Obywatel numer jeden

Redakcja
Całe życie był pewien, że urodził się w Nowej Hucie jako pierwszy. Tymczasem rozpoczynał drugą dziesiątkę.

GRAŻYNA STARZAK

GRAŻYNA STARZAK

Całe życie był pewien, że urodził się w Nowej Hucie jako pierwszy.

Tymczasem rozpoczynał drugą dziesiątkę.

   Obywatel ma 53 lata, chory żołądek i długi. Jest bez pracy, więc sporo czasu poświęca na oglądanie telewizji. Tam znalazł sposób, jak zacząć nowe życie. Natchnienie przyszło, gdy w jednym z dzienników usłyszał, że Nowa Huta obchodzi 50-lecie. Uznał, że to dobry moment, aby przypomnieć, że był pierwszym dzieckiem urodzonym w tej dzielnicy. Podobno jego matce obiecywano, iż syn, gdy dorośnie, dostanie mieszkanie. Nie zna Nowej Huty, bo wyjechał stamtąd w 1956 roku, mając zaledwie 4 lata, ale uważa, że już czas, aby wyegzekwować obietnicę. Zamiast mieszkania wolałby jednak dożywotnią rentę.
   O tym, że był pierwszym obywatelem Nowej Huty, dowiedział się w 1978 roku. W jego blokowym mieszkaniu w Nowym Sączu pojawił się dziennikarz krakowskiego ośrodka telewizyjnego. - Przyjechał z całą ekipą, chyba z dziesięciu ludzi i mówi, że będą kręcić o mnie film. Jaki film? - pytałem zdumiony. - A on, ten dziennikarz odpowiada, że odkryli, iż jestem pierwszym obywatelem Nowej Huty. - Co, pan nie wie o tym? - dziwili się.
   Wtedy przypomniał sobie, że matka opowiadała mu, iż gdy się urodził, były jakieś szarfy, kwiaty, tłum ludzi, ale nigdy o nic się nie dopytywał. - Dopiero kiedy ten dziennikarz przyjechał, mamusia przypomniała sobie, że kierownik hotelu, w którym mieszkała i w którym mnie urodziła, z upoważnienia lokalnych władz złożył jej zapewnienie, że mój los potoczy się w dobrym kierunku, że zdobędę wykształcenie na koszt państwa, będę miał zapewnioną pracę, a w swoim czasie otrzymam mieszkanie - przytacza słowa matki.
   Żegnając się z telewizyjną ekipą, zapytał wprost: - Czy będzie miał coś z tego? Dziennikarz odpowiedział mu podobno, że telewizja wszystko załatwi, naciskając odpowiednie władze. - Zapewnił mnie, że otrzymam mieszkanie i że przy okazji każdej, kolejnej rocznicy będę dostawał pieniądze. Na obiecankach się skończyło - konstatuje pierwszy obywatel Nowej Huty.
   Po wyjeździe telewizyjnej ekipy uznał, iż nie należy zasypiać gruszek w popiele, czekając na interwencje dziennikarza. Postanowił pojechać do Krakowa i Nowej Huty, aby komu trzeba

przypomnieć, kim jest.

   - Chodziłem po urzędach i mówiłem, że jestem pierwszym obywatelem Nowej Huty. Urzędnicy różnie reagowali. Jedni patrzyli na mnie jak na wariata, inni pytali, czy należę do partii. Jeszcze inni wątpili w moje pierwszeństwo. Pytali: - A skąd my wiemy, że to właśnie pan? Wkurzyłem się i wróciłem do domu - opowiada.
   Jakie ma dowody na to, że jest pierwszym obywatelem Nowej Huty? Dokumentu żadnego nie ma, ale gdyby nie był pierwszy, to by nie było tego filmu w telewizji. Poza tym mamusia mu opowiadała.
   Pani Zofia, matka pierwszego obywatela, ma dzisiaj 78 lat. Urodziła się w podsądeckiej wsi. Do Nowej Huty pojechała wraz z dwiema koleżankami w 1950 roku w poszukiwaniu pracy. Trafiły do hotelu robotniczego. Koleżanki zostały przydzielone do sprzątania. Ona spodobała się kierownikowi hotelu i z mety awansowała na pokojówkę. Ojca Władka, czyli pierwszego obywatela, poznała podczas spaceru w Krakowie. Imponował jej obyciem, kulturą. Gdy zaszła w ciążę, zapewniał, że zaopiekuje się dzieckiem. Syna rodziła tam, gdzie pracowała - w hotelowej izbie porodowej.
   - To kierownik hotelu ogłosił, że mój syn jest pierwszym obywatelem Nowej Huty. Pamiętam, że kołyskę przewiązano szarfą, a panie z Ligi Kobiet przywiozły Władkowi ubranka, odżywki, zabawki. Obiecywały, że ptasiego mleka nie będzie mu brakowało - wspomina pani Zofia.
   Pierwszy obywatel chował się w żłobku, gdzie jak inne dzieci robotnic z Nowej Huty spędzał cały tydzień. Matka widywała go tylko w niedzielę. Pani Zofia mówi, że było jej z tym wygodnie, bo pracowała na zmiany, a Władek miał w żłobku luksusy. Na ojca dziecka nie mogła liczyć, bo jej ukochany, pracownik milicji, często wyjeżdżał na szkolenia i niewiele miała z niego pożytku. Na jednym ze szkoleń poznał nową kobietę swojego życia i zapomniał o Zofii. Wyjechała z Nowej Huty w 1955 roku z powodu poważnej choroby kręgosłupa. Nigdy już tam nie wróciła, bo mężczyzna, z którym związała się węzłem małżeńskim, nie chciał słyszeć o Nowej Hucie.
   Wcześniej nie przyszło jej do głowy, aby upomnieć się o złożone przy porodzie syna obietnice. Jednak dziś, widząc jak ciężko mu się żyje, popiera jego roszczenia. Ciągle myśli o tym,

jak mu pomóc?

   - Do kogo z tym iść? Może do tej pani, która z ramienia Ligi Kobiet opiekowała się Władkiem. Czy ona jeszcze żyje? - zastanawia się na głos pani Zofia, zerkając w moją stronę.
   Oboje - matka i syn - mają żal do dziennikarza, który w 1978 roku obiecywał Władkowi, że załatwi pieniądze i mieszkanie. - Tyle rocznic było i nic - wzdycha pierwszy obywatel socjalistycznej dzielnicy.
   Mimo wszystko nadal ufa dziennikarzom, dlatego, gdy usłyszał w telewizji, że zbliża się kolejna, 50. rocznica powstania Nowej Huty, zadzwonił do jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych, przedstawiając się kim jest. Dziennikarka, z którą rozmawiał, powiedziała, że to dobry temat na reportaż. Następnego dnia przyjechała z ekipą. Krótki film z Władkiem i panią Zofią w roli głównej, wyemitowany 31 sierpnia br. nosił tytuł "Niespełnione obietnice". Pierwszy obywatel Nowej Huty opowiada przed kamerą swoją historię. Występuje tam również Maciej Twaróg, radny z Nowej Huty, który zapewnia, że postara się wyjaśnić tę sprawę, a na pewno wyśle pierwszemu obywatelowi oficjalne zaproszenie do odwiedzin w miejscu urodzenia.
   W telewizyjnym materiale nie ma odpowiedzi na pytanie, kto miałby dzisiaj spełnić obietnice składane pierwszemu obywatelowi. On sam uważa, że przede wszystkim ci, co byli w czasach komunistycznych u władzy. - Ja sobie zdaję sprawę, że oni są na emeryturach, ale mają się na pewno lepiej niż ja, więc powinno ich ruszyć sumienie, że pierwszy obywatel Nowej Huty i jego rodzina klepią biedę. Powinni się poczuwać do jakiegoś zadośćuczynienia wobec mnie - mówi.
   Nieraz zastanawiał się nad formą tego zadośćuczynienia. Pierwotnie myślał o mieszkaniu w Nowej Hucie, ale jeśli już, to wolałby w Krakowie, bo w Nowej Hucie pełno bandziorów, a on ma jeszcze 14-letnią córkę na utrzymaniu. Dlatego doszedł do wniosku, że lepiej, aby była to rekompensata złotówkowa: jednorazowa lub w ratach.

   Nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, za co konkretnie ta rekompensata miałaby być. Niecierpliwi się, gdy mówię, iż jego żądania są trochę śmieszne dla przeciętnego mieszkańca Nowej Huty, który podobnie jak on klepie biedę, a ma zdecydowanie większe zasługi dla tej dzielnicy, bo np. przepracował 30 lat w kombinacie hutniczym.
   W opinii pierwszego obywatela mieszkańcy Nowej Huty

powinni się cieszyć,

że jest taki człowiek jak on. Bo dziewczynka, która urodziła się pół godziny później, mieszka obecnie w Austrii. On też chętnie pojechałby na saksy, ale nie ma odpowiednich kontaktów.
   Swoje dotychczasowe życie podsumowuje krótko: - Zawsze było mi ciężko.
   Jednak, gdy słucha się historii jego życia, można dojść do wniosku, że rodzina pierwszego obywatela Nowej Huty radziła sobie nie najgorzej. W czasach PRL był elektrykiem w ZNTK w Nowym Sączu; jego żona pracowała w handlu. Mają dwupokojowe mieszkanie komunalne. Urządzili je, gdy pierwszy obywatel wrócił z rocznego kontraktu w Iraku. Przez pewien czas mieli nawet dwa mieszkania. Udało im się bowiem załatwić przydział na większy metraż, a ponieważ akurat sąsiad się wyprowadził, dostali lokal, który on zajmował.
   W latach 90. pierwszy obywatel Nowej Huty założył jednoosobową firmę elektryczną. Z początku zarabiał nieźle, ale z czasem miał coraz mniej zleceń. Twierdzi, że z rynku wyparli go młodsi, bardziej obrotni, którzy wiedzieli, jak zyskać sobie przychylność partnerów z branżowych przedsiębiorstw państwowych. Wkrótce okazało się, że nie potrafi zarobić nawet na opłacenie czynszu. Za długi w spółdzielni mieszkaniowej musiał oddać jedno z mieszkań. Wciąż jednak małżeństwo jest zadłużone. Pierwszy obywatel Nowej Huty twierdzi, że nieraz brakuje rodzinie na chleb. Dlatego napisał list do "Dziennika Polskiego", prosząc o rozeznanie jego sprawy i wskazanie, do kogo się zwrócić o zadośćuczynienie...
   Maciej Twaróg, radny miasta Krakowa, ten, który dwa miesiące temu obiecał zaprosić pierwszego obywatela do Nowej Huty, a na stronie internetowej, poświęconej dzielnicy wydrukował wywiad z pierwszym obywatelem, dziś odkłada słuchawkę, gdy słyszy jego głos. W rozmowie z reporterką "Dziennika" mówi, że dał się wypuścić, że cała sprawa odbiła mu się czkawką. Potraktował swojego rozmówcę serio, dając mu nadzieję, iż cokolwiek w sprawie tych obietnic uda się załatwić. Przyznaje, że nawet nie sprawdził, czy Władysław Tobiasz, elektryk z Nowego Sącza, rzeczywiście

był pierwszym

dzieckiem urodzonym w Nowej Hucie.
   - Oparłem się na relacji telewizyjnej - tłumaczy radny Twaróg.
   W programie telewizyjnym występuje m.in. Jan Staniewski, zastępca dyrektora naczelnego oddziału IPS SA ds. produkcji i techniki dawnej Huty Tadeusza Sendzimira. Przed kamerą wypowiada jedno, krótkie zdanie, że jego firma jest obecnie prywatna i nie poczuwa się do żadnych zobowiązań wobec pierwszego obywatela.
   W rozmowie z reporterem "Dziennika" dyr. Staniewski wyjaśnia, że z początku nie bardzo rozumiał, o co chodzi dziennikarzom z komercyjnej stacji telewizyjnej. Bo Władysław Tobiasz z Nowego Sącza nigdy nie pracował w kombinacie metalurgicznym. W archiwum akt osobowych występuje co prawda człowiek o takim samym nazwisku, ale po sprawdzeniu okazało się, że jest to daleki krewny tego, który kreuje się na bohatera Nowej Huty. Cała sprawa wydaje się dyrektorowi śmieszna.
   - Ten rzekomo pierwszy obywatel nie ma żadnych dowodów na piśmie, że ktokolwiek cokolwiek mu obiecywał, a poza tym niczym szczególnym w tej dzielnicy się nie zasłużył. Dziwię się temu panu z Nowego Sącza. Większe prawo do egzekwowania niespełnionych obietnic miałby np. hutnik, którego zapewniano, że dostanie talon na samochód czy mieszkanie, i który był nawet na liście oczekujących - wyraża swoją opinię dyr. Staniewski.
   - A w ogóle, czy ktokolwiek sprawdził, że ten pan figuruje w aktach jako pierwsze dziecko urodzone w Nowej Hucie? - dodaje mój rozmówca.
   Małgorzata Bielczyk, kierowniczka USC Nowa Huta, nie widziała telewizyjnego programu o pierwszym obywatelu. Obiecuje sprawdzić akta. To trochę trwa, ale okazuje się, że warto było czekać. W archiwalnych księgach urodzeń Władysław Tobiasz figuruje bowiem

na dalszym miejscu,

gdzieś na początku drugiej dziesiątki. Pierwszym dzieckiem urodzonym i zarejestrowanym w Nowej Hucie (szefowa USC nie bierze pod uwagę dzieci z okolicznych wsi) jest z całą pewnością Grażyna Golek, urodzona 21 kwietnia 1951 roku. Władysław Tobiasz przyszedł na świat miesiąc później.
   Realizatorzy telewizyjnego filmu o Władysławie Tobiaszu przyznają, że nie sprawdzali, czy to on figuruje na pierwszym miejscu w archiwalnych księgach. Odsyłają do Małgorzaty Zawadzkiej, zastępcy kierownika USC w Krakowie, która miała im potwierdzić ten fakt.
   Małgorzata Zawadzka brała udział w nagraniu, ale przegapiła emisję filmu. - Musieli zmanipulować moją wypowiedź. Ja nie stwierdziłam jednoznacznie, że to Władysław Tobiasz był pierwszym dzieckiem urodzonym w Nowej Hucie. Tłumaczyłam telewizyjnej ekipie, że wszystko zależy od tego, jaką datę przyjmie się za moment powstania tej dzielnicy. Pamiętam, że broniłam się przed autorytatywnym potwierdzeniem faktu pierwszeństwa Władysława Tobiasza, mimo że oni bardzo nalegali - wyjaśnia szczegóły nagrania.
   Twierdzi, że później, już po wizycie telewizyjnej ekipy, przeglądała książki i broszury na temat kolejnych obchodów rocznicowych związanych z powstaniem Nowej Huty. - Trafiłam na dokumenty z 35-lecia. Jednak podana tam data, związana z początkiem dzielnicy, różniła się od figurującej w metryce urodzenia tego pana z Nowego Sącza - zwraca uwagę Małgorzata Zawadzka.
   Władysław Tobiasz nie przyjmuje do wiadomości zebranych przeze mnie informacji. - Te akta zostały sfałszowane - przedstawia swoją opinię. Mówi, że jest rozczarowany wynikiem dziennikarskiego dochodzenia. Prosi, aby jeszcze raz dokładnie sprawdzić akta.
   Tym zadaniem obarczam Henryka Kazimierskiego, który jest jednym z organizatorów powstającego właśnie muzeum Nowej Huty. Wśród zgromadzonych dotąd eksponatów są zdjęcia i rozmaite, oficjalne dokumenty. Nie ma kserokopii aktu urodzenia pierwszego obywatela tej dzielnicy. Henryk Kazimierski przyznaje, że nie przyszło mu do głowy, aby o to zadbać. Ma nadzieję, że uda się błąd naprawić, a może nawet opisać historię tego dziecka od kołyski do dnia dzisiejszego. Obiecuje, że gdy historycy ustalą, kto nim był, "Dziennik Polski" dowie się pierwszy. A Władysław Tobiasz, nawet jeśli znajdzie się w drugiej dziesiątce, na pewno zostanie zaproszony na uroczyste otwarcie muzeum Nowej Huty. Uroczystość ta odbędzie się być może pod koniec tego roku.

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie