O tarczy, Moskwie oraz apokalipsie

Redakcja
Wizja amerykańskiej tarczy w Polsce rozwiała się; jak sen złoty - dla jednych, jak senny koszmar - dla innych. Tych drugich było, jak się zdaje, więcej. Bardzo nie chcieli, aby nasz kraj stał się celem rosyjskich rakiet, byli bowiem przekonani, że obiekt ten narazi Polskę na atak nuklearny w przypadku wojny.

Anna Zechenter: NIEPRZEDAWNIONE

Tarcza budziła też opory natury ekologicznej i zdrowotnej, ponieważ militarne instalacje jądrowe nie służą dobrze ani przyrodzie, ani ludziom. Nie było wprawdzie wiadomo, czy armia USA zechce składować tu rakiety, ale jasne było, że to, co Amerykanie tu ustawią, ściągnie na nas lawinę nieszczęść.

O obecnej kremlowskiej doktrynie wojennej nie wiadomo prawie nic. Nic, poza tym, że karząca ręka Moskwy dosięgnie każdego, kto zechce czynić krzywdę Rosjanom mieszkającym poza ojczyzną. Całkiem niedawno, w czasach PRL, kiedy Sowieci stacjonowali tu w liczbie około 300 tysięcy z rakietami jądrowymi, dowództwo Układu Warszawskiego planowało uderzenie na Europę Zachodnią.

Układ Warszawski - pakt ośmiu armii komunistycznych, podpisany 55 lat temu w stolicy PRL, stanowił doskonały propagandowy kamuflaż dla sił zbrojnych ZSSR: wśród 3,5 mln żołnierzy tylko co siódmy nie był czerwonoarmistą; ze wszystkich 60 tys. czołgów 41,5 tys. należało do ZSSR; 70 procent z 1508 wyrzutni rakiet operacyjnych i taktycznych znajdowało się na terytorium Sowietów. Sztaby sojuszniczych armii podlegały X Zarządowi Sztabu Generalnego Armii Sowieckiej z marszałkiem ZSSR na czele.

Co zatem przygotowali Sowieci, kiedy widmo tarczy nie krążyło jeszcze nad Polską, a ściślej biorąc nad jej północno-wschodnią częścią?

Pierwsze sekundy i minuty: rakiety atomowe Układu Warszawskiego znoszą z powierzchni ziemi najważniejsze punkty strategiczne na zachód od Łaby, otwierając drogę dla uderzenia wojskowego. Sowieci eliminują Amerykę, angażując ją militarnie poza Europą.

Szósta godzina wojny: ponad dwa miliony żołnierzy przekraczają granicę Republiki Federalnej Niemiec; pięćdziesiąt tysięcy czołgów i transporterów opancerzonych pędzi na łeb na szyję, byle szybciej do Morza Północnego, na Danię, do Kanału La Manche - przez ziemie skażone wystrzelonymi wcześniej z terytorium PRL rakietami. Ludowe Wojsko Polskie w liczbie prawie miliona ludzi wbija się pancernym klinem w terytorium Szlezwiku-Holsztynu, a potem w błyskawicznym tempie zajmuje Danię, tracąc około pięćdziesiąt procent "siły żywej" i uzbrojenia. PRL wystawia do ataku na Zachód dwie armie wspierane przez ABROTY, czyli Armijne Brygady Rakiet Operacyjno-Technicznych oraz myśliwce bombardujące Su-7, przeznaczone do zrzucania broni jądrowej. Według raportu CIA z 1979 roku, ujawnionego w 1996 roku, ta broń znajdowała się na terenie Polski w sowieckich jednostkach: w Templewie koło Trzemeszna Lubuskiego, w Brzeźnicy koło Bornego Sulinowa i w Podborsku koło Białogardu. Było to co najmniej 178 głowic do rakiet i bomb lotniczych.

Dzień pierwszy i ostatni

Władze PRL utrzymywały po 1989 roku, że w kraju nie było broni jądrowej. Jaruzelski twierdził również, że Front Polski należał do sił drugiego uderzenia. Kłam jego słowom zadają materiały sztabowe przekazane Amerykanom przez Ryszarda Kuklińskiego: w pierwszym rzucie brały udział dwa miliony ludzi: sowieckie dywizje z terenu NRD, dywizje czechosłowackie oraz Wojsko Polskie i Sowieci stacjonujący w PRL. "Prawie milion Polaków miało ruszyć na Niemcy, Belgię, Holandię i Danię. Nasze jednostki miały przelać krew, by otworzyć Sowietom drogę do serca Europy" - przypominał wiele razy nieżyjący już pułkownik.
Wróćmy do dnia pierwszego: jak Zachód reaguje po pierwszym szoku? Musi przede wszystkim powstrzymać pancerną nawałę sowiecką, która przetacza się przez Polskę. Na terytorium PRL spada już pierwszego dnia wojny od 400 do 600 pocisków jądrowych. Potem nas już nie ma. I nie dowiemy się nawet, czy tę wojnę wygraliśmy.

Tak właśnie przedstawiało się położenie Polski: ludność cywilna skazana była na unicestwienie przez amerykańskie bomby; armię wykończyłoby sowieckie uderzenie atomowe na północną Europę.

Sowieci wyobrażali sobie, że Polacy przejdą przez obszar o bardzo wysokim stopniu skażenia, a może przez kilka epicentrów, aby zająć północną część kontynentu. Wyniki doświadczeń na poligonie w Tockoje wykazały w 1954 roku, że po przemarszu 45 tys. ludzi przez strefę zero wybuchu przy życiu zostało około tysiąca. I nie wszyscy z nich zmarli szybko - niektórzy żyli i chorowali jeszcze latami. "Wszyscy żołnierze biorący udział w eksperymencie dostali fałszywe dokumenty potwierdzające, że w tym czasie służyli w innych miejscach, wszyscy zostali zmuszeni do podpisania zobowiązań milczenia przez 25 lat. I słusznie, po 25 latach mało kto z nich żył. [...] Wielu zapadało na tę chorobę w ostrej formie jeszcze na poligonie. Najsilniejsi trzymali się latami" - pisał Wiktor Suworow w książce "Cień zwycięstwa". Okazało się zatem, że warto posyłać wojsko w obszar skażenia, bo część żołnierzy przetrwa jeszcze czas jakiś i będzie walczyć.

Nikita Chruszczow nie miał wątpliwości: "Dla uratowania ludzkości warto poświęcić 100 tysięcy, albo nawet 150 tysięcy ludzi" - powiadał.

Breżniew myślał tak samo, ale dodawał jedno zero.

Dzień drugi: na Zachód przez pustynię atomową w PRL wyruszają kolejne jednostki Układu Warszawskiego - lawina stali i dwa miliony ludzi (pewnie mniej, bo część zginęła na skutek uderzenia USA).

Dzień trzeci: w Niemczech Zachodnich i Danii przy życiu pozostały tylko nacierające oddziały. Miasta, porty i poligony wyparowały pod sowieckimi bombami. Wiatr roznosi radioaktywne skażenie.

Mijają dwa tygodnie: trwa zwycięski marsz tych, co ocaleli, przez Holandię, Belgię, Luksemburg i północną część Francji.

Kolejne dwa tygodnie: wojska Układu Warszawskiego docierają nad Atlantyk, zajmując całą Francję. Wielka Brytania, Włochy i pozostałe kraje skandynawskie uginają się pod szantażem atomowym i pozostają neutralne.

W Polsce bez zmian

W drugiej połowie lat 80. dowództwo Układu Warszawskiego zmieniło plany: nie będzie wstępnego ataku nuklearnego na Zachód. Czasem czytamy, że to awaria elektrowni czarnobylskiej w 1986 roku uzmysłowiła Sowietom rozmiary katastrofy nuklearnej. Tak jakby ich wcześniej nie znali...

W 1957 roku w Kysztym na Uralu w powietrze wyleciała betonowa pokrywa o grubości 2,5 metra, uwalniając około 80 ton płynnych materiałów radioaktywnych. W mieście zamkniętym, oznaczonym na mapach jako "Czelabińsk 65", zbudowano kombinat produkujący broń chemiczną, m.in. z odpadów plutonu. Gromadzono je i przechowywano w podziemnym zbiorniku. 29 września zepsuły się urządzenia chłodzące pluton, a temperatura skoczyła do góry. Zdaniem zachodnich specjalistów, w eksplozji zginęło od 8 do 13 tys. osób. Skażenie objęło obszar 23 tys. kilometrów kwadratowych z 270 tys. ludzi. Ural był miejscem największej katastrofy atomowej na świecie.
Pamiętać wszelako należy, że tamta katastrofa wydarzyła się daleko od granicy Sowietów i że pod rządami Stalina nikt nie śmiał o niej wspominać. A także, że Zachód nie dysponował wówczas aparaturą zdolną wykryć promieniowanie.

Cóż nowego Czarnobyl mógł uświadomić Sowietom?

W 1986 roku awarii nie dało się ukryć, a kłamstwa Kremla o znikomym skażeniu zostały zweryfikowane. Czarnobyl był pierwszą sowiecką wpadką, której konsekwencje poznał w końcu cały świat - nawet wojskowi w PRL słuchający zachodnich rozgłośni. Sowieccy dowódcy wiedzieli, że Jaruzelski wyśle żołnierzy wprost pod bomby jądrowe, ale w ich głowach zaświtać mogło podejrzenie, że żołnierze ci, świadomi piekła, jakie ich czeka, z dwojga złego wybiorą ryzyko dezercji niż pewną śmierć.

Rezygnacja z planów uderzenia atomowego poprzedzającego wkroczenie wojska nie miała znaczenia dla Polaków - tak czy owak kraj skazany był na unicestwienie. Sowieci zaczęli przywiązywać jeszcze większą wagę do uderzenia pancernego, więc prawdopodobieństwo ataku nuklearnego zatrzymującego armię czerwoną zdecydowanie wzrosło. Zmalały za to raptownie szanse Ludowego Wojska Polskiego dotarcie do Danii - przecież żołnierze nie doszliby żywi nawet do Odry.

Polska była skazana na apokalipsę z racji przynależności do Układu Warszawskiego.

Teraz jesteśmy członkiem Paktu Północnoatlantyckiego.

Co w związku z tym się zmieniło? Rosjanie mogą przecież w przyszłości znów zaplanować uderzenie na Zachód, by uzyskać pełną kontrolę nad Europą, którą na razie wykupują po kawałku. Polska znajdzie się, jak zawsze, na drodze przemarszu czerwonoarmistów. Jesteśmy dziś sojusznikiem Zachodu, ale rosyjskie czołgi trzeba będzie tak czy owak zniszczyć.

To już może lepiej było mieć tę tarczę? Swoich Amerykanie by oszczędzili...

Autorka jest pracownikiem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie