej kibice są najwspanialsi w I lidze, że na mecze przychodzi po kilka tysięcy ludzi, że klub jest wypłacalny finansowo, że prezesi dotrzymują słowa, że rodzi się drużyna z ambicjami na grę w ekstraklasie. Uwierzyłem mu na słowo. Półtoraroczny kontrakt z Sandecją, wraz ze swym rodakiem Martinem Hlouskiem, podpisałem po kilkunastu treningach. Na razie sprawdziła się opinia o uczciwości klubowych włodarzy i sprzyjającym tutaj klimacie dla futbolu.

Do Sandecji przyszedłem nie po to, by odcinać kupony od dotychczasowych osiągnięć. Zależy mi na udowodnieniu, także samemu sobie, że wciąż stać mnie na grę na w miarę wysokim poziomie. A nowemu klubowi chcę pomóc w realizacji założonego przez zarząd celu.

Dla bardziej optymistycznie nastawionych osób jest nim awans do ekstraklasy. Czy zdaje sobie Pan sprawę, że jeszcze kilka lat temu taka ewentualność była dla sądeczan mrzonką?

- Tym większe dla mnie wyzwanie. Wiem, że Sandecja to klub z ogromnymi tradycjami, akurat w tym roku obchodzący stulecie istnienia. Awans do ekstraklasy byłby najpiękniejszym prezentem dla kibiców i działaczy.

Odpowiednio przygotowaliście się do tej, być może najważniejszej w dziejach klubu, futbolowej wiosny?

- Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak ciężko zimą pracowałem. Zaliczyliśmy dwa obozy, nieźle dawaliśmy sobie radę w sparingach, poza mną i Martinem ściągnięto do klubu kilku wartościowych graczy. Szczęśliwie ominęły nas poważniejsze kontuzje. Szkoda jedynie, że właśnie teraz, tuż przed wznowieniem rozgrywek, urazy przyplątały się Arkowi Aleksandrowi i Petarowi Borovićaninowi.

Kiedy po raz ostatni wystąpił Pan w narodowej drużynie?

- Trzy lata temu, w meczu przeciwko Japonii. Później selekcjonerzy stracili mnie jakoś z pola widzenia.

Który z tych dziesięciu meczów w kadrze najmocniej zapadł Panu w pamięci?

- Graliśmy wówczas w Stanach Zjednoczonych z Kolumbią. Mecz zakończył się co prawda bezbramkowym remisem, ale ja zostałem uznany za jednego z najlepszych graczy na boisku.

Kibice potraktują Pana tutaj jak gwiazdę. A od gwiazdy wymaga się więcej niż od "normalnego" gracza. Czuje się Pan na siłach, żeby zadośćuczynić oczekiwaniom fanów?

- Nie jestem żadną gwiazdą i mocno to podkreślam. Nie wiem nawet, czy trener znajdzie dla mnie miejsce w wyjściowej jedenastce. Wciąż muszę walczyć o swą pozycję w drużynie. Cóż mogę powiedzieć? Chyba tylko obiecać, że uczynię wszystko, by nie zawieść pokładanych we mnie nadziei.

O miejsce w składzie może być Pan raczej spokojny. Sprowadzono przecież Pana, by na środkowym rozegraniu zastąpił Dariusza Zawadzkiego. Jakie są najsilniejsze strony Rudolfa Urbana jako głównego dyrygenta poczynań swych partnerów.
- Wyszkolenie techniczne i gra głową.

A najsłabsze?

- Gra głową.

Nie bardzo rozumiem.

- W pierwszym przypadku miałem na myśli posługiwanie się tą częścią ciała w sensie rozsądnego kierowania grą drużyny, zaś w drugim - odbijanie nią piłki, walkę w powietrzu.

W grach kontrolnych udowodnił Pan, że potrafi także uderzyć z dystansu.

- Owszem, zdarzało mi się w ten sposób zdobyć kilka goli. Moim głównym zadaniem jest jednak tak dokładnie podać do napastnika, żeby ten znalazł się w dogodnej sytuacji strzeleckiej.

Zaaklimatyzował się Pan już w Nowym Sączu?

- Myślę, że tak. Wraz z żoną i pięcioletnim synem Damianem mieszkam w wynajętym przez klub mieszkaniu, zdążyłem pospacerować po mieście. Podoba mi się. W trójkę uczestniczyliśmy w niedawnej mszy św., odprawionej w intencji pomyślności Sandecji. Mam nadzieję, że nasze modlitwy zostaną wysłuchane.

ROZMAWIAŁ DANIEL WEIMER

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie