Niesamowicie udane igrzyska

TOP
Justyna Kowalczyk na najwyższym stopniu podium w Whistler Fot. PAP/EPA/John G. Mabanglo
ROZMOWA. JUSTYNA KOWALCZYK zapewnia, że po zdobyciu olimpijskiego tytułu nie zabraknie jej motywacji do treningów

Justyna Kowalczyk na najwyższym stopniu podium w Whistler Fot. PAP/EPA/John G. Mabanglo

Pierwsza myśl po minięciu linii mety?

- Że jestem potwornie zmęczona.

Jak zareagowała Pani na trasie najpierw na ucieczkę Steiry, a potem Bjoergen?

- Najpierw było 20 kilometrów ciężkiej pracy. Później Steira zaatakowała, ale widziałam, że narty jej źle jadą na zjazdach. I ucieczka została zlikwidowana. Potem zaatakowała Bjoergen, odjechała od nas, nie miałam możliwości wyprzedzenia Steiry, bo musiałabym zjechać z toru, w śnieg, a to by nic nie dało. Marit odjechała na zjeździe, ale miałam ją w zasięgu wzroku. Próbowałam powolutku dochodzić.

Na finiszu kibice przeżywali niesamowite emocje.

- Ja wiem tylko tyle, że walczyłam.

Zachowała Pani do końca zimną krew, dobrze pokonała ostatni ostry zjazd przed stadionem, potem nie puściła Pani rywalki na wewnętrzny tor.

- Każdy by tak pobiegł na moim miejscu. Obie byłyśmy potwornie zmęczone, ale widać Marit o 0,3 sekundy bardziej.

Nasi trenerzy i serwismeni mówili, że na kilometr przed meta krzyczeli do Pani, żeby Pani wytrzymała. Było z czego dołożyć?

- Jak dobiegłam do Marit, to wiozłam się za nią, starałam się jak najbardziej odpoczywać, jeśli można mówić o odpoczynku przy takim tempie. Szczególnie na zjeździe starałem się złapać oddech. Paweł krzyczał: - Justyna wytrzymaj, wytrzymaj, z tyłu są daleko. Pomyślałam sobie - zobaczysz.

Czy zdaje sobie Pani sprawę z wagi tego złotego medalu, Polska czekała na niego 38 lat.

- Myślę, że pod względem sportowym te igrzyska były dla mnie niesamowicie udane. Ten bieg to wcale nie był chyba najlepszy, wyżej stawiam bieg na 10 kilometrów "łyżwą", jestem z niego bardzo dumna (w tym biegu Kowalczyk była piąta - przyp. AS). A to, co się teraz stało, to wielka rzecz. Cieszę się, że jestem jedynym sportowcem, który ma Puchar Świata, mistrzostwo świata, wygraną w Tour de Ski, złoto olimpijskie. To jest dla mnie coś niesamowitego.

Przed starem mówiła Pani, że chciałby, aby to była "30" Pani życia.

- Tfu, tfu, tfu... Było parę dobrych "30", tutaj dużo prowadziłam. To była z mojej strony taka "30" kontrolowana, dopóki Kristinie Steirze, a potem Marit Bjoergen, nie zachciało się pobiec szybciej. One dobrze zrobiły, że się zdenerwowały i podkręciły tempo, bo za dużo w grupie przybiegłoby nas na metę. W takim przypadku to można powiedzieć, że to była najlepsza "30" klasykiem z moim życiu.

Goniła Pani Bjoergen spokojnie, dochodziła do niej krok po kroku.

- Tak trzeba było robić, można była zasprintować, ale to by kosztowało zakwaszenie mięśni i nie wiadomo, co by się działo dalej. Na pewno nie byłoby tak dobrego finiszu.

Mijając linię mety, była Pani pewna, że jest pierwsza?

- Nie było tutaj, mówiąc po rosyjsku, żadnego "waprosa". Byłam z przodu minimalnie, ale jednak zdecydowanie.

W czasie biegu, gdzieś na 22. kilometrze, zerwała Pani z głowy okulary. Na moment zaplątały się, jakby straciła Pani rytm biegu. Czy takie detale mają wpływ?
- Chciałam zrzucić okulary, bo denerwowały mnie. Na chwilę zaplątały się w warkocz i tyle.

Czy dwie zmiany nart były zaplanowane wcześniej?

- Tak, wprawdzie serwismeni próbowali mi zmienić taktykę, ale ja doszłam do wniosku, że nic nie trzeba zmieniać, bo to jest najlepsze rozwiązanie. I tak zrobiliśmy.

Trener Rafał Węgrzyn mówił, że od rana czuło się atmosferę czegoś wielkiego.

- Ale go poniosło. Ja byłam zdenerwowana, może to złe słowo, byłam skupiona. Czułam, że muszę pobiec najlepiej, jak umiem. Wiedziałam, że będę walczyć z Marit. Wręcz byłam pewna takiej trójki, jaka była na mecie (trzecia była Saarinen - przyp. AS), tylko nie widziałam, w jakiej kolejności.

Tak długi bieg rozstrzygnął się dopiero na samym finiszu o ułamki sekund.

- Zdarzały się już takie biegi. Ja przegrałam złoto w Turynie też niewiele, bo o 1,2 sekundy, na finiszu.

Kiedy Steira zaatakowała, to pomyślała Pani, że to jest częścią planu Norweżek, aby Panią zamęczyć?

- Nie, one wiedzą, że mnie zamęczyć to za bardzo się nie da. Steira biegła dla siebie, wiedziała, że jak nie zaatakuje na dystansie, nie oderwie się od rywalek, to nie powalczy o medal. Widziałam, że jej słabo narty jechały. A moje nartki spisywały się rewelacyjnie.

Przeskoczyła Pani Wojciecha Fortunę, Adam Małysza. Jak się czuje Pani w roli liderki?

- Ja biegam, nie skaczę.

Zapewne w plebiscytach będzie Pani teraz bardzo wysoko.

- Nie zastanawiam się nad różnymi zestawieniami, klasyfikacjami, jestem zadowolona ze złota olimpijskiego.

W kronikach sportowych jest już jednak Pani zapisana na trwałe.

- O tych kronikach od dziennikarzy słyszę od pięciu lat (śmiech). My, sportowcy inaczej na to patrzymy. Podsumowania będą miały znaczenie, ale za jakieś 10 lat.

Ze złotym medalem będzie się biegać łatwiej, czy trudniej?

- Myślę, że na moje bieganie nie będzie to miało większego znaczenia. Jestem także mistrzynią świata, zdobyłam wszystko, co chciałam mieć w biegach narciarskich. Będę nadal trenować.

Nie zabraknie motywacji?

- Myślę, że nie. Ja już mam taki charakter, że ustawiam sprawę w kategoriach: trzeba coś zrobić, albo nie. Jeśli mam zrobić, to muszę trenować. Zobaczymy, jak będzie ze zdrowiem, ale motywacji nie zabraknie.

Mówiła Pani o bólu, który towarzyszy zawodniczkom w biegu na 30 kilometrów. W którym momencie najbardziej bolało?

- Pierwsze 10 km było dość fajne, po 15 km zaczęło się męczenie. Po 20 km, po zmianie nart, kiedy trzeba było gonić dziewczyny, to rzeczywiście była "30", jakby biegło się ją nie w grupie, ale indywidualnie. I to mocno bolało.

Trener Wierietielny mówił, że w pierwszej części dystansu tempo było wolne, spacerowe.

- Niech już trener nie przesadza, bo ja wtedy najczęściej prowadziłam (śmiech).

Kto miał lepiej przygotowane narty, Pani czy Bjoergen?
- Moje lepiej jechały, ale gorzej trzymały niż narty Marit. Wyszłyśmy na zero. Ja się trochę bardziej męczyłam na podbiegach, ale tak chciałam. A co do nart, to pierwsze 10 km biegłam na jednych, na drugim odcinku była druga para, na trzecim znowu te z początku trasy.

Na zjazdach trochę drżeliśmy o Panią.

- Mówiłam, że będę dobrze zjeżdżać, to zjeżdżałam.

Bardzo dobrze pobiegła Kornelia Marek, była w tym biegu 11.

- Widziałam ją niedaleko za mną na 20 kilometrze. Pomyślałam: Kola, jakie jaja. Jedenaste miejsce, to piękna lokata. Dziewczyna ma poukładane w głowie, wie, czego chce, taki wynik ją na pewno uskrzydli.

Dostarczyła Pani wiele wzruszeń polskim kibicom.

- Jeśli komuś dostarczyłam wielkich emocji, to jestem z tego powodu szczęśliwa. Bo jestem sportowcem, po to biegam na nartach, aby kibice mieli radość. Choć oczywiście biegam też dla własnych korzyści (śmiech). A kibice, jak to kibice - raz się cieszą, potem z błotem zmieszają.

Prezes PKOl Piotr Nurowski mówi, że z powodu wysokich premii dla medalistów jego firma zbankrutuje.

- To już zmartwienie prezesa Nurowskiego.

Jest Pani gotowa na gorące przyjęcie, które zapewne zgotują Pani kibice na lotnisku w Warszawie?

- Jestem gotowa na to, że tam będą czekać rodzice z samochodem i pojedziemy do domu.

Pytał i notował: Andrzej Stanowski, Whistler

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie