Nigdy nie udawać wampira

Redakcja
- Z pewnym zaskoczeniem odkryłem, że - pomimo zwodniczej metryki - jesteś już starym aktorskim wygą: debiutowałeś w wieku czternastu lat w przedstawieniu "Mechaniczna Magdalena" Andrzeja Maleszki w Teatrze "Ochoty".

Z PIOTREM ADAMCZYKIEM, odtwórcą głównej roli w filmie "Historia Karola", poświęconym życiu przyszłego papieża Jana Pawła II, rozmawia Łukasz Maciejewski

   - No tak, wkrótce stuknie mi dwudziestolecie debiutu… Zawsze chciałem być aktorem. Kiedy kopałem z chłopakami piłkę, dziwiłem się, że oni do końca nie wiedzą, co chcą robić w życiu, mają jakieś tam mgliste wyobrażenia na temat swojej przyszłości, podczas gdy ja, odkąd pamiętam, wiedziałem, że chcę być i będę aktorem. I tylko aktorem.
   - To takie naiwne, dziecięce marzenia.
   - Oczywiście, prawie każde dziecko marzy, że zostanie gwiazdą, sławnym piosenkarzem albo równie sławnym piłkarzem, ewentualnie strażakiem, ale ja naprawdę od początku traktowałem to wszystko bardzo poważnie. W wieku dwunastu lat miałem zagrać Papkina w szkolnym przedstawieniu. Byłem wtedy w piątej albo szóstej klasie, a miałem grać niemal z dorosłymi - ośmioklasistami. Na pierwszą próbę przyszedłem z perfekcyjnie opanowanym tekstem. Niestety, odbyło się tylko kilka prób. Do premiery w ogóle nie doszło, ponieważ reszta obsady była nieco mniej zachwycona i zwyczajnie nie nauczyła się tekstu.
   - Ktoś napisał, że rola Karola Wojtyły spadła Ci z nieba.
   - To było wielkie wyzwanie - ogromna, międzynarodowa produkcja, bohater, z którym każdy ma przecież swoje najzupełniej prywatne wspomnienia. Sam pamiętam z dzieciństwa, z młodości, jak przeżywaliśmy pielgrzymki Ojca Świętego do Polski. Pamiętam mojego, nieżyjącego już, niestety, dziadka, który nigdy nie opuścił żadnej telewizyjnej transmisji z Watykanu.
   - Spotkałeś się z Janem Pawłem II?
   - Jako dziecko widziałem Papieża podczas Jego pielgrzymek do Polski. Ponad rok temu, razem z polskimi artystami, w obecności Ojca Świętego w Watykanie czytałem poezje Karola Wojtyły. Natomiast we wrześniu ubiegłego roku zostałem przedstawiony Papieżowi już jako odtwórca tytułowej roli w filmie. Towarzyszyły temu spotkaniu wzruszenia tak wielkie, emocje tak intymne, że wolałbym zachować je dla siebie.
   - Karol Wojtyła w filmie Giacomo Battiato jest świadkiem wydarzeń, ale akcję tej międzynarodowej produkcji napędzają także liczne wątki poboczne, w tle ukazana jest najnowsza historia Polski.
   - Wydaje mi się, że ten film nie jest tylko historią życia Ojca Świętego, że jest to także opowieść o całym pokoleniu, straconym pokoleniu Polaków. Pokoleniu urodzonym w kraju, którego nie było na mapie. Pokoleniu, które o tę polskość walczyło, a kiedy wydawało się, że wojna została wygrana, komunistyczna rzeczywistość pokazała swoje prawdziwe, ponure oblicze. Jednak trzeba było jakoś dalej żyć. I ci ludzie żyli często godnie, wspaniale. Nam, oczywiście, te zawiłości polskiego losu są doskonale znane, ale widzowi zachodniemu, zwłaszcza młodemu - niekoniecznie.
   - Piotrze, coraz częściej wydaje mi się, że urodziliśmy się naprawdę w szczęśliwych czasach.
   - Na pewno nie musieliśmy być poddawani takiej próbie ogniowej, jak Karol Wojtyła, jak nasi dziadkowie, może rodzice... Z ich perspektywy prawie nic nie przeżyliśmy. Ja sam pamiętam, że w dniu ogłoszenia stanu wojennego nie było w telewizji "Teleranka". I tyle.
   - W "Historii Karola" bodaj po raz pierwszy w zachodniej produkcji była mowa o Katyniu.
   - To bardzo istotne, gdyż dla przeciętnego tamtejszego widza Katyń ciągle stanowi temat nieznany.
   - "Historia Karola" była kręcona z ogromnym, jak na nasze przyzwyczajenia, rozmachem.
   - Przy "Pragnieniu miłości" uczestniczyłem w scenach kręconych z dużym nakładem środków, ale "Historia Karola" pod tym względem bardzo mnie zaskoczyła. Kiedy czytałem w scenariuszu opis sceny rozgrywającej się na ulicy z udziałem dwóch osób, to, znając polskie realia, wyobrażałem sobie, że weźmie w niej udział tylko ta dwójka bohaterów. Tymczasem zawsze uruchamiana była cała skomplikowana machina produkcyjna. Ulicą przejeżdżały ciężarówki z epoki, przechodziły tłumy statystów. Pamiętam taki dzień, kiedy w strugach deszczu miałem powiedzieć kilkanaście zdań po angielsku, zwracając się do sześciuset zmarzniętych, przemoczonych statystów. Każdy kolejny dubel był przeze mnie okupiony dodatkowym, pozaartystycznym, stresem.
   - Na planie towarzyszyły Ci same sławy.
   - Miałem szczęście pracować z wieloma znakomitościami. W pierwszej części filmu antagonistą Wojtyły jest grany przez Matta Cravena ("Drabina Jakubowa", "K2", "Ludzie honoru") Hans Frank, w części drugiej - ubek grany przez wybitnego aktora bułgarskiego Hristo Shopova, Poncjusza Piłata z "Pasji" Mela Gibsona. Kenneth Welsh - profesor Wójcik (prototyp postaci prof. Nitscha, którego wykładami fascynował się młody Karol Wojtyła) to Earle z "Miasteczka Twin Peaks" Lyncha, a ostatnio wiceprezydent USA, Becker, z "Pojutrza" Rolanda Emmericha. Występujący w jednej z ról Raoul Bova, to z kolei jedna z największych gwiazd kina włoskiego - znamy go choćby z "Okien" Ferzana Ozpetka, czy z "Pod słońcem Toskanii". W międzynarodowej obsadzie znalazło się też wiele wspaniałych polskich nazwisk, między innymi Małgorzata Bela, która oczarowała mnie swoim talentem, a także Olgierd Łukaszewicz, Kinga Preis, Grażyna Szapołowska. Naprawdę doborowe towarzystwo.
   - Muzykę do "Historii Karola" skomponował Ennio Morricone.
   - Którego miałem szczęście spotkać na planie w Krakowie. Twierdzi on, że komponowanie muzyki do tego filmu było jego marzeniem. Od włoskich współpracowników słyszałem opowieści o żelaznej samodyscyplinie wielkiego kompozytora. Codziennie wstaje o czwartej rano, gimnastykuje się, wypija sok z pomarańczy, zamyka się w pokoju i… komponuje. Może tylko w ten sposób można dojść do tak imponujących efektów: ilościowych i jakościowych.
   - Twoja twarz zaczyna być znana na całym świecie.
   - Staram się o tym nie myśleć. Niewątpliwie mam świadomość, że przydarzyło mi się coś zupełnie wyjątkowego. Zainteresowanie filmem jest olbrzymie. "Historia Karola" została na pniu sprzedana do wielu krajów. Wierzę, że to doświadczenie rozwinęło mnie zawodowo. Chciałbym, żeby wzbogaciło duchowo.
   - Tuż po skończeniu szkoły teatralnej już raz miałeś szansę na międzynarodową karierę: byłeś bardzo blisko zagrania znaczącej roli w sławnym "Wywiadzie z wampirem" Neila Jordana.
   - Pojechałem na stypendium do Londynu i zostałem wytypowany na casting do filmu "Wywiad z wampirem". Szczęście było bardzo blisko. Pewnie gdybym dostał wtedy tę rolę, dzisiaj nie byłoby mnie tutaj. Kto wie - być może byłbym kolejnym bezrobotnym europejskim aktorem w Hollywood? Miałem przed sobą jeszcze tylko jedną rozmowę. Decydującą. Z Neilem Jordanem. Ktoś mi doradził, a ja - ufny - posłuchałem, że w czasie tego spotkania mam wyglądać jak wampir, zachowywać się jak wampir itd. No i udawałem, grałem wampira, byłem bardzo tajemniczy, tajemniczy do tego stopnia, że o mało kły mi nie wyrosły. Neil Jordan oczywiście nie zrozumiał, co jest grane, pewnie pomyślał, że może jestem chory, może zwariowałem, próbował mnie rozśmieszyć. Jego dowcipy były, owszem, zabawne, ale ja milczałem. Byłem przecież wampirem. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie, co wtedy o mnie pomyślał. A rola, oczywiście, przeszła mi koło nosa. Korzyść, jaką wyniosłem z tej lekcji, była jednak olbrzymia - w tym samym dniu postanowiłem, że już nigdy nie będę w ten sposób walczył o role, nie będę nikogo udawał.
   - Także w życiu?
   - Również w życiu. Nie udaję, że jestem duszą towarzystwa (nie jestem), że jestem pewny siebie (przeciwnie, jestem chorobliwe nieśmiały), że jestem trendy itd.
   - Po głośnej (i głośno przez wielu krytykowanej) roli Chopina zniknąłeś na dwa lata z kina, z Teatru Telewizji.
   - To stały, specyficznie polski syndrom. Po dużej, głośnej roli albo po prestiżowej nagrodzie trzeba swoje odpokutować. Chopin stanowił dla mnie bardzo ważne zawodowe doświadczenie. Była to moja pierwsza ważna rola filmowa, po której spokojnie wróciłem do teatru, naiwnie wierząc, że teraz dopiero zacznę dostawać ciekawe propozycje. Niestety, poza pracą w teatrze i bardzo przeze mnie lubianą rolą w spektaklu telewizyjnym "Rysa" według Pawła Mossakowskiego, nikt się mną specjalnie nie interesował. Aż w końcu otrzymałem propozycje występowania w serialach, i to w kilku jednocześnie. Wcześniej takie propozycje odrzucałem, ale w tym momencie życia nie widziałem innego wyjścia.
   - Serialowe role dały Ci ten rodzaj popularności, od której stronisz.
   - Może niektórym wyda się to dziwne, ale, mając na koncie ponad czterdzieści ról filmowych i telewizyjnych, przez wielu widzów zostałem po raz pierwszy dostrzeżony dopiero w "Na dobre i na złe". Na jednym z castingów przed serialem, ale już po "Pragnieniu miłości", pewien reżyser zapytał mnie wręcz: "Czy pan jest aktorem?". A na taniej popularności, wynikającej z niezdrowego zainteresowania moim życiem prywatnym, nadal zupełnie mi nie zależy.
   - Rzeczywiście nie zabiegasz o tzw. publicity.
   - Nie robię z tego żadnej ideologii. Nie "bywam", bo takie jest moje głębokie wewnętrzne przekonanie. Zwyczajnie źle się czuję w tłumie, w miejscach, gdzie jest mnóstwo fotoreporterów. Nie lubię udawać gwiazdy, którą przecież nie jestem. Po co mi to? Jestem przekonany, że najważniejsze to być w zgodzie ze sobą.
   - I nie udawać wampira!
   - I nigdy nie udawać wampira...

Wyższe mandaty od skarbówki z początkiem maja

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie