Nurkowanie jest jak latanie

Redakcja
Auta jedno za drugim wolno zbliżają się do brzegu. Kierowcy szukają dogodnych miejsc do parkowania. Im bliżej wody, tym mniej będzie dźwigania. Ubranie i niezbędny sprzęt nurka waży nawet czterdzieści kilogramów.

Instruktor Tomasz Wójcik zna Zakrzówek jak własną kieszeń: - Na lewo zatopione są: pakamera, platforma szkoleniowa "Nautilusa" i wrak dużego fiata. Na prawo zobaczycie las. Między konarami pływają ryby.

Nad zalew na krakowskim Zakrzówku można się dostać przez dziurę w siatce, pokonując stertę nadpalonych plastikowych butelek, walających się wśród innych śmieci. Żeby wjechać samochodem, trzeba jednak otworzyć bramę. Klucze dostają ci, którzy wykupili jednorazową wejściówkę za 20 zł lub zafundowali sobie roczny abonament za trzy razy tyle. Krakowski Zakrzówek to teren prywatny. Właściciele wynajmują go firmie nurkowej "Nautilus", która zbiera opłaty, organizuje kursy nurkowania i zapewnia obecność instruktora tym wszystkim, którzy tego pragną.

\\\*

 Tomasz Wójcik, instruktor, właśnie rozkłada plastikową niebieską ceratę. Dookoła ustawia ciemnozielone plastikowe krzesła. Są już też Joanna i Agnieszka. Przyjechały z Warszawy. - Słyszałyśmy, że widoczność pod wodą jest znakomita i chcemy to sprawdzić - mówią jednocześnie.
 Joasia, drobna szatynka, przygotowuje piankę, czyli kombinezon do nurkowania. Ubrana w kostium kąpielowy, zakłada najpierw nogawki, a potem wciska się w "górę". Bez skutku próbuje dokładnie naciągnąć rękaw. W sukurs idzie jej Agnieszka. Odchyla ściągacz przy nadgarstku i dmucha do środka.
 Jeszcze kaptur na głowę, kamizelka, uprząż na butlę, latarki, płetwy i rękawice.
 Obok w podobne stroje przebiera się kilkanaście osób. Wciąż wolno podjeżdżają samochody; do gromady w kombinezonach i płetwach dołączają kolejni nurkowie. W czarnych strojach wyglądają jak ludzie - muchy. Tyle że w przeciwieństwie do tych owadów z daleka omijają porozrzucane wszędzie śmieci.
 - To pozostałość po plażowiczach - wyjaśnia Tomek. - Niby jest zakaz kąpieli, ale w upał zjawiają się tłumy. Tydzień temu wyzbieraliśmy wszystkie butelki, puszki po piwie, pudełka po papierosach, kubki i gazety. Było czysto, a dzisiaj - proszę: jak na wysypisku.
 Syk powietrza gwałtownie opuszczającego butlę podrywa bliżej stojące osoby na równe nogi. Instruktor kwituje czyjąś nieuwagą rzeczowym: - Szkoda powietrza. Radzę uważać. Napełnienie jednej butli kosztuje 20 złotych.
 Agnieszka zakłada balast, który pozwoli jej się zanurzyć. Pomalowane na żółto kawałki ołowiu - połączone na przemian: mały, duży, mały, duży - tworzą pas ważący osiem kilogramów. Balast Joanny jest wygodniejszy, chociaż o kilogram cięższy. - W specjalne komory wpuszczam woreczki z ołowianym śrutem. Dzięki temu pas miękko układa się wokół bioder.
 Teraz obie wsuwają butle - mające pojemność od 10 do 15 i więcej litrów mieszanki - w odpowiednie szelki dżaketu, czyli kamizelki ratunkowo-wypornościowej.
 - Butle proszę kłaść, a nie stawiać sztorcem. Mogą się przewrócić i zniszczyć, albo komuś przygniotą stopę - upomina instruktor. - W zależności od głębokości, na jaką chcemy się zanurzyć, trzeba oddychać różnymi mieszankami - wyjaśnia Joasia. - Trimex zabierany najgłębiej, nawet na 40 metrów. To tlen, azot i hel. Mitrax jest mieszanką tlenu i azotu, ale w innej proporcji niż w powietrzu.
 Dziewczęta poprawiają kombinezony. Jeden kosztuje od tysiąca do tysiąca pięciuset złotych. Kompletny sprzęt - od dziesięciu tysięcy w górę. Chcą już wejść do wody. Zaplanowały dzisiaj dwa nurkowania. Pierwsze czterdziestominutowe, a po przerwie - drugie. W tzw. tabeli nurka - w której podany jest czas pobytu pod wodą i głębokość - sprawdzą, ile potrwa przerwa przed kolejnym nurkowaniem. W ten sposób ustrzegą się przed chorobą dekompresyjną.
 Tomek zna Zakrzówek jak własną kieszeń. - Do początków lat dziewięćdziesiątych był tu kamieniołom, a tą asfaltową drogą, która dziś prowadzi pod wodę, jeździły ciężarówki. Na lewo od niej zatopione są: pakamera, platforma szkoleniowa "Nautilusa" i wrak dużego fiata - opowiada. - Na prawo zobaczycie las, który kiedyś był na powierzchni. Między konarami pływają ryby.

\\\*

 Na brzegu zalewu robi się coraz tłoczniej. Auta parkują jedno za drugim i jedno obok drugiego w odległości kilku centymetrów. Naliczyłam ich ponad trzydzieści, a w każdym - co najmniej dwie osoby w piance.
 Na Zakrzówku mogą nurkować tylko ci, którzy mają odpowiednie uprawnienia, czyli skończyli kurs. - Ja szkolę w systemie PADI, mającym amerykański rodowód - wyjaśnia Tomasz Wójcik. - Aby posiąść podstawowe umiejętności - co sprawdza się dzięki egzaminowi teoretycznemu i praktycznemu - wystarczą dwa, trzy tygodnie.
 Dłuższą historię ma wywodzący się z Francji system CMAS. Różnice między nimi Tomasz wyjaśnia opowiadając dowcip: - Na jachcie, który zaczyna tonąć, jest kilku nurków. Instruktor CMAS-u powie: "Załóżcie pianki i sprzęt. Przeprowadzimy ewakuację". A instruktor PADI wezwie pomocnika i wyda mu następujące polecenie: "Proszę zebrać po sto dolarów, zaraz będzie nurkowanie wrakowe".
 - Nasi podopieczni - kontynuuje Tomek - wiedzą, że nurkuje się parami, że jest para prowadząca, środkowa i tzw. zamek, czyli para zamykająca kolumnę nurkujących.
 Pod wodą ważne jest, by być blisko siebie i pomagać sobie nawzajem, gdy pojawi się problem. Chociażby z przedmuchiwaniem uszu. To zabieg wyrównujący ciśnienie ucha środkowego.
 W trakcie szkolenia, by oswoić uczniów z trudnymi sytuacjami, które mogą zdarzyć się naprawdę - aranżuje się je. Instruktor zakręca np. dopływ powietrza, żeby adept nurkowania wiedział, jak zareaguje jego organizm. Daje też praktyczne rady. Jeśli na przykład woda zaleje maskę, trzeba znaleźć przyczynę nieszczelności i usunąć ją, a potem maskę lekko przycisnąć do czoła i odchylając głowę do góry wydmuchiwać powietrze nosem. Woda jako cięższa - opada na dół, a powietrze wypycha ją na zewnątrz.
 Joasia i Agnieszka potakują i... plują w maskę. - Roztarcie śliny na wewnętrznej stronie szybki sprawia, że nie zaparuje w trakcie nurkowania - mówią.
 Zanim zanurkują, moczą swoje pianki tak, aby między ciało a kombinezon dostała się woda. Stworzy ona warstwę izolacyjną i dziewczyny nie zmarzną.
 Tomasz zakłada swój strój do nurkowania na polarowe spodnie i bluzę. To tak zwany kombinezon suchy, nie przepuszczający wody. Jest obszerny, niedopasowany i niektórym utrudnia nurkowanie. Tymczasem warszawianki znikają pod wodą.
 - Około dwudziestki kończy się przejrzystość wody - mówi Krzysztof. - Człowiek ma wrażenie, że zbliża się do dna, a tymczasem zanurza się w dziesięciometrową, cuchnącą warstwę siarkowodoru. Wczoraj dotarłem na jakieś 31 metrów i dzisiaj też się wybieram. Na dnie leżą zardzewiałe szyny, jakieś śruby i części maszyn. Nie zdążyłem przyjrzeć się dokładnie, bo na tej głębokości można przebywać nie dłużej niż pięć minut, a widać najwyżej na pół metra.
 Joasia była już czterdzieści metrów pod wodą. Z takich głębokości nie można wynurzać się zbyt szybko. Aby zwolnić tempo, wypuszcza się powietrze z dżaketu za pomocą tzw. spłuczki, zwanej potocznie "kiblem".
 Podczas kursu nurkowania poznaje się tzw. fizykę nurkową, czyli wszystko to, co związane jest z rozszerzalnością i kurczliwością powietrza.
 - Jeśli wziąć pod wodę litrową plastikową butelkę, to na każde 10 metrów w głąb ciśnienie wywierane na nią przez wodę wzrasta o jedną atmosferę. Na dwudziestu metrach - wynosi tyle, ile w oponie samochodowej i butelka, którą bardzo trudno zgnieść na powierzchni, na takiej głębokości jest płaska jak naleśnik - wyjaśnia Tomek. - Za to balon nadmuchany pod wodą - gdzie oddychamy powietrzem z automatu podającego nam powietrze pod ciśnieniem, które panuje na danej głębokości - wypuszczony na powierzchnię pęknie, bo jego objętość zwiększy się dwa razy.

\\\*

 Ewa dzisiaj zostaje na brzegu. Ma kłopoty z uszami. Dla niej podczas nurkowania istotne są wrażenia estetyczne. - Tu, na powierzchni, nie zobaczysz ryb zawieszonych na drzewach. A tam, między gołymi konarami, przepływają srebrnoszare okonie i karasie ze swymi nastroszonymi czerwonymi płetwami - opowiada. - Czasami można spotkać sporego suma, a nawet raki. Jeszcze inaczej jest w wodzie nocą. Wtedy więcej zwierząt wychodzi na łowy. I nam na spotkanie.
 Ale są ludzie, którzy szukają emocji. Pewien pan z centralnej Polski koniecznie chciał wsiąść do zatopionego dużego fiata.
 Czterdzieści minut minęło jak chwilka. Tomek wynurzył się z wody. Przyniósł Ewie kilka żyjątek w plastikowym worku, a ona natychmiast sięgnęła po atlas i triumfalnie obwieściła: - To chyba skorupiaki, równonogi.
 Joanna i Agnieszka zdjęły kaptury i na mokre włosy założyły polarowe czapki. Są zziębnięte. Popijają gorącą, słodzoną herbatę. Woda na powierzchni ma około 20 stopni, a kilka metrów niżej - tylko siedem.
 - W pewnej chwili zrobiło mi bardzo chłodno - opowiada Agnieszka. - Chciałam się nawet wynurzyć, ale Tomek na to nie pozwolił.
 Pod wodą nurkowie porozumiewają się za pomocą specjalnych znaków. Dłoń zwrócona do góry oznacza, że chcemy wypłynąć. Jeśli dodatkowo przesuniemy dłonią poziomo - to razem będzie znaczyło, że chcemy się wynurzyć do pewnego poziomu. Kółko z kciuka i palca wskazującego - mówi, że wszystko jest w porządku, a uderzanie dłonią w gardło - wręcz przeciwnie - że brak nam powietrza.
 Tomek zaczyna omawiać trasę, którą wspólnie pokonali. Dziewczyny dzielą się wrażeniami. - Gdy z zimnej wody wpływaliśmy do ciepłej, wydawało mi się, że ona drga, a właściwie jakby wibruje - opowiada Joanna. - No i te skały pod wodą, nawisy i poletka zielonych wodorostów - są piękne. Raz byliśmy niżej, raz wyżej, zupełnie jakby nas coś unosiło. Nurkowanie jest jak latanie.
 Agnieszkę zaskoczyły ogromne ilości śmieci zalegających bliżej brzegu: - Widziałam butelki, pudełka, a nawet buty. Chcę to wymazać z pamięci. Będę myślała tylko o pięknych skałach i asfaltowej drodze prowadzącej donikąd.
 Dawniej tą drogą jeździli robotnicy pracujący w kamieniołomie. Poziom wody wciąż się podnosi. Sięga 30, a miejscami nawet 36 metrów. Schowałby się w niej dziesięciopiętrowy wieżowiec.
 - Zanim ponownie wejdziemy do wody, proszę poprawić lub wymienić flasze - wydaje komendy Tomek; chodzi mu o butle. Wcześniej trzeba je było napełnić, czyli "nafukać". Jeśli trzeba, należy też docisnąć "grzybek na autobusie", czyli wyregulować automat oddechowy - żeby nie "bąblował", czyli nie przepuszczał powietrza.
 Dziewczyny próbują się rozgrzać i odpocząć. Po godzinie są gotowe, by zanurzyć się znowu. Tym razem na lewo od drogi. Tam, gdzie na drzewach przysiadają okonie.
Tekst i fot.: MAJKA LISIŃSKA-KOZIOŁ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie