Ochroniarze czyli... złodzieje

Redakcja
Donat L. to dwudziestoczterolatek, dopiero na początku drogi życiowej. Ma wykształcenie podstawowe, ale widać nie brak mu inteligencji, skoro kierownictwo firmy ochroniarskiej zatrudniło go bez oporów.

Adam Molenda

Zanim ukradli 345 tysięcy złotych i uciekli za granicę, wiedli żywot lekki i wesoły, choć do krezusów nie należeli. Cóż można robić ochraniając dom wczasowy, w dodatku kiedy nikt nie uściślił, na czym ma to polegać? W takim miejscu atmosfera zawsze jest swobodna, alkoholowa i rozerotyzowana, więc znudzonym, samotnym mężczyznom w młodym wieku wystarczy się tylko w niej zanurzyć.
 - Gdyby prezes nie wysłał mnie do Szczyrku i gdybym nie spotkał na swej drodze Marcina Z., byłbym dzisiaj uczciwym człowiekiem - powiada.
 L. został przyjęty do jednej z agencji ochroniarskich w Gliwicach na pół etatu, kilkanaście dni przed kradzieżą. Poborami go nie rozpieszczano, otrzymał pensję w wysokości 530 złotych, a szefowi spodobał się tym bardziej, że miał do dyspozycji samochód ojca. Kiedy Donat usłyszał, że ma pracować w Szczyrku i używać ojcowskiego nissana jako wozu konwojowego, bardzo się zdenerwował. Wyjścia jednak nie miał
- z poprzedniej agencji ochrony go zwolniono, a nie chciał uchodzić za nieroba, zarówno w domu, jak w oczach swojej dziewczyny, z którą miał się żenić.
 - Popracuje pan dwa tygodnie w Beskidach, potem czternaście dni w Gliwicach, następnie znów pod Skrzycznem, a z czasem przyjmiemy kogoś nowego i wróci pan na Śląsk, na stałe - przekonywał prezes.
 Donatowi L. nie pozostało nic innego, jak ofertę pracy przyjąć, choć mało go

szlag nie trafił,

kiedy się okazało, że ma płacić z własnej kieszeni 150 złotych za wyżywienie, podczas każdego z takich dwutygodniowych "turnusów". Szef odmówił też zaliczki na opony zimowe oraz łańcuchy, więc L. musiał kupić te akcesoria ze swoich pieniędzy.
 Po przyjeździe do Szczyrku spotkał w domu wczasowym Zagroń swoje przeznaczenie, czyli Marcina Z. Ów mężczyzna, dobiegający trzydziestki, miał problemy życiowe, więc pił, albo też pił, gdyż miał problemy życiowe - jak było na pewno, do końca nie wiadomo. W każdym razie od pierwszego dnia L. nie widział swojego partnera - ochroniarza trzeźwego.
 - Mimo to potrafił mnie zastraszyć i opętać, rujnując mi życie - powiada dzisiaj prokuratorowi Donat L.
 Marcin Z. twierdzi natomiast, że to on stał się ofiarą przestępczych pomysłów partnera.
 - Donat jest związany ze śląską mafią, która przez przypadek chciała i mnie załatwić na amen, kiedy wróciłem do Polski - twierdzi.
 Gliwicka Agencja Turystyczna zawarła z firmą ochroniarską umowę w grudniu ubiegłego roku, na cztery zimowe miesiące. Wykwalifikowani agenci mieli konwojować pieniądze pochodzące z utargu za karnety sprzedawane w Ośrodku Narciarskim "Czyrna - Solisko", a przy okazji pomieszkiwania w ośrodku wczasowym Zagroń, pilnować tam porządku i bezpieczeństwa wypoczywających.
 Wyglądało to, hm... różnie. Ochroniarze oddawali się rozmaitym rozrywkom, przy czym szczególnie wesoło bywało, gdy zachodziła zmiana, to znaczy jedni przyjeżdżali do Szczyrku, inni wyjeżdżali do Gliwic. Była

i wódka, i panienki,

co kto lubi.
 Marcin Z. z Zagronia__prawie się nie ruszał, z czysto prozaicznej przyczyny. Był akurat w trakcie sprawy rozwodowej i nie bardzo miał się gdzie podziać. Pracował w agencji ochrony na cały etat za 700 złotych, ale jakoś wystarczało, żeby co dzień pić. Jak twierdzą ci, którzy z nim pracowali, często niezdolny był nawet do tego, by chodzić na własnych nogach, a co dopiero wykonywać obowiązki. Jego ówcześni partnerzy twierdzą, że zgłaszali pijaństwo Z. kierownictwu agencji ochrony, ale prezes widocznie uważał, że ochroniarz - alkoholik to normalka i Marcin pracował, pardon... - był na etacie nadal.
 Najpoważniejsze zadanie ochroniarzy z Zagronia polegało na przewożeniu mamony. Tutejszy ośrodek narciarski jest największy w kraju, śniegu nie brakowało i stoki czarne były od narciarzy, więc forsa do kas sypała się obficie.
 Praktyka wyglądała w ten sposób, że pieniądze z wyciągów zabierano razem z kasjerkami, które, jak to kobiety, śpieszyły się do domów, więc najczęściej wysiadały po drodze, zostawiając ochroniarzy z utargiem. Ci zawozili gotówkę do "centrali" ośrodka, gdzie szef kasjerów ponownie liczył banknoty i bilon, po czym pakował do worka. Utarg dostarczany był do oddziału Banku Śląskiego w Bielsku-Białej, przy czym oberkasjer z GAT miał obowiązek towarzyszyć ochroniarzom.
 Na początku stycznia Marcin Z. zwrócił uwagę, że ich nissan obserwowany jest przez kierowcę i pasażera złowieszczego, czarnego mercedesa. Kiedy Z. podzielił się swoim spostrzeżeniem ze współpasażerami, wywołał ich zrozumiałe obawy. Nazajutrz pokazał im tego samego mercedesa, powodując prawie panikę. W efekcie szef kasjerów uzyskał od swojego kierownictwa zgodę na to, by konwojenci jeździli

z pieniędzmi sami.

 Tymczasem pomiędzy Donatem a Marcinem zaczęły się kwasy. L. nie miał dla partnera czasu, zajmując się swoją dziewczyną. Jeździł do niej do Knurowa, gdzie mieszkała, zawoził ją do Katowic, gdzie zaocznie studiowała, przywoził również do Szczyrku, wynajmując wcześniej pokój w Zagroniu. Był w ciągłych rozjazdach, co nękanego samotnością Z. doprowadzało do szewskiej pasji.
 Donat był natomiast wściekły, że Marcin jest nieustannie pijany. L. albo nie mógł się z partnerem dogadać, albo też był zmuszony szukać go w agencjach towarzyskich. Marcin wprowadzał się w takie stany upojenia alkoholowego, że L., z konieczności, nie chcąc sypać kolegi, zaczął przewozić pieniądze... sam, obchodząc się z nimi równie bezceremonialnie, jak z workami ziemniaków.
 Feralnego dnia, 28 stycznia, Donat pobrał od kasjerów worek zawierający 85 tysięcy złotych. Zawiózł go jednak nie do banku, lecz do... Zagronia, gdyż wybierał się wieczorem na Śląsk, do dziewczyny i uznał, że dostarczy pieniądze do skarbca po drodze. Kiedy L. wszedł do pokoju, zastał Marcina tak pijanego, że ten ledwo trzymał się na krześle. Donat schował forsę do... łóżka Z., bowiem ono miało skrzynię na pościel, a jego tapczanik nie.
 Popołudnie było nerwowe, gdyż L. dostał cynk od jednego z kolegów z Gliwic, iż ktoś z Zagronia zadzwonił do prezesa agencji z donosem, że obaj ochroniarze są pijani.
 - Bałem się kontroli, chciałem kryć Marcina, no i pokazać, że ochraniamy obiekt, więc co chwila schodziłem do recepcji i spacerowałem po korytarzach - opowiada L. - Wieczorem, wybierając się do Knurowa, wyjąłem worek z tapczanu i zobaczyłem, że jest rozcięty.
 Początkowo L. myślał, że

wór uszkodzony

został przez przypadek. Bał się, że część banknotów wypadła mu po drodze, więc wysypał pieniądze na podłogę i przeliczył. Brakowało 20 tysięcy. Wtedy domyślił się że ukradł je współlokator, ale Marcin był tak pijany, że nie był w stanie mówić.
 - Postanowiłem zaczekać z wyjaśnieniem sprawy do następnego dnia - mówi L.
 Nazajutrz jednak Z. dalej był pijany, więc Donat znów przywiózł utarg do Zagronia. Tym razem 110 tysięcy złotych.
 - Po południu Z. jakby nieco przetrzeźwiał, więc zapytałem, dlaczego ukradł gotówkę - wspomina L. - Usłyszałem, że mam się zamknąć i że będziemy z tymi wszystkimi pieniędzmi uciekać za granicę. Bałem się Marcina, chwalił się, że ma kontakty z mafią w Gdyni, gdzie mieszkał kiedyś przez dwadzieścia lat. Poddał mnie psychicznej presji, między innymi przytrzaskując palce drzwiami! Załamałem się i podporządkowałem.
 Marcin Z. przedstawia inną wersję zdarzeń:
 - To Donat wplątał mnie w kradzież. Ja przez cały czas byłem tak pijany, że nic nie pamiętam. Skojarzyłem, że coś jest nie tak, kiedy obaj byliśmy już w czeskiej Pradze.
 Dalsze wydarzenia świadczą, że pojęcie "kontrola" było martwe zarówno w agencji ochrony, jak Gliwickiej Agencji Turystycznej.
 Donat, żeby powiększyć kapitał, wykonał konwój jeszcze raz, zabierając tym razem 150 tysięcy złotych. Mariusz tymczasem pojechał do Gliwic, gdzie za kradzione pieniądze kupił rzeczy wprost niezbędne turystom: dwie kamery video i kilka kaset, dwie golarki oraz dwa złote łańcuszki. Ze wspólnikiem spotkali się na dworcu kolejowym w Katowicach, skąd pojechali do Złotej Pragi.
 - Marcin twierdził, że musiał komuś dać 20 tysięcy złotych - opowiada Donat. - Mnie wręczył tylko 150 tysięcy, a sam zatrzymał resztę.
 W stolicy Czech obaj panowie zajęli się uprawianiem rozmaitych męskich rozrywek. Mieszkali najpierw w hotelu, ale potem poznana w jednej z agencji towarzyskich prostytutka nie tylko załatwiła im kwaterę w podmiejskiej willi, ale i sama z nimi zamieszkała.
 Przez kilka pierwszych tygodni

złodzieje bytowali

bezkonfliktowo. Kiedy jednak okazało się, że siła nabywcza skradzionych pieniędzy jest mniejsza niż myśleli, zaczęli się na siebie boczyć.
 Donat zauważył, iż Z. podkrada mu gotówkę, zaś Marek uznał, że koledze L. odbiła szajba:
 - Zaczął robić plany na przyszłość i kupił sterydy. Proponował mi, żebyśmy opłacili siłownię, brali prochy na przyrost masy mięśniowej i w parę miesięcy dorobili się atletycznych sylwetek. Potem mieliśmy wyjechać do Niemiec, żeby w nocnych lokalach dla pań tańczyć przy rurce. Powiedziałem Donatowi, że jest pier...ty i żeby się ode mnie odczepił.
 L. twierdzi, że nie mógł wytrzymać za granicą bez swojej dziewczyny.
 - Owszem, chodziłem z Marcinem do agencji towarzyskich, płaciłem panienkom, ale ich nie używałem, zachowując wierność narzeczonej. Chwaliłem się tylko koledze jaki ze mnie kogut, żeby mu zaimponować.
 W takiej sytuacji nic dziwnego, że Donatowi L. jako pierwszemu puściły nerwy. Zadzwonił do domu, żeby się dowiedzieć, jak brzmi nazwisko policjanta prowadzącego dochodzenie w sprawie kradzieży. Potem zatelefonował do niego i umówił się
z nim na granicy. Tak trafił do Polski i za kratki.
 - Postanowiłem odcierpieć swoje
i wrócić do normalnego życia, na przekór Marcinowi i mafii z Wybrzeża - mówi. - Chcę żyć uczciwie, ożenić się, mieć rodzinę i normalną pracę.
 Gdy Z. połapał się, że

wspólnik zniknął,

wpadł w desperację. Nie wiedział, co ze sobą zrobić, gdyż pieniądze mu się skończyły i sądził, że Donat sam ruszył na podbój Europy. Ponieważ jednak Marcin też umiał użytkować telefon, zadzwonił do kraju i dowiedział się, że partner zgłosił się na policję.
 - Gdybym wiedział, że K. to zrobi, pojechałbym razem z nim! - mówi dzisiaj.
 Na początek wrócił do Gliwic.
 - Od razu ktoś próbował mnie zabić! - twierdzi ze strachem. - Dowiedziałem się, że śląska mafia ma mnie za wspólnika Donata, który oszukał bossa. L. zawarł z gangsterami taką umowę, że wystawi im konwój z pieniędzmi i dostanie "działkę". Zrobił jednak ten skok sam, przy moim nieświadomym udziale. Dlatego mafia postanowiła go wykończyć, a mnie przy okazji też. Donat ze strachu wolał iść do więzienia.
 L. był w wydawaniu pieniędzy mniej rozrzutny. Przywiózł ze sobą prawie 9 tysięcy koron, 5,6 tys. marek, ponad 15 tysięcy złotych oraz dwa sygnety i złoty łańcuszek warte około 1,3 tysiąca.
 Obaj panowie prześcigają się teraz w oskarżaniu jeden drugiego. Eksperci twierdzą, że ochroniarze - złodzieje mieli pełną świadomość popełnienia przestępstwa. Psychiatrzy uważają, że Marcin Z. powinien przejść kurację odwykową od uzależnienia alkoholowego.
 Obu grozi kara do 10 lat więzienia.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie