Oczy medalem otwarte

Redakcja
Wicemistrzyni świata w skoku o tyczce MONIKA PYREK o kobiecej złości i szansach na pokonanie 5 metrów

Lekkoatletyka

Wicemistrzyni świata w skoku o tyczce MONIKA PYREK o kobiecej złości i szansach na pokonanie 5 metrów

- Pamięta Pani swój pierwszy skok o tyczce?
   - Nie wyglądał obiecująco, strasznie się wtedy potłukłam. Ponadto skoczyłam zupełnie nie tak, jak powinnam, nie z tej strony tyczki. Ten pierwszy samodzielny skok bardzo mnie zniechęcił. Dopiero gdy zaczęłam regularnie ćwiczyć, było dużo lepiej.
- A jak wyszła druga próba?
   - Całe pierwsze pół roku nie wyglądało za dobrze. Na początku skakałam po 2-2,5 metra. Pierwszy zaliczony skok to były dwa metry, wtedy jednak jeszcze nie nad poprzeczką, a nad gumką. Pamiętam też, że na pierwszych moich zawodach było fatalnie. Nie udało mi się pokonać dwóch metrów i zaliczyłam, jak my to mówimy, "zerówkę". Nie byłam oczywiście z tego zadowolona. Wkrótce się przekonałam, że da się dobrze i wysoko skakać.
- Kiedy Pani sobie uświadomiła, że skakanie o tyczce jest tym, czym się chce Pani w życiu zajmować?
   - Gdy zaczęłam równo skakać i kwalifikować się na mistrzostwa świata i Europy juniorów. Ważny był dla mnie przede wszystkim występ na mistrzostwach Europy seniorów w 1998 roku. Zajęłam siódme miejsce i udało mi się pokonać kilka uznanych zawodniczek. Zostałam też wicemistrzynią świata juniorek.
- Na początku kariery nie miała Pani zbyt dużej konkurencji...
   - Na ostatnich halowych mistrzostwach Polski powiedziano mi, że dotychczas wygrałam wszystkie w hali. Często jednak ktoś był na podobnym poziomie. Teraz jest to Ania Rogowska, a gdy zaczynałam skakać, to biłam się przede wszystkim z inną Anią - Wielgus. Cały czas odbierałyśmy sobie rekordy.
- Przed jednym z mityngów, w notce Panią opisującą, znalazła bardzo ciekawa informacja. Organizatorzy proponowali, by w teleturnieju "Milionerzy" pytanie o główną wygraną brzmiało: "Ile rekordów Polski pobiła Monika Pyrek". Tak trudno o prawidłową odpowiedź?
   - Bardzo trudno (śmiech). Ja sama jej nie znam. Kiedyś ktoś policzył, że jest ich około 40, ale dokładnie nie wiem, ile. To może wiedzieć tylko moja mama, która zbiera wycinki prasowe o mnie.
- Co myśli sportowiec, który jest najlepszy w kraju i właściwie nie ma poważnej konkurencji?
   - Ciężko było mi się zmobilizować. Coś się w mojej psychice zablokowało. Miałam dwa takie sezony, w których poprawiłam się tylko o centymetr, w kolejnym wcale. Była świadomość, że jest się najlepszym w Polsce, ale nie było takiej motywacji do skakania, jak wcześniej. Dopiero pojawienie się Ani Rogowskiej sprawiło, że było o to dużo łatwiej.
- Rogowska szybko zaczęła skakać wyżej. Zbiegło się to z Pani startami nieco poniżej oczekiwań: czwarte miejsca na mistrzostwach świata w 2003 roku i na igrzyskach w Atenach. Przestała być Pani liderką i jeszcze pojawiły się głosy o rozkapryszonej gwieździe, która nie może znieść, że ktoś jest od niej lepszy.
   - Moje zachowanie nie wynikało z tego, że Ania zaczęła lepiej ode mnie skakać. W poprzednim sezonie wszystko podporządkowane było startowi na olimpiadzie, na której wylądowałam na najgorszym, czwartym miejscu. Całe poświęcenie i wyrzeczenia okazały się bezcelowe, bo wynik mnie nie satysfakcjonował. Byłam po prostu zawiedziona, gdyż czułam, że jestem w dobrej dyspozycji. Tym bardziej że tuż po igrzyskach pobiłam rekord Polski. Choć było to dla mnie bodźcem, to pojawiły się głosy, również w mojej głowie, że co z tego, skoro dopiero po igrzyskach... Dlatego tak bardzo cieszę się z tego srebrnego medalu na mistrzostwach świata, ten sukces był mi bardzo potrzebny.
- Przed mistrzostwami w Helsinkach liczyła Pani na tak udany występ?
   - Po cichu na pewno tak. Liczyłam, że walczyć będę przede wszystkim z Anią, choć spodziewałam się, że wszystko odbywać się będzie na większej wysokości. Nie przypuszczałam, że tyle zawodniczek tak szybko odpadnie. Z drugiej strony dużo wcześniej wiedziałam, że w Helsinkach skakać się będzie nie na wynik, tylko o miejsca. Zdawałam sobie też sprawę, że przy takich warunkach moje szanse wzrastają.
- Wynikowy poziom zawodów był bardzo niski. Pogoda faktycznie była aż tak niesprzyjająca?
   - Naprawdę. Najbardziej przeszkadzał wiatr, który nie dość, że był bardzo silny, to jeszcze bardzo niestabilny. Momentami był spokój, a chwilę później walczyć trzeba było przede wszystkim o utrzymanie tyczki. Choć trochę mi wstyd tak to tłumaczyć, bo Isinbajewa skoczyła przecież ponad pięć metrów. Na początku konkursu byłam zaniepokojona całą sytuacją, dlatego rozpoczęłam od 4,20. Chciałam po prostu zaliczyć jakąś wysokość. Ten skok był mi bardzo potrzebny, żeby sobie wszystko ułożyć w głowie. Po udanej próbie wiedziałam, że będzie dobrze. Później mi mówiono, że szkoda było tak dobrego skoku na tak małej wysokości... Kluczowe było podejście na 4,60. Musiałam zaliczyć je w pierwszej próbie, by walczyć o podium i to się udało. Blisko szczęścia byłam też w drugiej próbie na 4,70. Kto wie, co by było, gdybym skoczyła...
- Wcześniej zdobyła Pani brązowe medale mistrzostw świata, teraz srebrny. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia...
   - Jestem realistką. Zdaję sobie sprawę, że póki Jelena skacze, to ona będzie królową. Zresztą w kobiecej tyczce zawsze była jakaś zdecydowana liderka.
- Nie boi się Pani sytuacji, że jeśli Isinbajewa utrzyma dotychczasową formę i nie przeszkodzi jej kontuzja, to w każdej ważniejszej imprezie może to być walka tylko o srebrny medal?
   - Na pewno ciężko będzie z taką myślą startować, ale z jednej strony jest to "tylko", a z drugiej "aż" srebro. Trzeba też mieć nadzieję, że da się Jelenie dorównać, że kiedyś będziemy rywalizować na wysokościach około pięciu metrów.
- W skoku o tyczce to właśnie psychika ma ogromne znaczenie. Wszystko decyduje się w ciągu zaledwie kilku sekund. O czym Pani myśli na rozbiegu?
   - Wyobrażam sobie dobry skok, skupiam się na jednym jego elemencie i wiem, że wtedy reszta powinna wyjść poprawnie. Tak też było w Helsinkach. Trzeba był posłuchać rad trenera. Chodziło o to, by nie walczyć tak z wiatrem. Musiałam pamiętać, by biegać jak najwyżej, bo przy silnym wietrze biegam nisko. To mi pomogło.
- Ponoć w czasie skoku zamyka Pani oczy?
   - To prawda. Staram się to wyeliminować, ale nie zawsze się udaje. Zwłaszcza gdy pojawiają się silne emocje.
- Wysokość dającą srebrny medal zaliczyła Pani z zamkniętymi czy otwartymi oczami?
   - Z otwartymi. Pamiętam, że trąciłam lekko poprzeczkę, ale ta na szczęście nie spadła. Lecąc w dół, już się cieszyłam.
- Powodów do radości po tych zawodach nie miała Anna Rogowska. Wiele się słyszy o waszej wzajemnej niechęci, nawet o poważnym konflikcie. Ile w tym prawdy?
   - Takie opinie to zasługa mediów. Między nami jest zdrowa rywalizacja, ale jesteśmy kobietami i poza tym, że jesteśmy bardzo ambitne, to wszystko traktujemy bardziej uczuciowo. Także skoki. Gdy coś nam nie wychodzi, to jest nam przykro i jesteśmy złe na cały świat. Nie ma między nami jakiejś wielkiej przyjaźni, ale też nie ma wrogości. Uważam, że prawdziwą przyjaciółkę można mieć tylko jedną, a ja już taką znalazłam.
- Skąd zatem biorą się podobne głosy?
   - Chyba każdy widzi to, co chce. Wiadomo, że jak jesteśmy na skoczni, to wszystkie oczy skierowane są na nas. Wtedy jednak koncentrujemy się na własnym występie, a to najlepiej wychodzi osobno, w ciszy i skupieniu. W czasie konkursu jednak przecież ze sobą rozmawiamy i dziwię się, że nikt tego jakoś nie dostrzega. Wielokrotnie byłyśmy razem na zgrupowaniach, nawet mieszkałyśmy w jednym pokoju. Zresztą jeśli Ania będzie skakać coraz wyżej, to będzie to dla mnie dodatkowa mobilizacja. Odwrotnie też tak chyba jest.
- Polska żeńska tyczka jest obecnie bardzo mocna. Niestety, nie można tego powiedzieć o innych konkurencjach lekkoatletycznych. Dlaczego Polacy zdobyli w Helsinkach tylko dwa medale. Taki jest stan naszej lekkiej atletyki czy po prostu nie wyszły jedne mistrzostwa?
   - Myślę, że to kwestia tych mistrzostw. Wypadły tak, bo po prostu zawodnicy przegrali z pogodą. Ja jechałam z nastawieniem, że im gorsza ona będzie, tym moje szanse będą większe.
- Ten sezon był dla Pani udany nie tylko pod względem sportowym: ukończone z bardzo dobrym wynikiem studia magisterskie - administracja na Uniwersytecie Gdańskim. Ciężko było pogodzić naukę ze sportem na najwyższym poziomie?
   - Na początku było łatwo, tylko trzeba było się przyzwyczaić do zaocznego trybu studiów. W poprzednim roku, z bezpośrednimi przygotowaniami olimpijskimi, nie chciałam sobie zaprzątać głowy nauką i wzięłam urlop dziekański. Po tym jak na igrzyskach byłam dopiero czwarta - co uznałam za porażkę, miałam uczucie, że wszystkie te moje decyzje były złe. Dlatego w tym roku postawiłam w pierwszej kolejności na studia. Nie było dla mnie aż tak ważne, jak będę skakać. Udało mi się jednak jedno i drugie. Ważne dla mnie jest, by mieć jakąś odskocznię od sportu, móc od czasu do czasu czymś innym zająć głowę. Teraz wiem, że mi to bardzo pomaga. Dlatego między innymi myślę o studiach podyplomowych, raczej z dziedziny pokrewnej - służba cywilna, logistyka.
- Zastanawia się Pani już zatem, co będzie robić po zakończeniu kariery?
   - Raczej nie będę chciała zostać trenerem, myślę, że przy moim charakterze dzieci miałyby ze mną koszmar (śmiech). Bardziej chciałabym działać w organizacjach sportowych, na przykład pomagających młodzieży, bo nie chcę tracić całkiem kontaktu ze sportem.
- Na razie jednak zostaje tyczka. Kiedy Monika Pyrek skoczy pięć metrów?
   - Nieprędko (śmiech). Myślę, że w ciągu 2-3 lat powinnam się otrzeć o tę granicę.
- Próbuje Pani na treningach podejść do tej wysokości?
   - Od czasu do czasu trener zawiesza mi 5-5,10. Ale raczej nie po to, by przeskoczyć, tylko bardziej w innych celach szkoleniowych - żeby ćwiczyć dłuższe utrzymywanie się w pionie.
- Do przeskoczenia dużo brakuje?
   - No jeszcze trochę...
- Zastanawia się Pani, jak się to udaje Isinbajewej?
   - Cały czas analizujemy jej skoki. W opinii mojej i wielu trenerów, choć skacze ona dobrze technicznie, to jeszcze w tej kwestii może sporo poprawić. Strach wyobrazić sobie, ile mogłaby skoczyć, gdyby miała perfekcyjną technikę.
- Jaka to może być wysokość? Czy w gronie zawodniczek typujecie, na jakiej się Isinbajewa zatrzyma?
   - Ja wierzę w jej słowa, że będzie to przynajmniej 5,15-5,20. Na szczęście Jelena sama przyznaje, że nie zamierza się z tym spieszyć.
Rozmawiał: ARTUR BOGACKI

MONIKA PYREK

Urodzona 11 sierpnia 1980 w Gdyni. Wzrost: 170 cm, waga: 53 kg. Kluby: Bałtyk Gdynia, AZS AWF Gdańsk, Warszawianka, Lechia Gdańsk, MKL Szczecin (od lutego 2004). Karierę zaczynała pod okiem Edwarda Szymczaka, obecnie trenuje z Wiaczesławem Kaliniczenką oraz współpracuje z Witalijem Pietrowem.

Największe sukcesy. Igrzyska olimpijskie: 4. 2004 (Ateny), 7. 2000 (Sydney); mistrzostwa świata: 2. 2005 (Helsinki), 3. 2001 (Edmonton), 4. 2003 (Paryż); halowe MŚ: 3. 2003 (Birmingham); halowe ME: 3. 2002 (Wiedeń) i 2005 (Madryt). Młodzieżowe ME: 1. 2001 (Amsterdam); MŚ juniorów: 2. 1998 (Annency).

Wielokrotna mistrzyni i rekordzistka Polski. Od 1 do 9 lipca 2001 rekordzistka Europy (4,61). Rekord życiowy - 4,72 (2004). Dwukrotnie (2001 i 2003) zdobywała "Złote Kolce" dla najlepszej lekkoatletki sezonu.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie