Noc sprzyja poetom

Redakcja
Danuta Grechuta Fot. Anna Kaczmarz
Danuta Grechuta Fot. Anna Kaczmarz
Nie śpiewał przy goleniu, rozrzucał skarpetki i uwielbiał sport. Poza tym pisał uzależniające piosenki i zniewalał głosem. O życiu Marka Grechuty opowiada jego żona, DANUTA

Danuta Grechuta Fot. Anna Kaczmarz

Wczoraj wieczorem słuchałam piosenek Grechuty i zawsze w takich chwilach wpadam w czułostkowy nastrój. Pani też tak ma?

- No pewnie. Sentyment, a do tego młodzieńcze nastroje, bo przypominam sobie czasy, w którym te piosenki powstawały, wszystkie sytuacje i ludzi, którzy byli przy tym obecni i muszę przyznać, że jest to bardzo przyjemne.

- Jaka była ta młodość?

- Młodość wspominam jako coś wspaniałego. Ufny czas, czas nadziei, w którym spodziewaliśmy się niesamowitej przyszłości, ale chyba nie takiej jaka nas spotkała. Wtedy podchodziłam do tego po studencku, czyli że wszystko się skończy wraz z zakończeniem studiów. A tu proszę - mąż artysta.

- Marek Grechuta śpiewał o pani: "Święta żona". Jak to jest być aniołem stróżem Marka Grechuty?

- Oczywiście to było w przenośni. Byłam żoną z wszystkimi wadami i zaletami. Marek piosenkę "Nieoceniona" nagrał w ukryciu przede mną, bo pewnie bym się na to nie zgodziła. Wtedy wydawało mi się to za dużą przesadą i nawet egzaltacją, teraz już się przyzwyczaiłam. Marek był takim typem, że lubił, aby uczestniczyć w jego wszystkich sprawach, dlatego poniekąd musiałam towarzyszyć mu na dobre i złe, on tego oczekiwał i wręcz wymagał. W innym przypadku tupałby nogami.

- Wszystko musiało się kręcić wokół muzyki?

- Wszystko, bo kariera Marka narastała jak śniegowa kula. Właściwie każda piosenka stawała się przebojem. I trzeba było dawać coraz więcej z siebie, a Marek sam by sobie nie dał rady., więc trzeba było pomagać przy kolejnych koncertach, które jak się później okazało przechodziły do historii.

- Marek Grechuta hipnotyzował ludzi...

- Hipnotyzował wszystkich. I kobiety, i mężczyzn.

- Nie była Pani zazdrosna o studentki z pierwszych rzędów?

- Nie mogłam. Jak to mówią, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. I to trzeba było przyjąć. Złościłabym się, gdyby Marek te adoracje wykorzystywał, uważał za atrakcyjne. Ale on przyjmował to jako rzecz naturalną. Na koncerty przychodzili ludzie, żeby się zachwycać, to się zachwycali.

- Jak często Pani przychodziła na koncerty?

- Na koncertach bywałam, ale ile można? Od lat 90, kiedy działaliśmy już na własną rękę, musiałam wszystkie zaliczać. Znałam teksty na pamięć, wiedziałam jak się skończą, zanim się zaczęły.

- Jest pani fanką Grechuty?

- O tak. Od naszego pierwszego spotkania wiedziałam, że jego muzyka jest oryginalna. Ewa Demarczyk z jednej, Skaldowie z drugiej i po środku romantyk Marek ze swoją poezją śpiewaną.

- W jakim okresie Markowi Grechucie tworzyło się najłatwiej?

- W twórczości Marka trzeba rozdzielić dwa okresy: w PRL-u i już po nim. Gdy Marek zaczynał swoją przygodę ze sztuką, wokół nas działy się trudne czasy: zamknięcie kraju, brak paszportów. Nie można było marzyć o wyprawach i wspaniałych wycieczkach. Teksty, które wtedy powstały były bogate w metafory, bo trzeba było w niedookreśleniach i domysłach przekazywać swoje myśli. A że sztuka poetycka wywodzi się z cierpienia i trudności, to była ona bardziej wartościowa. Drugi okres, już otwartego na nowe możliwości kraju, był renesansem Grechutowej twórczości. Stare przeboje można było nagrywać w lepszych wersjach oraz w prosty, dosadny sposób przekazywać już nowe myśli i wskazówki. Bez zaszyfrowanych informacji jak np. na płycie "Dziesięć ważnych słów", która nawet drażniła mnie swoją małą poetycznością. A Marek chciał powiedzieć to tak po prostu. Dać cenne wskazówki dla młodych, którzy muszą orientować się w nowym świecie nie zatracając ideałów związanych z intymnymi i ludzkimi sprawami. Poza tym nie mogło być, żeby młodzież słuchała tylko "Nie dokazuj".
- Jaka pora dnia lub nocy była przychylna Grechutowej muzie?

- Tylko noc. Noc sprzyja każdemu poecie i wtedy też postawały najpopularniejsze Marka teksty. Np. lifemotive piosenki "Dni, których nie znamy" powstał właśnie w łóżku.

- I wtedy Marek Grechuta wyskakiwał spod kołdry i biegł zapisać tekst?

- Tak, najlepiej od razu, żeby nic nie uciekło. Marek nie tworzył z musu, z presji, że musi wydać kolejną płytę, tylko dlatego, że chciał, że go coś zabolało, zasmuciło lub zachwyciło. Myśli zaczynały wtedy krążyć i powodowały twórcze działanie, a następnie pozostawała sama praca i doskonalenie tekstu. Gdyby pani zobaczyła zeszyt z pierwszymi wersjami piosenek, to by się pani dziwiła, jak one wyglądały, jakiej przemianie ulegały.

- Dużo było skreśleń i poprawek?

- No trochę było, bo jak w wierszach zmienia się jeden wyraz, to on może zmienić całą treść.

- Grechuta był perfekcjonistą?

- Raczej tak. Gdy jakieś słowo źle mu brzmiało, potrafił się zmagać z nim tydzień albo dwa. Chodził i myślał. W taki czas nie było mowy, żeby uzyskać od niego odpowiedzi na najprostsze pytania. Po prostu nie uczestniczył w życiu. Ciałem obecny, ale duchem zupełnie gdzie indziej. Gdy w jego głowie coś się rodziło, odpowiedź na każde jedno pytanie była zawsze taka sama: przeciągłe "taaak" i nie wiadomo czy w końcu tak czy nie, bo był obojętny na cały świat.

- Udzielała się Pani ta zaduma i muzyczna atmosfera?

- No pewnie. W domu to tylko ja śpiewałam. Marek nigdy. Nawet przy goleniu.

- Nie chciała Pani zaśpiewać na scenie z mężem?

- Mnie się nie podoba mój głos.

- A co mówił Marek Grechuta?

- Jakoś tak słuchał i nie wypowiadał się. Byłam parę razy w studio, bo chciał mnie do chórków wciągnąć. Wtedy usłyszałam uwagi od nagrywającej pani i pomyślałam sobie, że ja się jednak nie nadaję do tego.

- Jaką piosenkę chciałaby Pani zaśpiewać wspólnie z mężem?

- "Będziesz moją panią". Ta piosenka jest pogodna, młodzieńcza, radosna i ma dużo niezobowiązujących obiecanek. "Będziesz się uśmiechać, będziesz liczyć gwiazdy" - takie rzeczy to można każdemu zadeklarować.

- Marek Grechuta dużo obiecywał?

- Na pewno dużo dawał. Lubił robić niespodzianki i prezenty, szczególnie biżuteryjne. Jak pani może zauważyć nie jestem łasa na takie rzeczy, bo je gubię. Nawet obrączkę zgubiłam. Zdjęłam przed myciem rąk i gdzieś zostawiłam. A Marek lubił, gdy kobieta miała biżuterię i często dochodziło do sprzeczek, nieraz zabawnych, nieraz uciążliwych.

- Jakie denerwujące przyzwyczajenia miał mąż?

- Klasyczne są rozrzucone skarpetki. Ale najbardziej drażniło mnie to, że jak wracał w nocy i rozbierał się, to po kieszeniach miał pochowanych pełno drobnych pieniędzy i one mu się wysypywały. Zawsze słyszałam deszcz, który spadał na podłogę i tam zostawał do rana, bo nikt nie kwapił się, żeby to podnieść.
- Czym Panią w takim razie zaskakiwał Marek Grechuta?

- Uwielbiał sport. Jak oglądał zawody i olimpiady to zaskakiwało mnie jego zaangażowanie bez reszty i kibicowanie, żeby "nasi wygrali", a później radość z tego, że nasz przedstawiciel zdobył jakiś medal, która przerastała radość samego olimpijczyka.

- Czyli typowy mężczyzna?

- Typowy mężczyzna. Szowinista wręcz, w tym swoim zamiłowaniu.

- Jakimi kolorami namalowałaby Pani obraz waszego wspólnego życia?

- Pomarańczami i mandarynkami. Wplotłabym w to róż, niebieski i zielony.

- Żadnych szarości?

- To muszą być lazury i atmosfera ciepłych mórz, które symbolizują nastrój ukojenia i rozkoszy.

- Żona Grechuty to brzmi dumnie?

- Nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla kogoś z boku tak może być, ale ja? Ja jestem ja.

- Czego Pani żałuje i co musiała Pani poświęcić ze swojego życia oraz osobowości, żeby mąż mógł się rozwijać artystycznie?

- Czasem mi szkoda "mojej kariery" pedagogicznej, ale o tyle łatwiej było mi zrezygnować z wymarzonego zawodu, że był on ogromnie ograniczany przez władze komunistyczne, w przeciwieństwie do zbuntowanego, artystycznego świata, który kusił i pociągał swoją otwartością. Poza tym koncerty były atrakcyjniejsze niż chodzenie do biednej szkoły.

- Fascynowało to Panią?

- Musiało fascynować skoro wytrzymałam w tym 36 lat. No i dalej wytrzymuję. Zmusiła mnie trochę do tego sytuacja i rzesza wielbicieli. Marek jest kuszącą postacią, a rynek agresywny i komercyjny. Wiele osób śpiewa przeboje męża, próbując zaistnieć dzięki nazwisku Grechuty, a ja muszę to nieustannie kontrolować i nadzorować, żeby nie wymknęło się spod kontroli.

- Młodzi ludzie szukają wzorców i inspiracji.

- Jednak nie zawsze dorastają do tego. Czasami potrzebne jest doświadczenie. Trzeba coś przeżyć, żeby zrozumieć piosenki Marka. Teraz bardzo rzadko spotyka się festiwale, które wyławiają perełki artystyczne. Z pewnością wyjątkowa młodzież bierze udział w naszym festiwalu na interpretacje piosenek Marka, ponieważ te aranżacje są naprawdę przemyślane i zaskakujące, co więcej kobiety wiodą w tym prym.

- Co się wydarzy na piątym Festiwalu Grechuty?

- Najbardziej jestem ciekawa konkursu na interpretację piosenek Grechuty. W tym roku Jan Kanty Pawluśkiewicz nie może być przewodniczącym jury, więc spadło to na mnie. Oprócz tego oczywiście kabarety, czyli coś, co zawsze było bliskie Markowi, bo w końcu od kabaretu Anava zaczynał swoją karierę. Cieszę się na tę całą galę i finałowy koncert, który poprowadzi Robert Janowski. Ja do tego wydarzenia zaprosiłam Macieja Zakościelnego, który ze swoimi możliwościami, na pewno te piosenki dobrze zinterpretuje. Słyszałam, że nawet chce się ubrać w biały frak, więc będzie dużo atrakcji. Sama orkiestra Bethovenowska i zespół Anava też bardzo podnosi rangę koncertu. Jak widać zapowiada się uczta muzyczna.
- No i jeszcze ta jesień...

- Zawsze w tę rocznicę jest piękna pogoda i mam nadzieję, że w tym roku też taka będzie.

- Pani życie kręci się wokół festiwalu. Czy nie wolałaby Pani w taki dzień zamknąć się w czterech ścianach ze swoimi wspomnieniami.?

- Nie wolno mi zabrać wspomnień, pamiątek i zatrzymać dla siebie, chociaż byłoby mi dużo łatwiej. Muszę opowiadać o intymnych rzeczach i już się do tego przełamałam. Zauważyłam, że sytuacje z naszego prywatnego życia, które dla mnie są normalne, ludzie odbierają z ogromną wrażliwością. Nawiasem mówiąc chciałabym, żeby w Krakowie powstało miejsce upamiętniające Marka, w którym będzie można się spotkać z jego sztuką i pamiątkami.

- Jakie to są pamiątki?

- Jest dużo malarstwa i zapisów nutowych piosenek, po które ciągle ktoś się zgłasza i próbuje mi je wydrzeć. Takie rzeczy chętnie wszyscy by przejęli.

- A Pani nie chce się ich pozbywać.

- Nie, że nie chce, ale to musi być na jakiś zdrowych zasadach, bo dlaczego mam oddawać takie unikatowe przedmioty z ponadczasową wartością. Dużo z tych pamiątek zostanie udostępnionych dla wszystkich w książce, którą właśnie przygotowujemy.

- Co to za książka?

- Książka pt. "Marek", służąca wspomnieniom. Ma ona formę wywiadu rzeki przeprowadzonego przez Jakuba Barana. Trzydzieści godzin opowiadania różnych anegdot, podsłuchiwania moich rozmów z przyjaciółmi, żeby wzniecić wspomnienia i odgrzebać z zakamarków pamięci wszystko, co cenne. Niestety sama nie byłam w stanie usiąść nad kartką. Zbyt świeże są to jeszcze wspomnienia i zbyt trudne dla mnie, więc trzeba było łazić za mną i spisywać, ponieważ opowiedzieć 30 lat tak ciurkiem jest bardzo ciężko. Postaraliśmy się, żeby książka była wesoła, ponieważ Marek był bardzo wesołym facetem mimo jego romantyzmu. W chwili obecnej książka jest już łamana, edytor pracuje i w listopadzie będzie gotowa. Mogę zdradzić, że znajdzie się tam wiele niepublikowanych zdjęć Marka od samego dzieciństwa.

- Co jeszcze oprócz zdjęć tam znajdziemy?

- Będą publikowane również inne, zaskakujące materiały np. torebka rozdawana w samolocie w razie problemów, na której Marek napisał całe opowiadanie science fiction, żeby odwrócić uwagę od strachu przed lataniem. Zebraliśmy różne śmieszne zdarzenia, które wynikały z charakteru Marka. A lubił on się bawić i prowokować.

- Czym nas Marek Grechuta jeszcze zaskoczy?

- Właściwie jest coś jeszcze. W archiwum domowym znalazłam taśmy i próbuję je troszeczkę uszlachetnić. Jest na nich bardzo dużo piosenek, które nigdy nie były utrwalane w wykonaniu Marka np. znane przez nas "Piosenki dla dzieci i dorosłych" realizowane zawsze przez dzieci. Teraz odkryłam jego nagrania z koncertu w Piwnicy Pod Różą, śpiewającego te utwory. Także po książce przyjdzie kolej na tę płytę wydaną jako rarytas, czyli nieznane, niepublikowane i poniekąd odkrywcze wykonania piosenek Marka, o których ani on, ani pewnie ludzie nie pamiętają.

Rozmawiała Monika Marszałek

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie