(Nie tylko) mroczne światy Schmitta

Redakcja
Eric-Emmanuel Schmitt powinien fascynować nie tylko czytelników, ale i biografów. Urodzony bowiem prawie równe 50 lat temu wychowywał się w rodzinie sportowców (matka - mistrzyni Francji w sprincie, ojciec - uniwersytecki mistrz boksu) i to w dodatku ateistycznej. Chłopak miał więc wszelkie warunki, by stać się sportowcem, a w dodatku człowiekiem bez złudzeń, twardo stąpającym po ziemi. Prędko jednak się okazało, że jego życie będzie nieco inne niż to ukształtowane przez rodziców.

O wolności, o namiętnościach, o ludzkich przywarach i szukaniu własnego miejsca na świecie... Autor "Oskara i pani Róży" znowu czaruje.

Gdy Schmitt rozpoczął studia filozoficzne, porzucił ateizm dla gnozy. Wtedy zdał sobie sprawę, że więcej nie wie, niż... wie.

Przytrafiła mu się też, mniej więcej w tamtym czasie, historia niezwykła. W 1989 roku, już po studiach, Schmitt wybrał się z grupą znajomych na pustynię. Po wyjściu na szczyt góry, postanowił, że będzie wracać samotnie. Szedł szybko, ale też prędko dotarło do niego, że czuje się zagubiony. Dosłownie i metaforycznie. Po zmroku schował się za skałą, by ochronić się przed wiatrem. Wtedy zaczęła się też gonitwa myśli. Przede wszystkim o tym, skąd bierze tyle siły. Schmitt właśnie w tym czasie miał zrozumieć, że towarzyszy mu Absolut - doświadczenie, które przekracza wiarę w Boga jednej religii. Od tamtego czasu zaczęły się intensywne rozważania Schmitta o życiu, świecie, naturze człowieka i etycznej stronie jego postępowania.

Być może wtedy też narodził się najpełniej pisarz. Ten sam, który - także i nas - uwiódł historią "Oskara i pani Róży".

GRANICE WOLNOŚCI

Schmitt kilkanaście lat później pisze tak:

"Czy jesteśmy wolni?

To pytanie ma się lepiej niż istniejące odpowiedzi na nie i przeżyje je wszystkie. Bo twierdzenie, że cokolwiek jest pewne, wydaje mi się nieuczciwe, albo zbyt zuchwałe, albo głupie.

Czujemy się wolni, gdy zastanawiamy się nad czymś, wahamy się, wybieramy. Ale czy to uczucie nie jest iluzją? Czy powzięta decyzja tak czy inaczej nie zostałaby powzięta? Jeżeli nasz mózg przyjmuje jakieś rozwiązanie, to czyż nie jest tak uwarunkowany, aby je właśnie przyjąć? A gdyby to była rozstrzygająca konieczność, która przybiera pozory wolnej woli...".

To fragment z dziennika pisarskiego, który dołączony jest do najnowszej - wydanej w Polsce - książki Erica-Emmanuela Schmitta "Trucicielka".

W nagrodzonym Gouncourtami za rok 2010 zbiorze znalazły się cztery opowiadania.

Jest tu historia marynarza dowiadującego się o śmierci jednej ze swoich córek. Mężczyzna zaczyna sobie właśnie wtedy zdawać sprawę, jak bardzo kocha swoją rodzinę i zarazem jak mało ją zna...

Przeczytamy tu również opowieść o dwójce ludzi kompletnie zmienionych przez niewłaściwą decyzję jednego z nich...

Będzie także miejsce dla historii o prezydencie i jego żonie - niegdyś ukochanej, a obecnie stanowiącej psychiczne i emocjonalne obciążenie w życiu męża...

"Trucicielka" to ponadto opowiadanie - jak mówi większość czytelników: najlepsze - o morderczyni oskarżonej o zabójstwo kolejnych mężów. Nie do końca wiadomo, co i jak uczyniła. Konfabuluje czy mówi prawdę? Jest tak perfidna czy testuje innych? Jakie są granice wolności zmyślenia i działania? I po której stronie ona stoi? Z tymi pytaniami musi poradzić sobie wciągnięty przez nią do gry młody ksiądz - a wraz z nim my, czytelnicy.

PORZĄDEK OPOWIADANIA

Niewielki zbiór Schmitta wyróżnia się tym, za co cenili czytelnicy poprzednie książki francuskiego autora. "Odette i inne historie miłosne", "Oskar i pani Róża" czy "Małe zbrodnie małżeńskie" to majstersztyk maksymalnego użycia słowa przy minimalnej powierzchni dla snutej opowieści. Schmitta nie interesują zresztą przygody, perypetie, zmiany losu, scenografii, otoczenia. Najwięcej miejsca poświęca on duszy i człowiekowi. Zahacza się na jednym - nasączonym na ogół filozoficznym smakiem - problemie, by poddać go obórce i dać przestrzeń do rozważań czytelnikowi.
"Wolter mówił, że najlepsze książki to te, które w połowie zostały napisane przez wyobraźnię czytelnika" - stwierdza Schmitt i w zasadzie trudno z nim (i z Wolterem) polemizować w tej kwestii. Moralne (i niemoralne), rozświetlające rzeczywistość i świadomość (ale i często mroczne) historie francuskiego pisarza skłaniają do refleksji.

"Czasem myślę, że opowiadania mnie rozwijają, bo jestem przede wszystkim człowiekiem teatru" - pisze autor "Trucicielki" w dołączonym do zbioru dzienniku. Precyzuje też różnicę między większą formą prozatorską a opowiadaniem właśnie: "O ile powieść można traktować trochę jako graciarnię, o tyle nie jest to możliwe w wypadku opowiadania. Trzeba dokładnie odmierzyć przestrzeń przeznaczoną na opis, na dialogi, na rozwój wydarzeń. Najmniejszy błąd w budowie utworu jest od razu widoczny. Upodobania też".

W przypadku Erica-Emmanuela Schmitta czytelnicy jednak na ogół błędów nie widzą. Dla pisarza nie może być chyba lepszej rekomendacji.

Marcin Wilk

Eric-Emmanuel Schmitt, "Trucicielka", tłum. Agata Sylwestrzak-Wszelaki, Znak, Kraków 2010.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie