O pewnym fotografie Nowej Huty: „To mi się najbardziej...

O pewnym fotografie Nowej Huty: „To mi się najbardziej podoba. Nic”

Łukasz Gazur

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Plac zabaw na os. Kolorowym, lata 60./70.
1/8
przejdź do galerii

Plac zabaw na os. Kolorowym, lata 60./70. ©fot. Robert Kosieradzki

Najpierw marzył o lataniu. Gdy okazało się, że wzrok nie pozwoli mu na podbijanie przestworzy, zafascynowała go fotografia. Robert Kosieradzki wziął aparat do ręki i został wrażliwym portrecistą nowego miasta.
Ten tekst powinien zaczynać się tak: w konkursie o Nagrodę im. Sokołowskiego na najlepszą pracę magisterską z zakresu historii sztuki wygrała praca „Potencjał krytyczny w fotografii Roberta Kosieradzkiego”. Albo tak: Museum für Fotografie w Berlinie zakupiło zbiór zdjęć autorstwa fotografa, chcąc mieć je jako „dokument czasów żelaznej kurtyny”.

Powinien. Ale nie może. Bo jest tak: do niedawna o Robercie Kosieradzkim słyszało niewielu. Za życia nie miał żadnej (sic!) wystawy indywidualnej. Nie wydano też żadnego - poza folderem Nowohuckiego Centrum Kultury - albumu prezentującego przekrojowo jego twórczość.

Wywoływanie w Wannie

Zdjęcie: Robert Kosieradzki, przełom lat 60. i 70. Stoi na torach biegnących gdzieś w dal. I udaje, że leci. Jest tu ukryta jakaś chęć ucieczki w przestworza. Fascynacja pędem, wiatrem, przestrzenią. Nic dziwnego. Fotografowanie wcale nie było jego marzeniem. Przynajmniej na początku. Najpierw miał być lotnikiem. Tak jak jego ojciec - kapitan I Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Dzieciak jest zafascynowany opowieściami taty. O dywizjonach, o bitwie pod Arnhem. Gdy był na festynie w Łodzi (do której rodzina przeprowadziła się z Częstochowy), największą atrakcją okazała się dla dzieciaka wieża spadochronowa. Ustawiał się do niej kilka razy. Zahaczył go dziennikarz „Głosu Robotniczego” z pytaniem: „Nie boisz się?”. Odpowiedź chłopca była krótka i rezolutna: „Gdy się chce być lotnikiem, nie można się bać” (potem zresztą wielokrotnie fotografował z wieży spadochronowej stojącej na Łąkach Nowohuckich).

Temu marzeniu podporządkował życie. Dbał o sprawność fizyczną. Był znakomity w sprincie, kochał lekkoatletykę. Na przeszkodzie marzenia stanęły… oczy.

Wybiegnijmy w przyszłość: Kosieradzki jest studentem Wydziału Elektrycznego AGH. Ale uwierają go te studia. W końcu nie idzie na jeden z egzaminów. Mimo że jest nauczony. Po prostu wie, że to nie dla niego. Przed wojskiem ucieka na 9 miesięcy pod ziemię. Do kopalni. Zostaje górnikiem dołowym. Gdy przychodzi na komisję wojskową, okazuje się, że wzrok i tak nie pozwala go powołać. Przewrotność losu: wada oczu ocaliła go przed wojskiem dla fotografii. Ale tę uprawiał już wcześniej.

Po przeprowadzce rodziny do Nowej Huty w 1955 roku rodzina Kosieradzkich zamieszkała w dużym mieszkaniu na os. Centrum A. Ale dla Roberta najważniejsze było małe pomieszczenie bez okien. Ciasne i ciemne. Tam wywoływał zdjęcia. To była jego ciemnia.

Później, już po ślubie z Marią, żeby uzyskać duże formaty, powiększalnik kładł na płasko i naświetlał papier przez całe mieszkanie. Zdjęcia wywoływał w wannie, bo powiększenia 50x60 nie mieściły się w kuwetach. Nieraz zresztą zalał sąsiadów. A odbitki brał do ręki, pocierał pojedyncze elementy, które chciał jeszcze wydobyć ze zdjęcia.


Fotografia z „nic”

Zdjęcie: droga prowadząca donikąd. Chodnik urywający się w szczerym polu. Jak w anegdocie o Himilsbachu i Maklakiewiczu, kiedy siedząc w hotelu zobaczyli podobny obrazek. I jeden mówi do drugiego: „Jest droga, ale po co, skoro nie ma gdzie iść”. Tak przynajmniej widzi je nowohucki reżyser Jerzy Ridan.

Kosieradzki poszedł do pracy w Hucie im. Lenina. Skończył studia. Wieczorowe.

I ciągle fotografował. Zwykle robił to po obiedzie. Mówił do żony: „To ja pójdę na chwilę, dobrze?”. I znikał. Czasem na całe godziny.

Na zdjęciach uwieczniał marginesy miasta. Nowe zderza się u niego ze starym, powstające osiedla wokół kombinatu dotykają wsi, które tu kiedyś były. Sznury suszącej się bielizny rozpięte między starymi wierzbami na tle błota z nowohuckiego placu budowy. Migawka ze ślubu Stanisława Krupy pojechała nawet na konkurs fotograficzny w Berlinie jako „Ślub hutnika”. No i czwarta nagroda powędrowała do Nowej Huty. Zresztą z 30 konkursów zagranicznych czołowe miejsca zdobywał w 13. - Był polskim Henrim Cartier-Bressonem. Był zawsze w odpowiednim miejscu i czasie. Był jak poeta, który wie tylko, że musi tworzyć. I robi to tak, jak lubi - tłumaczy Adam Gryczyński, pracownik Nowohuckiego Centrum Kultury i kurator - wspólnie z Ryszardem Kozikiem - wystawy Kosieradzkiego w Muzeum PRL-u. - To artysta, który wyprzedził swoją epokę. W czasach, kiedy obowiązywała propaganda sukcesu i fotografowano przodowników pracy, on robił zdjęcie samotnych wierzb - dodaje.

Dziś wiele z tych kadrów wygląda, jakby migawka jego aparatu pstrykała przeciw systemowi politycznemu.

- Myśmy o tym nie rozmawiali. Ale ja mam podobne odczucia. Kiedy widzimy na jego zdjęciach drogę, która nagle się urywa, sygnalizator w szczerym polu, reklamy jeszcze bez liter. Sam zresztą nie sugerował znaczenia swoich fotografii, ale zawsze zachęcał do interpretacji, rozmowy o nich. Uważał, że domknięciem dzieła jest właśnie interpretacja widza. Że najważniejsze jest przesłanie, jakie odczyta odbiorca - podkreśla Adam Gryczyński.

Ale jak można odczytywać wrak spychacza na tle nowego blokowiska? Może to właśnie zapis rozkładu systemu, jego niewydolności? Może przewidywał, co się stanie? A kadr z wiadrem, do którego wlewa się woda z węża? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że płynie nadal - wprost do kanału. To rzeczywistość podniesiona do rangi metafory: trudno nie wyczytać tu marnotrawstwa.

Reżyser Jerzy Ridan przypomina sobie taką sytuację: Kiedyś wziął jego zdjęcia do Szkoły Filmowej, na Wydział Reżyserii. Na tym roku byli m.in. Machulski i Bromski, wyraziste osobowości. Pokazał te fotografie. Zapadła cisza. - Staliśmy wpatrzeni i zachwyceni. Wtedy podszedł Henryk Kluba, reżyser, aktor, rektor „Filmówki”, popatrzył na fotografie i powiedział: „Tak się powinno pokazywać świat” - wspomina Ridan.

A przechodzący obok tych zdjęć Wojciech Jerzy Has spojrzał i - pytany o najlepsze zdjęcie - wskazał drogę donikąd, mówiąc: „To mi się podoba. Nic”.

Ręka z papierosem

Zdjęcie: robotnik między torami, kopiący dziurę. Trochę absurdalne, trochę nieoczywiste. Co tam robi? Dlaczego? Zdjęcie - jak zazwyczaj u Kosieradzkiego - jest niepodpisane. Można przypuszczać, że to przełom lat 60. i 70. To szansa, by puścić wodze fantazji.

Wiadomo, że Robert Kosieradzki miał poczucie humoru. Jeszcze z czasów studiów jego koledzy wspominają anegdotę, gdy zarządził, że będą manifestować na pl. Centralnym. Chodzili wokół latarni, śpiewając „Tamtadadam tadadam”. Wspominają też, że wtedy najbardziej śmieszyła ich... polityka. Mieli do niej dystans. Może stąd ta groteska widoczna w jego późniejszych zdjęciach? Może dzięki temu niektórzy widzieli w jego kadrach fotograficzne „Alternatywy 4”?

Ale jego poczucie humoru przejawiało się nie tylko w zdjęciach. Notorycznie bowiem mylił imiona. Do pracującej w NCK pani Ani uparcie mówił Genowefa. - Nie wiadomo nawet, czy to było celowe, czy tak mu po prostu wychodziło - zaznacza Adam Gryczyński.

Z kolei Edward Nowak, późniejszy wiceminister, wspomina, jak na przełomie roku 1969 i 1970 trafił do pracy w Nowej Hucie, w referacie W-22/T w pionie głównego elektryka. Jego przełożonym został właśnie Robert Kosieradzki. I dał mu pierwsze zadanie: wyszlifowanie dużego gwoździa. Po zmianie przychodzi więc do szefa, ale okazuje się, że zadanie nie zostało należycie wykonane. Drugiego dnia podobnie. Trzeciego - też. Po kilkunastu dniach wreszcie gwóźdź jest jak należy. A Nowak słyszy, że to będzie… prezent dla kolegi Kosieradzkiego. Wystarczy go pozłocić i oddać do grawera. W odpowiedzi na swoje zdziwienie dowiaduje się: „Bo prezent musi być drogi i niepraktyczny”.

Na początku lat 70. Robert Kosieradzki zrezygnował z pracy w kombinacie. Zatrudnił się w Miejskim Biurze Projektów jako fotograf. Robił dokumentację dla architektów, zdjęcia ślubne dla znajomych, zabytki dla konserwatorów. Sprzedawał fotografie do gazet. Ukazywały się na łamach „Polityki” i „Tygodnika Powszechnego”. W 1974 r. przyjęto go do Związku Polskich Artystów Fotografików. Ale to nic nie zmieniło. Nadal po obiedzie brał aparat i mówił: „To ja pójdę, na chwilę, dobrze?”.

Potrafił wytworzyć niezwykłą atmosferę życzliwości. - Ale nie dla wszystkich. Gdy widział, że kogoś cechuje ignorancja lub buta - odpuszczał. Wyrastała wtedy szklana tafla. Wciąż był obecny, ale jakby oddzielony. Sprawa po prostu przestawała go dotyczyć - tłumaczy Adam Gryczyński.

Reżyser Jerzy Ridan z kolei rozbawieniem wspomina ich spotkania w „Stylowej”.

- Rozmowy prowadziliśmy poważne. O fotografii i sztuce. Ale zawsze zabawnie się zaczynały. Przychodziłem punktualnie, zazwyczaj umawialiśmy się na godz. 12. Ja wchodziłem wraz z hejnałem, on już siedział przy stoliku. Powitanie zawsze przebiegało tak samo. On pytał: „co słychać?”. Ja odpowiadałem: „nic”, na co on: „pięknie”. Później już chodziłem na te nasze spotkania z myślą o tym, że odegramy tę scenę - wspomina nowohucki reżyser.

W 1988 roku w NCK przygotowywana jest wystawa. Artystów: kilkudziecięciu. Zdjęć: około stu. Robert Kosieradzki po kilkunastu minutach proponuje układ wystawy. Zaczyna się dyskusja. Każdy chce jak najlepiej wyeksponować swoje zdjęcia. Zaczyna się tasowanie całej fototalii. Po 2 godzinach rozmów i przekonywań wreszcie udaje się ułożyć wystawę. Dokładnie tak, jak ją zaproponował Kosieradzki.

- Miał niesamowitą intuicję i wrażliwość - podkreśla Adam Gryczyński.

Gdy zobaczył czyjeś dobre zdjęcia w NCK, szedł do swojej szafki, wyjmował z paczki DS-ów (zwanych „sedesami”) jednego papierosa, i zapalał - tak jak zapalał ludzi. Lubił z nimi rozmawiać o ich fotografiach, o spojrzeniu na świat. Ale papierosy palił w ukryciu.

- Tak, by nie wiedziała o tym żona. Bo miał problemy z sercem, przechodził nawet operację, o której przypominała szrama na jego piersi. Ale tym jednym papierosem dziennie po prostu się rozkoszował - dodaje Gryczyński.

Kosieradzki zmarł 6 lipca 1990 r. na - a jakże - zawał serca. Miał 53 lata.

***

Druga odsłona cyklu „Kadrowanie PRL-u” jest najbardziej nowohucką z dotychczasowych wystaw przygotowanych przez Muzeum PRL-u. Można ją oglądać od 12 maja do 31 sierpnia 2016 r.

- Obraz zapisany na zdjęciach Kosieradzkiego będzie z pewnością atrakcyjny także dla młodych, którzy tej Huty nie pamiętają, czy turystów z Polski i zagranicy, bo jest bardzo uniwersalny. Praca, sposoby spędzania czasu wolnego, dzieciństwo, nowohuckie pejzaże i wspaniałe portrety - to taki PRL w pigułce, sfotografowany z dużą wrażliwością i poczuciem humoru. Roberta Kosieradzkiego nigdy nie poznałem, a jego zdjęciami „zaraził” mnie Adam Gryczyński. Rozmawialiśmy o tej wystawie od prawie dwóch lat i cieszę się bardzo, że uda się nam ją wspólnie przygotować - tłumaczy Ryszard Kozik, który wraz z Adamem Gryczyńskim jest współkuratorem wystawy w dawnym kinie „Światowid”, gdzie dziś mieści się Muzeum PRL-u.


Komentarze (1)

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Autor komentarza nie dodał zdjęcia
Kalinowe

Kasia (gość)

Zgłoś naruszenie treści

Drodzy znawcy Nowej Huty zdjęcie nr1 to Kalinowe (wieżowce) a nie Kolorowe.

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo