Nie pałką go to kijem!

Redakcja
Udostępnij:
W Świdnicy miało być światowo i było. Zwłaszcza w kwestiach regulaminowych. III eliminację RSMP zorganizowano w oparciu o zaczerpnięte z MŚ wzory i efekty tego faktu ujawniły się nieomal natychmiast.

27. Rajd Elmotu

Już przed startem do OS-u numer 1 rozgrzewający opony w swoim subaru Krzysztof Hołowczyc zdemolował jedną z nich. Jak to w takich przypadkach bywa, wymienił kapeć na rezerwę i pognał dalej. Zanim jednak dotarł na start odcinka w Lubachowie, rezerwa także odmówiła posłuszeństwa. Brak strefy serwisowej w pobliżu całego zajścia (to właśnie jeden z efektów zastosowania w Świdnicy światowego regulaminu) zmusił parę Hołowczyc / Fortin do pokonania liczącej 16 kilometrów próby na... trzech kołach.
I nie byłoby w tym wszystkim nic szczególnego, wszak jazda na zdekompletowanym ogumieniu to dla rajdowców betka, gdyby nie wydarzenia, do jakich doszło w chwilę potem. Oto jadący na czterech kołach Janusz Kulig w try miga dogonił "Hołka" i jak to w takich przypadkach bywa
- wyraził nieodpartą chęć wyprzedzenia rywala. Regulamin mówi, iż na OS-ie wolniejszy zawsze musi ustąpić szybszemu. Takie zresztą warunki dyktuje również postulowany w sporcie fair play. Jednak "Hołek" skutecznie blokował rywala i uniemożliwił mu szybką jazdę, która jak powszechnie wiadomo, stanowi clou całej zabawy. Na dobrą sprawę incydent ewidentnie klasyfikował się do kolejnego zdegradowania byłego mistrza Europy, gdyby nie to, że Kulig postanowił nie nadawać sprawie biegu kwitując rzecz całą milczeniem.
To co powiedział nam natomiast jego pilot Jarosław Baran już po tym, jak w escorcie załogi Marlboro-Mobil1 awarii uległ przedni dyfer, zaś sami zawodnicy dopingowali swoich kolegów na trasie, zaprawione było nutką goryczy. - Przygotowaliśmy się do rajdu niezwykle solidnie. Samochód przeszedł gruntowną odnowę. Nowy był silnik, nowe zawieszenie. Jazdy testowe napawały optymizmem. Tymczasem już podczas trwania drugiego OS-u dyfer dał znać o sobie. Awaria pogłębiała się z kilometra na kilometr i w pewnym momencie doszliśmy z Januszem do wniosku, iż dalsza walka w zaistniałych warunkach nie ma najmniejszego sensu.
Niepowodzenie "Hołka" już na pierwszym OS-ie stało się dodatkowym wyzwaniem dla jego rywali. Zarówno Gryczyński, jak i Kuzaj wietrząc szansę ostro ruszyli do boju. Nieco w tle wspomnianej dwójki uczynili to także Gieruszczak i Fuchs. Tymczasem, zgodnie z przypuszczeniami, pechowiec ani myślał o składaniu broni. Z animuszem zabrał się do odrabiania strat i na trasach świdnickich OS-ów zaiskrzyło.
Co by nie mówić o poziomie manier "Hołka", to komentując jego jazdę nie sposób nie użyć paru komplementów. Odrabiając straty poniesione na OS-ie 1 para Hołowczyc / Fortin zademonstrowała dynamiczną, szybką, a co najważniejsze skuteczną jazdę. Dość powiedzieć, że na mecie I etapu Hołowczyc znalazł się na drugim miejscu, chociaż wcześniej tracił do rywali grubo ponad półtorej minuty. Z doskonale spisującej się dwójki: Gryczyński, Kuzaj tylko ten pierwszy odparł w pierwszym dniu rajdu szaleńcze ataki Hołowczyca. Krakowianin skarżąc się na awaryjność amortyzatorów (aż dwukrotna wymiana jednego z nich), zajmował trzecią pozycję tracąc do Hołka 5,6 sekundy.
Niestety, na mecie pierwszego dnia zawodów nie zobaczyliśmy toyoty Cezarego Fuchsa. Czyniący ciągłe postępy zawodnik nie ustrzegł się pecha i to już zaraz na początku rajdu. Najpierw przebita opona, później zaś pęknięty przewód od turbiny stały się przyczyną sporych kłopotów. Czarę goryczy przepełniła zepsuta półoś, której wymiana doprowadziła do przekroczenia limitu spóźnień. Na tę przypadłość regulamin zna tylko jedną odpowiedź: out! Tak więc przed OS-em numer 7 nazwisko Fuchsa i jego pilota Mikołaja Madeja zniknęło z wyników.
Na mecie I etapu rajdu jego lider Robert Gryczyński nie krył swoich obaw. - Szybkie partie wyraźnie przegrywamy. Będzie nam bardzo trudno obronić pierwszą lokatę. Nie rezygnujemy jednak z walki. Tymczasem podobną opinię wyrażał mocno dopingowany przez swój fan club Leszek Kuzaj. Kolorowa grupa z nazwiskiem idola wymalowanym na twarzach nie kryła nadziei, że tym razem Leszek znajdzie się na podium. Z nowym-starym pilotem u boku Andrzejem Górskim Kuzaj pokonywał kolejne OS-y bardzo szybko i bardzo pewnie. Wprawdzie różnica dzieląca go od "Hołka" rosła, zaś dystans do "Gryszczoła" stał się wielkością konstans, to jazda krakowianina mogła się podobać.
I dokładnie w momencie, kiedy wszystkie klocki zdawały się być poukładane, swój dramat przyszło przeżywać parze Gryczyński / Burkacki. Samochód wiceliderów wjechał w jedną z ostatnich stref serwisowych i tam okazało się, że zapieczonych na amen szpilek koła nie jest w stanie ruszyć żadna ziemska siła. W ruch poszła maszynka Boscha, przy pomocy której serwisanci Toyoty obcinali kolejne śruby mocujące koło. Ekipa pracowała, a czas płynął. Kiedy Gryczyński mógł wreszcie z wymienionym kompletem kół powrócić na trasę rajdu, uciekło 12 minut. Załoga spadła z drugiego na czwarte miejsce, tuż za plecy Gieruszczaka i Skrobota.
- Nie walczę. Robert jest dzisiaj bardzo szybki. Trzymam "swoje" w myśl zasady, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Może następnym razem - mówił Gieruszczak, kiedy dowiedział się o nieszczęściu rywala. I miał rację. Gryczyński wyprzedził go jak tylko mógł najszybciej, ale myśl o dogonieniu Kuzaja i powrocie na fotel wicelidera musiał włożyć pomiędzy bajki, bowiem dystans dzielący obu kierowców osiągnął rozmiary prawie dwóch minut.
Co do Gieruszczaka, to kierowca ten jeszcze we wtorek poprzedzający start cierpiał na bolesne zapalenie ścięgna lewej nogi (tej od sprzęgła). Trenując, korzystał z pomocy żony, która usiadła za kierownicą treningówki. Marek dyktował opis zajmującemu tylny fotel pilotowi i w ten dość nietypowy sposób odbył zapoznanie się z trasą rajdu. Na szczęście już w czasie trwania zawodów noga odzyskała swoją zwykłą formę i popularny "Gieru" mógł korzystać z jej usług w pełnym zakresie.
Historia walki o palmę pierwszeństwa w grupie N jest tym razem krótka. Po awarii skrzyni biegów w samochodzie Zbigniewa Steca oraz wobec faktu, że Paweł Dytko i Wiesław Stec dysponują wciąż słabszymi od rywali wersjami samochodów (odpowiednio evo IV i evo III) na placu boju pozostali zaledwie Robert Herba i Jarosław Pineles. Przyznać trzeba, że obaj walczyli jak równy z równym (na mecie I etapu Pineles wyprzedzał Herbę różnicą... 0,3 sekundy!), by ostatecznie znaleźć się na mecie jako piąty (Herba / Rathe) i szósty (Pineles / Horniaczek) team zawodów.
Dość nietypowo zakończyła swój udział w tegorocznym Rajdzie Elmotu załoga Jan Kościuszko / Janusz Bronikowski. Oto jak tradycyjnie już zdartym do cna głosem pilot Jana Kościuszki relacjonował zdarzenie: - Na drugim bodaj OS-ie auto przestało ciągnąć. Silnik przerywał i prychał. Serwis nie potrafił jednak znaleźć konkretnej przyczyny słabości naszego evo. Gdy na jednej z dojazdówek wskaźnik temperatury zaczął wariować, kazałem zatrzymać auto i czując coś niedobrego, wyskoczyłem z gaśnicą w ręku na zewnątrz. Po otwarciu maski z komory silnika buchnęły kłęby dymu, a zaraz potem obfite płomienie. Cudem udało się je ugasić. Niestety, to był koniec naszej przygody z Elmotem.
Załoga uszła z pożaru cało, czego nie da się powiedzieć o samochodzie. Ale taki to już sport te rajdy.
Maciej Hołuj

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie