Oblicza i dźwięki Korei...

Redakcja
Udostępnij:
Od zakończenia piłkarskich mistrzostw świata minęły już dwa tygodnie, a w głowie ciągle brzęczy przeciągłe, rytmiczne "Tae-han-min-kuk!". Na zawsze będzie przypominać wszystko, czego byliśmy świadkami przez cały czerwiec 2002 roku w Korei Południowej.

Ani słowa, ani nawet najlepsze zdjęcia nie oddadzą atmosfery tamtych koreańskich dni. Mogą dać jednak namiastkę sportowych emocji i kulturowych przeżyć - wiedz Czytelniku, że w dalekiej Azji jedno z drugim jest nierozerwalnie związane.
- Byłam przerażona atmosferą nienawiści, z jaką zetknęłam się na stadionie - te słowa Edyty Górniak pojawiły się w polskiej prasie po jej powrocie z Korei. Piosenkarka, którą przerosło zadanie wykonania hymnu w nowych dla niej warunkach, widać pilnie potrzebowała chwytliwego wytłumaczenia dla swego występu (z kimkolwiek bym rozmawiał na temat mistrzostw, pyta, czy w Busanie brzmiało to równie żałośnie - odpowiadam, że nie wiem, jak żałośnie zabrzmiało to wykonanie w telewizji). Rzecz w tym, że na żadnym innym stadionie świata nie ma równie przyjaznej publiczności, jak w Korei. Owszem, było piekielnie czerwono i głośno, ale czy to od razu oznacza, że diabelsko? Przed meczem w Busanie, gdzie nasi piłkarze mieli (nie)przyjemność jako pierwsi przegrać ze współgospodarzami mistrzostw, każdy Polak traktowany był jak gość godzien największego szacunku. Koreańczycy okazywali to na każdym kroku i - prawdę mówiąc - nigdy i nigdzie nie czuliśmy się równie bezpiecznie jak właśnie tam. Dwa gole wpuszczone przez Jerzego Dudka niczego w tym względzie nie zmieniły, może tylko gospodarze śmielej spoglądali nam w oczy. Bez względu na porę dnia czy nocy, dzielnicę miasta o lepszej lub gorszej reputacji, nie zdarzyło się, by ktokolwiek choć nas zaczepił, okazując niecne zamiary. Brak agresji na ulicach i stadionach najlepiej ilustruje koreański policjant - nie uzbrojony mężczyzna o łagodnym wyrazie twarzy, który - jeśli musi zwrócić ci uwagę - dołącza przepraszający gest.
Kto czyhał w Busanie na Edytę G.?
Nikt nie przypuszczał, że "Tae-han-min-kuk" (czyli "Ko-re-a") będzie rozbrzmiewać aż do końca mistrzostw. Tymczasem ten okrzyk z meczu na mecz narastał, stawał się coraz donioślejszy. Armada kibiców uzbrojonych w bębny i piszczałki szturmowała kolejne stadiony. Jednak po meczu w Daejeonie, gdzie Koreańczycy pokonali w dogrywce Włochów, i w Gwangju, gdzie w rzutach karnych wyeliminowali Hiszpanów, stało się jasne, że w tym tumulcie i hałasie gospodarze mundialu przy okazji zagłuszają własne wyrzuty sumienia. A może się mylimy, może postawy sędziów, dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze mylących się na ich korzyść, wcale nie traktowali jako rzeczy nagannej, godnej potępienia? Nas, Europejczyków, dziwił fakt, że prezydent Kim Dae Jung w najlepsze oczekuje końca swej kadencji, choć przecież w trakcie mistrzostw za udział w aferach korupcyjnych trafiło do więzienia dwóch jego synów...

   
Wcześniej, zanim płacz podnieśli Włosi i Hiszpanie, wątek sędziowskiej zmowy jako pierwszy próbował wykorzystać trener polskiej reprezentacji Jerzy Engel. Dzielnie wtórował mu obrońca Tomasz Hajto, obaj szli w zaparte, że gdyby arbiter zauważył zagranie ręką jednego z Koreańczyków w polu karnym, to nasza inauguracja po 16 latach nieobecności w gronie najlepszych wypadłaby znacznie okazalej. Tam, w Busanie, żal było słuchać tych wynurzeń. Engel do końca nie potrafił przyznać się do własnych błędów, za co zapłacił zwolnieniem z pracy. Tym samym przeszedł do historii jako jeden z tych nielicznych szkoleniowców, którzy stracili posadę po wygranym meczu. Wygranym na dodatek w efektownym stylu, bo tak trzeba nazwać rozbicie w pięć minut późniejszego ćwierćfinalisty mistrzostw, drużyny USA. Po porażce w Jeonju z Portugalią 0-4 (tam też słyszeliśmy od Engela narzekania po nie uznanej przez sędziego bramce Kryszałowicza) Polacy grali w Daejeonie już tylko o prestiż. Wymuszone kontuzjami i kartkami zmiany okazały się zbawienne, dotychczasowi rezerwowi (niekoniecznie młodzi, bo np. w parze z 23-letnim Arkadiuszem Głowackim zadebiutował na mundialu 34-letni Jacek Zieliński) uratowali honor biało-czerwonych (wygrana 3-1 po golach Olisadebe, Kryszałowicza i Marcina Żewłakowa) i dali choć tę odrobinę satysfakcji nie tylko milionom Polaków w kraju, ale także tym kilkuset, którzy wybrali się w daleką podróż do wschodniej Azji (byli wśród nich fani zupełnie nieanonimowi, o czym świadczą poniższe zdjęcia).
Z pewnością jednak nie było to wymarzone pożegnanie z Koreą. Nie o takim zakończeniu reprezentacyjnej kariery marzyli też obrońca Tomasz Wałdoch i bramkarz Adam Matysek. Podczas ostatniego obiadu w ośrodku Samsunga w Daejeonie mieli ochotę na rozmowę jedynie z własnymi żonami. Chętnie za to dzielił się swoimi wrażeniami z mundialu Zbigniew Boniek. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że mamy do czynienia z następcą Engela. Teraz możemy napisać, że symboliczne przekazanie pałeczki nastąpiło już przed meczem z USA w Daejeonie. Wówczas, po raz pierwszy za kadencji poprzedniego szkoleniowca, Boniek wystąpił przed całą kadrą w roli mentora i doradcy. Opinie po tym spotkaniu wśród piłkarzy były jednoznaczne: oto przywódca, który nas rozumie i potrafi zagrzać do walki. Jeśli magia słów Bońka będzie działać także w trakcie eliminacji do mistrzostw Europy, będziemy mogli uznać, że koreańskie doświaczenia nie poszły na marne.
KRZYSZTOF KAWA
Zdjęcia: Marek Mordan

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie