Niespokojny duch małej Oli, który stworzył Aleksandrę –...

Niespokojny duch małej Oli, który stworzył Aleksandrę – gwiazdę Lido

Wacław Krupiński

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Ku zdumieniu wszystkich z najsłynniejszej rewii świata odeszła po pięciu latach. Bo ALEKSANDRA KĘDZIERSKA FONTAINE to niespokojny duch, który lubi zmiany. Obecnie postanowiła pokazać show w krakowskim Teatrze Variété. Będą taniec, pióra i erotyzm.
Niespokojny duch małej Oli, który stworzył Aleksandrę – gwiazdę Lido

©Fot. archiwum artystki

Miała 19 lat, gdy znalazła się w Paryżu. Wraz z 200 tancerkami stanęła przy słynnej alei Champs-Élysées do castingu w jeszcze słynniejszej rewii świata Lido de Paris. Nie musiała długo tańczyć, by od choreografa Pierre`a Ramberta usłyszeć: „Witaj w Lido. Jesteś jedną z najpiękniejszych i najbardziej utalentowanych kobiet XXI wieku”. Półtora miesiąca później została kapitanem ponad 40-osobowego zespołu. Czyli najważniejszą tancerką w zespole. Był rok 2003.

Występowała w Lido pięć lat, objeżdżając z rewią niemal cały świat. Odeszła, ku zdumieniu wszystkich. – I tak się podziwiam, że wytrzymałam pięć lat. Nienawidzę monotonii, powtarzalności, a w Lido jeden program eksploatuje się 10 lat. Czułam, że w samym tańcu już się nie spełniam – mówi Aleksandra Kędzierska Fontaine.

Oleńka lubiła głośną muzykę. Mama puszczała ją, gdy córka nie mogła zasnąć. Ale gdy była mała wcale nie myślała o tańcu. Chciała śpiewać i być aktorką. Była dzieckiem o ogromnej energii, mama myślała, by wysłać ją do szkoły sportowej. Gdy okazało się, że ma idealne predyspozycje, trafiła do gdańskiej szkoły baletowej. Uczyła się w niej siedem lat.

To w tej szkole, gdy na prośbę wychowawczyni Barbary Truszkowskiej uczniowie zwierzali się z życiowych planów, Ola niezmiennie pisała, że chce wyjechać z Polski.

Uczyła się bez problemów i miała wszelkie warunki, by zostać świetną tancerką klasyczną. Słyszała też stale, że czeka ją Teatr Wielki w Warszawie lub inny podobny w Polsce. Tyle że Olę ciągnęło w świat.

Miała 16 lat, gdy zgłosiła się na przeprowadzany w Operze Bałtyckiej nabór na studia w Uniwersytecie Tańca, Choreografii i Aktorstwa w Linzu. Skłamała, że ma 19 lat, niemniej, już zakwalifikowana, musiała ujawnić prawdę musiała. – Teoretycznie to mnie przekreślało, ale komisja widząc moją bezgraniczną determinację, że po prostu umrę, jak nie wyjadę, zdecydowała inaczej.

Przerwanie nauki w gdańskiej szkole, w której była uwielbiana, potraktowano jako policzek.

To Ola rozpoczęła wyjazdy uczniów w świat. Parę lat później od kolegi, Dawida Kupińskiego, który wraz z bratem Marcinem wygrał konkurs baletowy Eurowizji, usłyszy „Ty jesteś naszym polskim Nuriejewem, ty sprawiłaś, że następne generacje, już nie bojąc się, zaczęły wyjeżdżać”.

W Linzu została najmłodszą studentką, miała stypendium na całe studia. Ale wytrzymała tylko dwa lata.

– Mam w sobie bardzo niespokojnego ducha, buntowniczą naturę, szybko się nudzę, chcę czegoś nowego... – słyszę od tej pięknej, stale roześmianej kobiety.

W Austrii była przygotowywana do tańca nowoczesnego (Contemporary Dance), a ten styl nie bardzo jej odpowiadał. Ale przede wszystkim nie wystarczały jej występy w uniwersyteckim zespole. Ciągnęło ją na scenę. O przeprowadzce do Barcelony, gdzie została zatrudniona do bardzo dobrego zespołu IT Dansa, powiedziała rodzicom dopiero wtedy, gdy została przyjęta.

Jestem im wdzięczna, że dali mi tyle wolności, inaczej nie byłabym człowiekiem, którym jestem.

To w Barcelonie została Aleksandrą. „Ola” bowiem to po hiszpańsku „cześć”, „witaj”.

Czuła się świetnie, było jednak „ale”. W zespole życie ograniczało się do tańca, a ją fascynowały również teatr, kino, podróże, książki. Pojawiło się uczucie niespełnienia. To koledzy podsunęli pomysł, by spróbowała sił w rewii Paryża lub w Nowym Jorku na Broadwayu.

W Lido była jedyną Polką i od razu niemal kapitanem zespołu. Zastąpiła mającą kłopoty ze zdrowiem Angielkę. Nie tylko więc tańczyła na środku pierwszego rzędu w linii tzw. bluebell girls (druga to topless girls), ale i kierowała ponad 40-osobowym zespołem. Szybko też dostała podwójne obywatelstwo, a wcześniej – angaż bezterminowy, co pozwoliło jej ubiegać się o kredyt w banku.

Pierwsze paryskie mieszkanie, blisko Lido, kupiła mając 19 lat. Nie znała jeszcze francuskiego. I to kredyt sprawił, że nie uciekła z rewii po roku, choć już się nudziła, choć już gnało ją w świat. A przecież wędrowała po nim z rewią – USA, Karaiby, Chiny, Katar... W sumie, jak oblicza, wystąpiła w Lido ponad 2,5 tysiąca razy. I to bez żadnych wpadek. No, nie licząc sytuacji, gdy odpięły się jej stringi i zjeżdżały z nogi, by przy finałowym grand battement polecieć w stronę publiczności. Na szczęście pod rajstopami mamy jeszcze kuse stringi, prywatne.

Po 13 latach uprawiania tego zawodu tłumaczy: – Być artystką rewii to ogromnie trudna sztuka. Trzeba perfekcyjnie tańczyć, być świetną aktorką, umieć śpiewać, mieć przy tym znakomite warunki fizyczne – świetne wymiary i minimum 176 cm wzrostu. I emocjonalną dojrzałość. Stąd pożądane są kobiety mające 27–37 lat.

Z dojrzałością, przyznaje, miała kłopoty. Z resztą – żadnych. Przydały jej się dodatkowe lekcje gimnastyki artystycznej pobierane u pani Janiny Lewandowskiej, prekursorki tej dyscypliny w Polsce.

– To wspaniała pani z mojego Sopotu, jest moim guru, który leczy duszę, umysł i ciało.

Energia rozpiera ją cały czas, nie pozwalając skupić się tylko na rewii. Już pracując w Lido zrobiła maturę, po odejściu z niego, pamiętając o dawnym pragnieniu bycia aktorką, przez pięć miesięcy uczyła się aktorstwa w paryskim studiu Pigmalion. Zagrała następnie małe role w dwóch filmach Christophe`a Blanca i Alberta Dupontela. Konflikt z agentem sprawił, że na tym się skończyło.

Ale z rewii nie zrezygnowała. Już z innym, własnym zespołem, którego programy tworzyła sama, przez dziewięć miesięcy pracowała w chińskim Las Vegas, czyli Makau. To tam pewien bogaty Chińczyk oddawał Aleksandrze do dyspozycji całe kasyno, byle tylko przygotowała swą rewię. Występowała też w Malezji, Indochinach. Jakiś szejk z Libanu obiecywał z kolei zawrotne sumy za przygotowanie spektaklu w jego kraju, Na Karaibach, na wyspie Saint Barthelemy, gdzie przyjeżdżają same gwiazdy, pracowała w kabarecie Tistbath. Pewnego wieczoru zobaczyła jej występ Beyoncé. – Zachwycona spektaklem wysłała swego ochroniarza do mojej garderoby i zaprosiła mnie do swego stolika, gdzie usłyszałam wiele miłych słów.

Oczywiście cały czas wracała do Paryża. Postanowiła też wzmocnić się intelektualnie i jednocześnie wrócić do polskiego języka, kultury. Eksternistycznie ukończyła dziennikarstwo. Jak wariatka jeździła co półtora miesiąca do Gdańska na zajęcia. Na praktyce w gdańskiej TVP poznała dziennikarza Pawła Zbierskiego. Teraz ich wspólną fascynacją jest pochodzący z Sopotu, zapomniany malarz Albert Lipczyński. Jego biografię napisał David Bingham z Liverpoolu, bo tam właśnie wyemigrował malarz, nazywany nieraz polskim van Goghem. – Myślimy z Pawłem o poświęconym Lipczyńskiemu filmie fabularnym. To niesamowita biografia. Mam zagrać żonę malarza – Elisabeth.

Myśli też Aleksandra Kędzierska – bo młodzieńcze pragnienie bycia aktorką wciąż się odzywa – o monodramie „Dziewczyna z walizką”, opartym na jej autobiografii. Jej przekładem na francuski zainteresowany jest Erik Veaux, jeden z najlepszych tłumaczy polskiej literatury na język Moliera.

A teraz z koleżankami z Lido postanowiła zaprezentować się w Krakowie, zaproszona doń przez dyrektora Teatru Variété Janusza Szydłowskiego. Show, który sama przygotowała, to połączenie rewii, teatru, cyrku. Będą taniec, piosenki, erotyzm, kolorowe pióra, kamienie Swarovskiego na kostiumach, ale i odsłonięte piersi. I pełna gama emocji: radość, smutek, ból, miłość, szczęście.

***

Dziś i jutro (godz. 20) oraz w niedzielę (godz. 16 i 20) w Teatrze Variété pierwsze pokazy show „Le Reve” („Marzenie”). – W 90-minutowym spektaklu jest bardzo dużo moich przemyśleń, już nie chcę być tylko rewiową tancerką z długimi nogami i blond włosami. Stąd obok tańca topless czy skandalizującej niegdyś piosenki Serge`a Gainsbourga – „Je t’aime moi non plus” będą i Chopin, i wzruszający taniec do muzyki żydowskiej, i trochę magii teatru – mówi Aleksandra Kędzierska Fontaine. Sama ów program wyreżyserowała, sama zaprojektowała buty (9-cm szpilki) i kostiumy.


Obok wspaniałych tancerek wystąpią śpiewająca Natalie Cohen (niegdyś w chórkach u Aznavoura) i amerykańska akrobatka Erica Bailey.


– Jeśli się spodobamy, jeśli będzie entuzjazm i dobre oceny, powrócimy jesienią – dodaje pani Aleksandra.


Nie wyklucza, że w przyszłości mogłaby do zespołu, po wcześniejszym przygotowaniu, dołączyć i osoby z Polski.





Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo