O winie i trendach

Redakcja
A jeszcze kilkanaście lat temu wino było dla Włochów po prostu zwykłym artykułem żywnościowym, spożywanym masowo, bez zwracania uwagi na smak i jakość. Nie było w ogóle traktowane jako element życia i użycia. Winem popijało się jedzenie, tak jak wodą. Byle było mokre i nie śmierdziało chlorem.

Piwnica i okolica

Wdziedzinie win też mamy mody i trendy. Polskę dotyka to w małym stopniu, bo jesteśmy jeszcze, jeśli chodzi o winne obyczaje, w lesie, albo raczej w jaskini. U nas modlić się trzeba o modę, trend i snobizm na zastępowanie u stołu siwuchy winem. Co innego, na przykład, we Włoszech. Włochy są, jeśli chodzi o rozmiary produkcji i powierzchnię winnic, liderem światowym. I mają za sobą tragiczny rozdział w ponaddwutysięcznej historii winiarstwa - epoikę masowej produkcji marnego wina, afer winnych, fałszerstw i oszustw. We Włoszech objawił się wśród winiarzy pęd do zdrowej konkurencji w innej dyscyplinie niż ilość - mianowicie staranności w wytwarzaniu coraz lepszego, coraz doskonalszego wina.
 W ciągu ostatnich 20 lat to się zmieniło. Powoli, ale doszło do tego, że roczne spożycie wina spadło ze 120 do 50 litrów wina na głowę (wliczając niemowlęta i starców, aby posłużyć się poetyką organizacji antyalkoholowych). Te dzisiejsze 50 litrów jest jednak zupełnie innej jakości niż uprzednie 120 litrów. Jest całkiem innej klasy.
 Włosi nie chcą pić sikacza, chcą smakować dobre wino. I producenci musieli się do tego dostosować. Dla traktujących włoskie wina z pewną rezerwą - szokiem była zorganizowana w Londynie olimpiada win, światowe zawody pod nazwą International Wine Challenge, podczas których 300 specjalistów wybierało w ciemno, to znaczy nie widząc etykiety, najlepsze wino świata. Ku zaskoczeniu wszystkich w kategorii win czerwonych wygrało włoskie Pelago z piwnicy Umani Ronchi. Na dodatek wino nie pochodzi z żadnego ze znanych włoskich regionów winnych, tylko z miejscowości Osimo pod Ankoną.
 Pelago wytłaczane jest z winogron Cabernet Sauvignon, Montepulciano i Merlot i leżakowane przez 14 miesięcy w dębowych baryłkach. Zaczęto je produkować, aby sprostać konkurencji win kalifornijskich, które zyskiwały we Włoszech na popularności. I udało się aż nadto dobrze. Teraz najbardziej znany, w Polsce też, region produkcji czerwonych win we Włoszech, Chianti, podjął starania dla poprawy jakości i zerwania z opinią, że to znakomite wino na piknik, bo opleciona koszykiem butelka nie stłucze się w bagażniku samochodu. Właśnie pierwszym krokiem była rezygnacja z koszyków. Koszyki Chianti zanikają! Chianti o podwyższonym standardzie jest do kupienia w normalnych butelkach - u nas też. Takie Chianti jest droższe, a na dodatek butelka ma o połowę mniejszą pojemność. Ale za jakość trzeba płacić.
 Osobiście trochę mi żal tradycyjnych koszyczków i tego, że w tym nowym, lepszym Chianti nie ma już starych, toskańskich winogron Sangiovese, wypartych przez międzynarodowe gatunki, przede wszystkim Cabernet i Merlot. Trochę szkoda, bo jest to trend ogólny i powoduje znikanie bezpowrotnie coraz większej liczby lokalnych gatunków, z których wytwarzano wina może nie najwyższej klasy, ale niepowtarzalne. A tak może nas czekać, że jakiekolwiek wino będziemy pili, to będzie to wśród czerwonych Cabernet a wśród białych - Chardonnay. Lepiej nie.

Maciej Radwan Rybiński

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie