Obcy rzuca się w oczy

MOL
(INF. WŁ.) Pięćdziesiąt tysięcy złotych w różnych walutach skradli bandyci, którzy w sobotę przed południem obrabowali jeden z kantorów położonych przy głównej ulicy Suchej Beskidzkiej. Szybkie schwytanie złodziei było możliwe dzięki niespotykanej aktywności mieszkańców miasta.

Szybkie schwytanie złodziei było możliwe dzięki niespotykanej aktywności mieszkańców Suchej Beskidzkiej

- Było około wpół do dwunastej, kiedy zza szklanych drzwi, za którymi mieści się kantor, usłyszałyśmy przeraźliwy krzyk, kobiety - opowiadają pracownice pawilonu Gminnej Spółdzielni SCh, położonego naprzeciw Urzędu Miejskiego.
Kantor to maleńka klitka ulokowana w drugim wejściu do domu handlowego, które na skutek tej lokalizacji pozostaje zamknięte. Punkt sprzedaży walut został tu przeniesiony przed rokiem, kiedy właścicielowi, dzierżawiącemu od spółdzielni pomieszczenie w innej placówce handlowej wymówiono miejsce i zaproponowano obecną lokalizację. Szef kantoru miał nadzieję, że nowe miejsce będzie bardziej szczęśliwe, bowiem kantor w poprzednim okradany był w ostatnich latach dwukrotnie. Niestety...
- Pan Z., czemu trudno się dziwić, żywi obawy przed złodziejami tak duże, że zamontował w naszym stoisku spożywczym dzwonek, który miał przycisk w kantorze - mówi kierowniczka domu handlowego.
- Miałam nawet pretensje, bo z nikim tego nie uzgodnił i zapowiedziałam, żeby sobie nie myślał, że weźmiemy na siebie odpowiedzialność za pilnowanie jego firmy.
Dzwonek w sobotę na nic się nie przydał. Dwaj mężczyźni weszli do klitki jak zwykli klienci.**Naraz jeden z nich wyjął rewolwer i przystawił go do głowy kasjerki, żądając wydania pieniędzy. Przerażona kobieta zaczęła krzyczeć, a ponieważ nie zastosowała się do polecenia, drugi z bandziorów przeskoczył przez blat, otworzył kasę i zaczął wrzucać pieniądze do reklamówki. Uciekając, prysnęli gazem łzawiącym w twarz kasjerki.
- Usłyszałyśmy krzyk, a następnie łomot, jak gdyby waliły się meble. Zawołałam do koleżanki, żeby dzwoniła na policję, dzięki czemu dyżurny komendy wiedział o napadzie, zanim jeszcze tamci wyszli z kantoru. Ja wybiegłam przed sklep i powoli, żeby się nie zorientowali, że wiem, co się dzieje, szłam po chodniku. Wtedy z kantoru wyszedł najpierw jeden mężczyzna, a w chwilę potem za nim drugi. Mieli mocne nerwy, poruszali się powoli, jakby wyszli na spacer. Nikt z przechodniów nie zauważył niczego podejrzanego - opowiada ekspedientka.
W tym samym czasie jej koleżanki zawiadomiły o zdarzeniu jedynego mężczyznę w domu handlowym, czyli kierownika zaopatrzenia. Ów, nie namyślając się wiele, pobiegł za przestępcami, którzy szli, jak się okazało, do samochodu. Zanim jednak zbliżył się do nich, zdążyli wskoczyć do pojazdu, gdzie czekał na nich trzeci wspólnik.
Bandytów, pochodzących spod Warszawy, zgubił brak znajomości topografii miasta oraz... pociąg. Próbowali zjechać z ulicy Mickiewicza w przecznicę prowadzącą w kierunku osiedla Błądzonka. Niestety, rampy były akurat zamknięte, więc kierowca forda wycofał wóz i ruszył do Rynku, po czym zjechał w lewo, gdzie przejazd przez tory także był niemożliwy. Bandyci wykonali jeszcze jeden rozpaczliwy manewr cofania i pojechali w kierunku Makowa Podhalańskiego, gdzie rogatki odcięły im drogę ucieczki po raz trzeci. To był dopiero początek kłopotów.
Słysząc sygnał nadjeżdżającego radiowozu, złodzieje porzucili auto i rozbiegli się w różnych kierunkach.
- To dzięki powiadomieniu przez świadków zdarzenia mogliśmy działać błyskawicznie
- stwierdza nadkom. Józef Przerywacz, zastępca komendanta powiatowego policji w Suchej Beskidzkiej.
Zatrzymanie pierwszego ze złodziei odbyło się niemal natychmiast, drugi natomiast zaczął się ostrzeliwać z pistoletu, więc policjanci również użyli broni, jednak ścigany nie został trafiony. Zbiegł w kierunku osiedli domków jednorodzinnych, położonych nad drogą do Makowa Podhalańskiego i zdezorientowany kluczył na tym obszarze.
Uzbrojonego zbiega zauważyli ludzie mieszkający w rejonie ulicy Sumerówka.
- Wie pan, jak to jest... - tłumaczy jeden z nich. - Obcy zawsze rzuca się w oczy. Poza tym bez przerwy jeździły radiowozy, a gdy pytaliśmy, o co chodzi, ostrzegano nas przed uciekającym bandziorem.
Na widok jednego z policyjnych wozów złodziej skoczył w dół i zjechał po śniegu prosto na podwórko posesji... komendanta Przerywacza.
- W domu była żona, również policjantka, która zaraz złapała za telefon oraz dorosły syn, który wybiegł na dwór - mówi komendant. - Trenował kiedyś sporty walki, ale to nieprawda, że obezwładnił ściganego, bo akurat nadjechali funkcjonariusze.
Schwytany nie stawiał oporu, znaleziono również rewolwer gazowy oraz miotacz gazu, które bandyta wyrzucił. Trzeciemu ze złodziei udało się uciec.
Zbigniew S. nie ma szczęścia w walutowym biznesie, żaden bodaj kantorowiec w Polsce nie był tak często okradany jak on. Napadano nie tylko na jego kantor. Dwa lata temu złodziej dostał się do jego domu i zabrał neseser pełen różnych walut...
- Tym razem po raz pierwszy przynajmniej odzyskałem pieniądze - powiedział nam pan Zbigniew. (MOL)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie