Niektórzy mówią na nią korcipka i zajadają się jej owocami. Inni zwą smrodynią i obchodzą z daleka

Grzegorz Tabasz
Spotykana na krajach lasów, kwitnie w maju i mocno pachnie
Spotykana na krajach lasów, kwitnie w maju i mocno pachnie
Drzemka pod drzewem mogłaby mieć działanie terapeutyczne. Niestety, większość ludzi szybko spod czeremchy ucieka

To było tak: opowiedziano mi historyjkę, jak pomagające w sianokosach dzieci zajadają się owocami korcipki. Takie małe, czarne i cierpkawe. W pierwszej chwili potraktowałem sprawę jak dobry żart. Dziwaczną nazwę rośliny usłyszałem pierwszy raz w życiu, a co ważniejsze, nie pasowała mi do żadnego rosnącego u nas gatunku. Kiedy jednak młoda osóbka zaczyna się zarzekać, iż to święta prawda i na dodatek została poparta przez koleżankę, począłem się zastanawiać. Czym u licha mogła być owa dziko rosnąca po brzegach lasów i na miedzach korcipka? Czarne owoce trochę mniejsze od dzikiej wiśni na pewno nie należały do derenia świdwy ani trującego szakłaku. Do tarniny tym bardziej. Cała reszta rodzimych krzewów albo owocowała znacznie później, albo miała inny wygląd i kolor.

Pozostało mi tylko jedno: zażyczyć sobie dowodu rzeczowego w postaci gałązki owej tajemniczej korcipki. Koniecznie z owocami. Moje życzenie zostało spełnione po tygodniu, gdy młoda dama z dumą przytaszczyła pokaźny bukiet gałązek tajemniczej rośliny z niedojrzałymi, zielonymi jeszcze owocami. Szczęka opadła mi ze zdziwienia, kiedy okazało się, iż tajemniczym przysmakiem dzieci w czasie kanikuły była czeremcha zwyczajna. Reszta opisu pasowała jak ulał. Spotykana na krajach lasów, kwitnie w maju, mocno pachnie. Drobne owoce w smoliście czarnym kolorze większość botanicznych podręczników kwalifikuje jako niezbyt smaczne i niejadalne.

No i proszę, na Podhalu korcipkę podskubują od dawna i nie narzekają, choć z drugiej strony nie jest uważana za jakiś specjalny rarytas. Coś w rodzaju wygasającej z wolna tradycji czy też przyzwyczajenia.

Czeremcha zwyczajna to najczęściej okazały krzew o gęstej koronie. Tam, gdzie gleby żyzne i wilgotne, wyrasta w całkiem okazałe drzewo sięgające kilkunastu metrów wysokości. Z łatwością zaaklimatyzuje się w ogrodzie, choć przed posadzeniem radzę przetestować na domownikach zapach. Białe, groniaste kwiaty widać z daleka. Pod wieczór nawet najbardziej zabiegany i zajęty swoimi sprawami człowiek, który nigdy nie rozgląda się na boki, poczuje mocny zapach. W pierwszej chwili aromat wydaje się przyjemny, ale po dłuższym czasie staje się nieznośnie mocny i duszący. Szkoda, gdyż w substancjach zapachowych wydzielanych przez czeremchę znaleziono silnie działające związki bakteriobójcze.

Drzemka pod drzewem mogłaby mieć działanie terapeutyczne. Niestety, większość ludzi szybko spod czeremchy ucieka. Szkoda po latach wycinać ładne drzewo, które będzie powodowało ból głowy. Pod koniec lata pojawią się owoce. Drobne, czarne pestkowce wielkości dużego ziarna grochu. Teoretycznie jadalne, ale smakowo przegrywają w cuglach z dziką czereśnią, nie wspominając o szlachetnych odmianach drzew owocowych. Za to pestki, czyli nasiona dla obrony przed zjadaczami nasion są przesycone związkami chemicznymi, które w kwaśnym soku żołądka rozkładają się do trującego kwasu pruskiego. Stąd pewnie pochodzą powtarzane tu i ówdzie opinie o trujących właściwościach owoców czeremchy. Jeśli ktoś zechce osobiście sprawdzić smak korcipki, to powinien unikać rozgryzania i połykania pestek. Uprzedzam, że miąższ jest bardzo lepki i kleisty.

Znalazłem nawet kilka starych przepisów na galaretki i powidła. Wszystkie jak jeden mąż nakazują staranne usuwanie nasion, co przy kleistych właściwościach owoców czyni całą operację bardzo pracochłonną. Jeśli ktoś ma wątpliwości, jak rozpoznać czeremchę, to proszę zerwać kilka listków. Zgniecione w palcach wydzielają paskudny dla naszego nosa zapach. Przy okazji, w niektórych regionach kraju dzięki owemu niepowtarzalnemu zapachowi zwą ją uroczo (i nader trafnie!) smrodynią. Mimo wszystko zapach w niczym nie przeszkadza licznym zwierzakom. Nie przepadam za nudną statystyką, ale dla czeremchy uczynię wyjątek. Bogate w nektar kwiaty wabią roje dzikich i udomowionych pszczół. Pokarmu starcza jeszcze dla licznych gatunków muchówek, błonkówek i chrząszczy. Nocami na kwiatach stołują się ćmy. Liście zjada kilkanaście gatunków larw owadów. Owoce przyciągają dwadzieścia kilka ptaków, liczne gryzonie, kuny, a także największego drapieżnika Europy, czyli niedźwiedzia brunatnego. Zimą soczystymi gałązkami chętnie przekąszą sarny i jelenie. Szalenie użyteczna z niej roślina.

Nie wiedzieć, po jakie licho w XVII wieku sprowadzono zza morza amerykańską czeremchę. Owszem, owoce przybysza są mniej gorzkie, ale dla nas to i tak żadna różnica. Obcy rośnie szybciej na każdej glebie, kwitnie dopiero w środku lata i dzięki błyszczącym liściom ładniej wygląda.

Był nawet taki czas, iż sto lat temu leśnicy mieli nakazane sadzenie amerykańskiej czeremchy gdzie się tylko da. Upłynęło pół wieku (co w skali czasowej lasu jest zaledwie mgnieniem oka), a botanicy zorientowali się, że gość z Ameryki bardzo zhardział i wyrwał spod iluzorycznej kontroli. Ba, w naturalnym środowisku zaczyna zachowywać się niczym brutalny chuligan. Kilkunastometrowe drzewa w młodości doskonale znoszą cień, a gdy wyrosną ponad otoczenie, tworzą pod sobą mrok tak doskonały, iż zagłuszą wszystkie rośliny runa i siewki rodzimych drzew. Cenione przez przyrodników naturalne odnowienia lasu pod okapem amerykańskiej czeremchy praktycznie przestają się udawać. Pozbawione zapachu kwiaty nie przyciągają pszczół. Liście przybysza nie smakują owadom i większości innych zwierzaków. Niestety, ptaki wyłamały się z powszechnego bojkotu. Co gorsza, bardzo polubiły owoce. Roznoszą nasiona na duże odległości i amerykańska czeremcha zaczęła masowo wyrastać w przypadkowych i niekiedy zupełnie niepożądanych miejscach. Choćby w parkach narodowych, które utworzono dla ochrony i zachowania ostatnich skrawków dzikiej przyrody. Sytuacja zmieniła się diametralnie i leśnicy otrzymali nowe polecenie: tępić amerykańską czeremchę za wszelką cenę! I tak jak kiedyś chętnie ją sadzili, teraz wycinają. Niestety, z pozostałego pniaczka odrastają gęste pędy i walka z czeremchą przypomina zmagania Herkulesa z Hydrą. Z tą różnicą, że słynny heros w końcu bestię pokonał, a obcy z Ameryki, jak się zdaje, jest na wygranej pozycji.

Kilka lat temu posadziłem w ogrodzie naszą rodzimą czeremchę zwyczajną. Pachnące kwiaty miały być mocnym akcentem w majowe wieczory. Teraz mam dodatkową atrakcję. Będę częstował gości półmiskiem ciemnych owoców. Jestem gotów się założyć, że korcipki, choćby dla samej nazwy, nikt nie odmówi.

W medycynie ludowej uznawana była za roślinę leczniczą – m.in. młode liście zawierają glikozydowe związki lotne o własnościach odkażających, bakteriobójczych, a także toksycznych dla wielu owadów. Surowcem zielarskim jest kora czeremchy (Cortex padi) pozyskiwana z młodych gałązek, razem z pąkami liściowymi. Używana była w medycynie ludowej jako środek ściągający, moczopędny i przeciwreumatyczny

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
ja

Trafiłem przypadkiem na czeremchę amerykańską i zrobiłem nalewkę. Zalatuje wiśniówką z pestkami. Dobra jest.

a
ala

Nie powiedziałabym, że są mdławe, są cierpkie, ale bardzo mi smakują

A
Al

Będąc w wojsku w roku 1990 (JW5739) zaraz obok ładowni akumulatorów (tym się bowiem tam zajmowałem) była mała górka, przy której rosło drzewko obsypane smacznymi owocami. Inni żołnierze nie ruszali ich, ale ja wiedziałem już wtedy (skąd, to trudno powiedzieć), że to jest czeremcha i że te owoce są jadalne. Gdy dojrzały, objadłem całe to drzewko :)))

Wiele lat potem pracowałem w takiej firmie, gdzie na terenie zakładu również rosły takie drzewa (w tym przypadku bardzo wysokie). Tym również nie odpuściłem; ile sięgnąłem, tyle nazbierałem przyciągając za końce do dołu wysokie gałęzie.

Od tamtego czasu, gdy jestem w lesie, chętnie zbieram te owoce, ale tylko gdy są najbardziej dojrzałe (kiedy już spadają) i jem je na surowo. Żałuję, że nie można ich kupić, jak np. grzyby czy poziomki. Są one bardzo smaczne, soczyste i w smaku podobne do dojrzałej wiśni, choć bardziej słodkie. Są również nieco mdławe, podobnie jak morwa. W sumie jednak bardzo smaczne. Nigdy nie miałem żadnych "sensacji" po ich spożyciu, nawet wielkiej torby tych owoców - są całkowicie jadalne i dużo lepsze niż wszelkie inne "dziczki". Powiedziałbym, że ich jakość jest prawie taka jak owoców uprawnych.

Dodaj ogłoszenie