reklama

Nos do poszukiwań

Redakcja
Ratownik Bartłomiej Matusiak z labradorem o imieniu Nero, od czterech lat w Grupie Poszukiwawczo-Ratowniczej Ochotniczej Straży Pożarnej w Kętach Fot. Piotr Subik
Ratownik Bartłomiej Matusiak z labradorem o imieniu Nero, od czterech lat w Grupie Poszukiwawczo-Ratowniczej Ochotniczej Straży Pożarnej w Kętach Fot. Piotr Subik
Nagle podnosi łeb i biegnie przed siebie; ciągle węsząc oddala się od przewodnika. A jak już trafi na zgubę, szczeka natychmiast z radości. To dobry znak - człowiek na pewno żyje. Inaczej pies by go nawet nie zauważył...

Ratownik Bartłomiej Matusiak z labradorem o imieniu Nero, od czterech lat w Grupie Poszukiwawczo-Ratowniczej Ochotniczej Straży Pożarnej w Kętach Fot. Piotr Subik

Pies ratownik zastąpi stu ludzi, sześć hektarów przeszuka w pół godziny. Znajdzie każdego zaginionego, byleby tylko był żywy. Będzie skakał wkoło, obszczekiwał z radością.

Kozubnik, przysiółek wsi Porąbka w Beskidzie Małym; słynny niegdyś ośrodek wczasowy. Teraz to ruina: szkielety budynków, dziury i załomy w ścianach; jest gdzie ukryć pozoranta. Dlatego ratownicy z Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej OSP w Kętach szkolą się tu całymi dniami. Także ci
na czterech łapach.
Był rok 2003, dokładnie wrzesień, gdy do Józefa Szafrana, ówczesnego prezesa straży, przyszło dwóch Maciejów: Kumorek i Cienkosz. Mieli psy, interesowali się poszukiwaniami zaginionych. Zaproponowali stworzenie grupy, jakich w Polsce było wtedy niewiele. Pomysł miał wielu przeciwników. - Uważali, że straż ma co innego do roboty niż bieganie z psami - mówi teraz z uśmiechem Jan Wołoszyn, dowódca GPR-OSP w Kętach, strażak ochotnik z wieloletnim doświadczeniem.
Władze straży i gminy udało się w końcu przekonać. Ale psiarze usłyszeli: "Chcecie to próbujcie. Tylko pieniądze musicie zdobyć sami".
Było ich wówczas 30 osób, do dziś dotrwało kilkanaście. Nie wszystkim starczyło cierpliwości, chęci, zapału, czasu. Odstraszała monotonia szkolenia.
Naczelnik Ochotniczej Straży Pożarnej Wiesław Wacięga, druh od 30 lat, wówczas gospodarz remizy, na początku również zaliczał się do sceptyków. Zmienił zdanie, gdy koledzy sprezentowali mu psa rasy border collie. Teraz tak mówi, gdy chce pożartować: - Trzeba być upartym i zawziętym, a poza tym głupim, żeby robić coś za nic, a czasem jeszcze dostawać za to po łbie.
Na poważnie zaś uważa coś zupełnie innego - wciągnął się na całego; rzadko z Maksem nie ma ich na akcji.
Gotowość osiągnęli po roku przygotowań; pomogli członkowie Małopolskiej Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej PSP w Nowym Sączu - dzieląc się doświadczeniami.
Zaczynali od dwóch psów. Bory i Czuki nie ma już w grupie. Są trzy inne psy, a właściwie jest ich sześć.
Właśnie Max naczelnika, najbardziej doświadczony. I dwa labradory: czarny Ramzes i Nero w kolorze biszkoptowym. Te są po egzaminach. Border collie Lucky oraz labradory Goran i Luna dopiero się do nich szykują. Pracować jeszcze nie mogą.
Przygotowanie psa
do służby w straży
trwa co najmniej dwa lata. To codzienna praca indywidualna, a kilka razy w tygodniu wspólne ćwiczenia, np. w Kozubniku. Systematyczność, konsekwencja są tu najważniejsze, zwłaszcza u przewodnika. Zwierzę przecież samo nie nauczy się posłuszeństwa, radzenia sobie z przeszkodami, szukania ludzi.
- Nie może to być pierwszy lepszy pies. Nie może bać się huku, płoszyć się ani stać, jak zamurowany. Powinien mieć dobry kontakt z człowiekiem. A przede wszystkim, musi się lubić bawić. Bo szukanie to dla psa zabawa - tłumaczy Maciej Cienkosz, instruktor szkolenia psów i przewodnik Ramzesa.
Wymaga to ogromnego zaangażowania, przez co można się zniechęcić - gdy nadchodzą kryzysy. Miał tak Bartłomiej Matusiak, w grupie od czterech lat, przewodnik psa Nero - kiedy temu... "zdechło szukanie": - Szukać szukał, i zawsze znajdywał. Ale nie odpalał: zostawiał pozoranta i szedł dalej.
A powinno wyglądać to tak: pies chwyta w nozdrza stożek zapachowy i zrywa się do biegu. Znajduje każdego człowieka, byleby tylko był żywy. Będzie skakał wkoło niego, obszczekiwał - by dać znak przewodnikowi. Wtedy trzeba podbiec, nagrodzić, pogłaskać go po boku. To dla psa największa nagroda.
Idealnie, gdy podczas poszukiwań wieje lekki wiatr, a temperatura powietrza nie jest wysoka. Gorzej, gdy duchota, bezwietrznie, a do tego akcję prowadzi się w lesie - pies się wtedy szybko męczy. Szuka się jednak w każdych warunkach, nawet w nocy. Dla psa to bez znaczenia: pracuje nosem, a nie oczami. Chodzi tylko o bezpieczeństwo ratowników, zwłaszcza w nieznanym terenie.
Dlatego po zmroku akcje prowadzi się, jeśli zaginęło dziecko lub starsza osoba. Trzeba szukać do bólu, w grę wchodzi czyjeś życie. Maciej Cienkosz: - Każdy będzie szedł za psem choćby na czworakach, bez względu na zmęczenie.
Jeśli zaginięcie zdarza się na terenie gminy, nikogo nie muszą pytać o zgodę - ruszają od razu. Jeśli poza, dysponuje ich Komenda Powiatowa PSP w Oświęcimiu. Dostają rozkaz: "Szukajcie tu i tu!".
Lasy, góry, zarośla nadrzeczne
- pies chodzi na lince lub biega luzem. Zastąpi stu ludzi, sześć hektarów przeszuka w pół godziny - takie są standardy. I zawsze idą dwa; drugi na potwierdzenie.
- Mamy z psami dziewięćdziesiąt pięć procent szans na odnalezienie zaginionego. Stuprocentowej pewności nigdy nie ma - tłumaczy Wiesław Wacięga.
Zespół to pies, przewodnik i druga osoba, np. ratownik medyczny. Przewodnik obserwuje psa, partner wszystko dookoła. Kompas, mapa, odbiornik GPS, no i apteczka - w razie potrzeby można udzielić pomocy przedlekarskiej. Akcje są podobne do siebie, choć niektóre szczególnie zapadły im w pamięć.
Choćby ta w Krakowie, w ubiegłym roku - na Zakrzówku. Teren paskudny: skarpy, stromizny, siąpi deszcz - i to wszystko w nocy. Policja, straż, nurkowie. Kobieta twierdzi, że zostawiła noworodka na brzegu urwiska; dopiero potem przyznaje, że to głupi żart...
Albo poszukiwania dziewczyny w Czechowicach-Dziedzicach, trwały trzy dni pod rząd. Początek 2008 r.; ślad urwał się nad Wisłą. Do dziś jej nie odnaleziono...
Albo facet, co w środku lasu popijał alkohol. Szukali innego, trafił się ten - na widok psa zrobił wielkie oczy.
Albo Chorzów...
Bora, Czuka i Max były tam po zawaleniu się hali MTK w styczniu 2006 r. Są szkolone do pracy na gruzach. Nie zawsze człowiek może wejść w zawał, a one potrafią - sprawdziły się więc doskonale. Cała Polska usłyszała wtedy o GPR-OSP z Kęt; wstyd mówić: dzięki tragedii zaistnieli. Jan Wołoszyn podkreśla: - Przekonaliśmy ostatnich niedowiarków; udowodniliśmy, że nasza praca przynosi efekty.
Bywali potem tam, gdzie runęły kamienice i fabryczne hale - w Bytomiu, Zabrzu i Chrzanowie. Na Śląsku głównie i w Małopolsce.
Gdy telefon dzwoni w środku nocy,
wiadomo, że coś się zdarzyło; trzeba się zrywać. Mobilizują się w godzinę. Psy cieszy dźwięk komórki, widok plecaka, szelest strażackiego kombinezonu. Wiedzą, że zaraz będzie robota. - Skaczą, szczekają, gonią po schodach w górę i w dół. To oznaki radości - opowiada Bartłomiej Matusiak.
Gorzej z rodzinami; słychać nierzadko żonę: "Kurde, teraz!?", albo: "Znowu!?" - i to nie tylko w nocy. Bo człowiek miał iść z wizytą lub na zakupy. Albo trawnik nieskoszony, a w domu nieporządek. Albo małe dzieci płaczą; kto je odchował - lub kawaler, może więcej czasu poświęcić grupie.
Z pracy też się czasem trzeba urwać na poszukiwania. - Jeśli z tego powodu ktoś nie mógł do niej pójść, urząd miasta wystawia zaświadczenie. I chcąc nie chcąc, pracodawcy muszą to usprawiedliwić - mówi Wiesław Wacięga.
Wyrozumiałość to, w służbie jak ta, podstawa. Zawalisz w pracy - wyrzuci cię szef; zawalisz w domu - żona zrobi to samo.
Nie konkurują między sobą, nie miałoby to sensu. Są tu ludzie z większym doświadczeniem, są z mniejszym; są słabsi, silniejsi - trzeba sobie nawzajem pomagać. Każdy może dołączyć, nie zamykają drzwi przed nikim. Sprawdzian trwa pół roku: uczestniczysz w ćwiczeniach, wykazujesz zaangażowanie.
A to niełatwe wcale.
Bo tych z psami jeszcze coś ciągnie w teren. A co mają powiedzieć pozostali: ratownicy, kierowcy, pozoranci...
W deszczu się trzeba chować, leżeć i czekać w trawie. Albo w gruzach: kurz włazi do nosa; w butach pełno piachu. Pies musi ćwiczyć szukanie, na kim więc, jak nie na członkach grupy.
- Pogoda nie ma znaczenia. Jak leje trzeba iść, jak sypie też - mówi Jerzy Herma, kandydat na ratownika, przewodnik psa Gorana.
OSP w Kętach interweniuje 300 razy na rok; GPR w tym czasie kilka lub kilkanaście. Zwykle nikogo nie znajdują; zwykle są po to, by ułatwić pracę innym; wykluczyć prawdopodobieństwo, że coś się przeoczyło.
- Co uznajemy za sukces? - zastanawia się Wiesław Wacięga. -Do tej pory błędu nie było, nikt nie musiał poprawiać po nas...
Są z Kęt, Bielan, Porąbki, najdalej z Wieprza.
Pieniędzy z tego nie ma,
wszyscy to ochotnicy. Tylko psom po egzaminach OSP zapewnia karmę i opiekę weterynarza; reszta musi płacić za to z własnej kieszeni. A żarcie, zabawki, szczepienia - to kosztuje. I egzaminy - tak trudne, że nie wszyscy zdają.
Papier ważny jest rok; potem znów trzeba się poddać sprawdzianowi.
Nie zawsze wkraczają do akcji; podstawa to rozpytanie. Gdy ktoś tydzień, półtora wstecz wszedł do lasu, może być teraz wszędzie - nie ma szans na jego odszukanie. Nie ma też akcji między blokami. - Tu psy się nie sprawdzą, szczekać będą na każdego - tłumaczy dowódca.
Niełatwa to służba; psy nieraz znoszą ją lepiej od ludzi. Wiesław Wacięga wspomina Chorzów: - Minus siedemnaście stopni, nie czuliśmy po akcji nic. Dopiero, gdy odpaliliśmy samochód, mieliśmy łzy w oczach - rozłożyło nas psychicznie. Nie sam widok zwłok, bo do tego, jako ratownicy, zdążyliśmy się przyzwyczaić. Przerażał rozmiar tragedii...
PIOTR SUBIK

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3