No, to świętujemy

Redakcja
TADEUSZ JACEWICZ: Z bliska

Niektórzy żyją, żeby pracować. Inni pracują, żeby żyć. W Polsce zasada jest odmienna: żyje się po to, żeby świętować. Dni wolnych od pracy nigdy za dużo. Przy każdej okazji trzeba je dodatkowo pomnożyć. Chcemy żyć dostatniej, ale pracować mniej. Pierwsze założenie wychodzi tak sobie, drugie świetnie. Przy przeciętnym Polaku Amerykanin to głupi wół roboczy, który haruje nie licząc godzin, zamiast z nadzieją spoglądać na kalendarz.
   Jesteśmy właśnie w środku tak zwanego długiego weekendu. Typowo polski to wynalazek, polegający na zręcznym łączeniu dni wolnych (1 i 3 maja) z najbliższą sobotą i niedzielą. Jeśli coś wypada po drodze, to nie szkodzi. Damy radę "odpracować", albo jakoś inaczej skręcić. Ostatnio zresztą tego nie trzeba czynić, bo entuzjastom długiego weekendu pomógł Sąd Najwyższy.
   Dwa lata temu siedmiu mądrych ludzi zdecydowało, że co święto, to święto i że kaprysy kalendarza nie mogą nas pozbawić zasłużonego odpoczynku. Sąd Najwyższy zdecydował, że wystąpienie święta w dniu wolnym od pracy (z wyjątkiem niedzieli) oznacza powstanie prawa "odebrania" tego dnia w innym terminie. Tak więc w tym roku, z racji 3 Maja przypadającego w sobotę, mamy prawo do ekstradnia wolnego. Najczęściej padło na piątek, drugiego maja. Ponieważ pierwszy dzień tego miesiąca jest zawsze wolny, mamy więc pełne cztery dni zasłużonego wypoczynku. Bardziej przezorni zadbali o to, żeby nie przemęczać się także w poniedziałek, wtorek i środę. W najgorszym razie można było wziąć trzy dni urlopu, żeby mieć dziewięciodniowy wypoczynek. Niektórymi urzędami i firmami (państwowymi zwykle) rządzą ludzcy szefowie. Zawsze da się coś załatwić. Czasowo, oczywiście, bo z finansami może być gorzej.
   Można potępiać realny socjalizm, ale nie sposób odmówić mu jednego triumfu. Wywarł trwałe piętno na ludzkich umysłach. I to nie tylko tych, którzy dorosłe życie strawili w PRL. Młodzi, budzący wielkie nadzieje, zachowują się tak, jakby jakiś wehikuł czasu przeniósł ich w naszą rzeczywistość z epoki późnego Gierka. Ich zasadą jest pracować tak, żeby się nie przepracować. Broń Boże, minutę dłużej, raczej pół godziny krócej. Wyjść na piętnastominutowy obiad i wrócić po godzinie. Podzwonić do rodziny w innym mieście używając służbowego telefonu, ustawić pasjansa komputerowego lub pogadać e-mailami z kimś interesującym.
   W mentalności Polaka, tego bardzo dojrzałego i tego dopiero wkraczającego w życie, tkwi silna genetyczna deformacja radzieckim modelem socjalizmu. W Polsce był on złagodzony, ale ogólna konstrukcja nie różniła się od pierwowzoru. Wtedy pracowało się na niby. Tępiono minutowe spóźnienia, ale trwające godzinami kawki i opowieści o uroczystościach rodzinnych uznawano za naturalne. Nikt nie dociekał sensu tego, co robi, bo często żadnego sensu w tym nie było. Należało po prostu odsiedzieć od 8 do 16, a potem do domu. Ludzie udawali, że pracują, państwo udawało, że im płaci.
   Teraz płaci się naprawdę, ale złe przyzwyczajenia pozostały. O urzędach nie ma co mówić, bo określenie ich terminem Trzeci Świat byłoby obelgą dla bananowych republik. Nikt nie odwołał kodeksu postępowania administracyjnego, ale niech ktoś spróbuje domagać się załatwienia sprawy w terminie przez kodeks przewidzianym. Uznają go za nachała lub idiotę, który nie zna życia. Gorzej jednak, że podobne nastroje i oczekiwania panują wśród pracowników firm prywatnych. Tam też ugniata się czas pracy na wszelkie możliwe sposoby, żeby pracować jak najmniej. Zarabiać za to chce się dużo. A tymczasem jeden ekstradzień wolny to strata 2 mld złotych w skali kraju. Jesteśmy biedni, żyjemy bogato.
   Kilkakrotnie na różnych spotkaniach zagranicznych, kiedy zachwalałem Polskę jako idealne miejsce do inwestycji, pytano o zarobki. Z dumą przytaczałem wskaźnik płacy średniej, bo jest niższy niż na zachodzie Europy, nie mówiąc już o Stanach. A wtedy zahaczano o wydajność pracy, np. o liczbę samochodów przypadających na 1 pracownika fabryki aut rocznie. I, niestety, wychodziło na to, że doskonale opłacany amerykański robotnik jest dla pracodawcy tańszy od mizernie zarabiającego Polaka, bo produkuje od niego 50 razy więcej samochodów.
   To jest nasz problem narodowy. Unit cost, czyli koszt jednostkowy czegokolwiek, jest w Polsce porównywalny, jeśli nie wyższy, od podobnych w krajach rozwiniętych. Oni mogą nam sprzedawać niedrogo telewizory, lodówki, żelazka nie dlatego, że chcą nas zadławić dumpingiem, tylko dlatego, że produkują tanio. Mimo bardzo wysokich płac, wyższych kosztów energii, lepszej opieki społecznej.
   Absurdalny pęd do wolnych dni, do skracania czasu pracy w jakikolwiek sposób, prawem lub pomysłem, nie jest za darmo. Mamy mało pieniędzy, bo mało, za mało pracujemy. Istnieje prosta alternatywa: dużo czasu lub dużo pieniędzy. Żadne cuda z kalendarzem prawidłowości tej nie zmienią.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie