Nigdy nie lubiłem pisać

Redakcja
- 25 lutego odbierzesz "Złoty Laur" za mistrzostwo w sztuce? - jak sądzisz - czego?

- mówi BRUNO MIECUGOW, który dziś odbierze Złoty Laur za mistrzostwo w sztuce

   - Pojęcia nie mam, ale mam nadzieję, że wie szacowna kapituła.
   - A gdybyś miał sam rozwinąć to uzasadnienie...
   - Nigdy w życiu nie pisałem o sobie… Właściwie mnie już kilkanaście lat temu jeden z młodych kolegów nadal tytuł Mistrza, tyle że bez lauru.
   - Zwracamy się nieraz do Ciebie - Mistrzu; masz świadomość, że jesteś nim dla młodszych kolegów?
   - Nie. Mój sposób pisania już jest nieprzydatny dla młodych, oni piszą po swojemu.
   - A gdybyś miał ich czegoś nauczyć, to czego?
   - Przede wszystkim dwóch rzeczy - języka polskiego i myślenia. Od lat słyszę o odważnym dziennikarstwie, a ja nieraz mam wrażenie, że odwaga pisania nie zawsze pokrywa się z odwagą myślenia.
   - Porównujesz, co się stało z dziennikarstwem w ciągu tych kilku dekad, kiedy sam uprawiasz ten zawód - jest lepiej, gorzej, inaczej?
   - Nie wiem, czy jest inaczej. Pod pewnym względem jest cały czas tak samo. Przez lata zmorą polskiego dziennikarza były oczekiwania partyjnych komitetów - czy to centralnych, czy wojewódzkich, a teraz musi on pisać pod poczytność, pod zysk, pod reklamodawców. Ucisk jest taki sam, tylko śruba inna.
   - Rozmawiamy w piątek, a Ty kiedyś wyznałeś: Urodziłem się źle, bo w piątek, a piątek to zły początek. Ty, racjonalista, jesteś przesądny?
   - O tak, tyle że na opak. Uwielbiam, jak mi czarny kot przebiegnie drogę. Jednak z drugiej strony, jak widzę kominiarza, to się łapię za guzik. Z tym, że ja w to wszystko i tak nie wierzę.
   - Nadal piszesz na maszynie marki Triumph?
   - Tak, kupił ją mój ojciec w połowie lat 30. tamtego wieku za gigantyczną na ówczesne czasy kwotę 100 dolarów.
   - Zacząłeś pisać na studiach, kiedy przy wódeczce zgadało się, że koledzy piszą wiersze; zatem nie chcąc być gorszy, wyrecytowałeś wiersz o kasztanach Edwarda Słonimskiego jako własny.
   - Pamiętam go wciąż świetnie. I tak się spodobał, że koledzy zaczęli u mnie zamawiać wiersze. I też rymowaną fraszką debiutowałem na łamach "Szpilek" w 1950 roku.
   - Skoro przywołałeś tę datę, dorzucę inną, za rok minie półwiecze od opublikowania przez Ciebie pierwszego Listu do redaktora "Dziennika Polskiego".
   - Jakoś szybko to przeleciało. To już nałóg. A to, że zostałem felietonistą, wynika poniekąd ze śmierci towarzysza Stalina. Nastąpiła bowiem przedpaździernikowa odwilż, koledzy zaczęli jeździć za granicę i nadsyłać stamtąd korespondencje. To i ja siedząc na wsi w Zborowicach postanowiłem napisać do Pana Redaktora korespondencję.
   - Ton satyryka u Ciebie to wynik charakteru czy czysto zawodowa umiejętność?
   - Przypuszczam, że to skaza wrodzona, jak astygmatyzm, czyli krzywa soczewka w lewym oku, co sprawia, że mam krzywe widzenie rzeczywistości.
   - I nic się to widzenie u Ciebie nie poprawiło?
   - Ostatnio tak sobie pomyślałem, jak to ludzie wciąż narzekają, jak są niezadowoleni. A przecież 20 lat temu czego chcieli? Mieć suwerenną i niepodległą Polską - mają. Chcieli mieć gospodarkę rynkową - mają, chcieli mieć pluralizm polityczny i demokrację - mają. I w dalszym ciągu są niezadowoleni. I tu przypomina mi się stare hinduskie powiedzenie: Biada ci, będziesz miał to, o czym marzyłeś.
   - A propos, masz w głowie masę anegdot, bon motów, nie myślisz, aby je spisać?
   - Nawet mam tytuł na taką książeczkę, trochę ściągnięty z Kieślowskiego - "Urwany film o wypijaniu".
   - To kiedy ją napiszesz?
   - Pewnie nigdy, strasznie mi się nie chce pisać, nigdy nie lubiłem pisać. Choć takie _silva rerum_powinny być krótkie, a krótko to ja potrafię pisać. Długie rzeczy gorzej mi wychodzą. Raz w życiu napisałem powieść kryminalną - "Morderstwo w arce Noego", ale to dlatego, że mnie Maciej Słomczyński zmusił. A potem już mnie nikt nie zmuszał.
   - A do pisania cotygodniowego Listu do Redaktora ktoś Cię zmusza?
   - Niegdyś zabiegał o to adresat - redaktor Cybulski, a potem weszło mi to, jak wspomniałem, w nałóg. Jak papierosy i czytanie po nocach, bo chodzenie po nocach już mi przeszło.
   - Ty po nocach, o ile wiem, to bardziej siedziałeś, na przykład w legendarnym Feniksie…
   - Ale to się szło - szlakiem hańby: Spatif, Feniks, Kaprys, dworzec. Dzisiaj już tylko dworzec pozostał.
   - Niegdyś rzuciłeś żartem: Mój ojciec był Eugeniuszem, to ja muszę być geniuszem. I oto odbierzesz laur…
   - Wreszcie będą laureatem.
   - Przecież to nie pierwsza Twoja nagroda.
   - Ale lauru nigdy nie dostałem. A laureat powinien mieć laur. Tylko jedno mnie zastanawia; uroczystość odbędzie się w środę popielcową, a tu zamiast popiołu dostanę na głowę złoty laur. Czyli niezgodnie z tradycją.
   Rozmawiał:
WACŁAW KRUPIŃSKI

Dotacja pomogła im w rozkręceniu lokalu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie