Od Kijowa do Moskwy

Redakcja
WŁADYSŁAW A. SERCZYK: Znad granicy

   Kiedy Normanowie podążali szlakiem "od Waregów po Greki", czyli od krajów skandynawskich aż do Bizancjum, a działo się to przed dwunastoma wiekami, nie zawsze szli na wyprawę wojenną. Znacznie częściej pojawiali się jako zręczni i dobrze zorganizowani kupcy, których umiejętności urządzania sobie dostatniego życia chętnie wykorzystywano na ziemi ruskiej. Zapraszano ich na rozjemców do łagodzenia sporów, a jasne włosy i niebieskie oczy dzieci bawiących się w miastach Naddnieprza świadczyły dowodnie o bardzo bliskich i więcej niż przyjacielskich stosunkach między miejscowymi a ludźmi przybywającymi z północy.
   Pojawienie się pierwszych plemiennych państw słowiańskich w tym rejonie zwróciło uwagę sąsiadów na rosnącą zamożność tubylców, powodując coraz liczniejsze najazdy nawet bardzo odległych plemion koczowniczych. Kniaziowie ruscy powiązani ze sobą więzami rodzinnymi nie kwapili się do solidarnej obrony. Przeciwnie. Władali ziemiami, które uważali za swoją dziedziczną własność i po ich, jak im się wydawało, solidnym zabezpieczeniu przestawali zajmować się wiszącą nad wszystkimi groźbą. Na rezultaty takiej polityki nie trzeba było długo czekać. Najeźdźcy wygrywali kolejne starcia, grabili miasta i wsie, pozostawiając za sobą ludzką krzywdę oraz spalone i wyniszczone ziemie.
   Na koniec wreszcie Ruś w połowie XIII wieku wpadła w tatarskie ręce, rozpoczynając nowy rozdział swej historii. Tym razem jednak większość dawnych ziem ruskich, głównie - dzisiejsza Ukraina, została zagarnięta przez Litwę, a reszta, położona dalej ku północy i wschodowi, zaczęła tworzyć państwo moskiewskie, w niczym nie przypominające Rusi Kijowskiej Włodzimierza Wielkiego czy też Jarosława Mądrego.
   Wprawdzie weterani manifestujący przed parunastu dniami na kijowskim Chreszczatyku, obwieszeni bojowymi odznaczeniami z lat drugiej wojny światowej, mówili o wspólnych korzeniach łączących Rosję z Ukrainą, ale w owej korzeniowej plątaninie trudno doprawdy doszukać się mocniejszych związków poza wątpliwą tradycją, mającą zresztą tylko zewnętrzne znaczenie. Bowiem dla Moskwy i dla Ukrainy okres Rusi Kijowskiej stanowi czas funkcjonowania odrębnego organizmu państwowego. I tylko, a zarazem aż tyle.
   Profesor Bohdan Osadczuk, patrząc na te kwestie z dalekiej perspektywy, bo z odległego Berlina, powiada, że właściwie Rosja może być traktowana jako córka Ukrainy, i że Moskwa zhardziała dopiero po zagarnięciu większej części kontynentu euroazjatyckiego. Ponoć właśnie z owej moskiewskiej hardości rodzą się imperialne ciągoty i pretensje.
   Wiele by jeszcze o tym pisać, bo sprawa wcale nie jest taka prosta, jak się wydaje nawet najbardziej obiektywnemu obserwatorowi, zanurzonemu jednak po uszy w zupełnie innej powszedniości politycznej niż naddnieprzańska. Jedna rzecz jawi się wszakże jako fakt oczywisty: "Nie ma imperialnej Rosji, nie ma rosyjskiego supermocarstwa bez złączenia go z Ukrainą". Jest to prawda łatwiejsza do zweryfikowania niż hasło: "Nie ma wolności Polski bez wolnej Ukrainy!". Gdy dogadują się nasi dwaj wschodni sąsiedzi, Polska w ich rozmowach stanowi tylko przedmiot w prowadzonej grze politycznej, dokładnie tak, jak działo się to niegdyś w rozmowach wielkich mocarstw w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Rozumieją to doskonale zarówno Putin, jak i Kuczma, zarówno Janukowycz, jak i Juszczenko. Warto, by tę podstawową prawdę, stanowiącą dyrektywę dla polskiej polityki zagranicznej, uświadomili sobie jej szefowie z alei Szucha, a może nawet z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie.
   Putin dobiera się do Ukrainy jak kot do myszy przycupniętej gdzieś w kuchennym kąciku, zasłoniętej przez dużą miotłę i korzystającej z chwilowego, niezbyt jednak pewnego schronienia. Najpierw próbował straszyć, potem - odcinać od najważniejszych źródeł zaopatrzenia, by na koniec ukazać możliwe zyski, które byłyby do osiągnięcia przy połączeniu się obydwu partnerów. Teraz w miarę ostrożnie, ale wyraźnie, starał się wpłynąć na społeczeństwo ukraińskie, by opowiedziało się w wyborach prezydenckich za kandydatem rokującym większe nadzieje na posłuszeństwo wobec Moskwy niż jego konkurent.
   Całą sprawę komplikuje jednak fakt bezpośredniego sąsiadowania Ukrainy z państwami Unii Europejskiej, a co za tym idzie - stosunkowo łatwego przekonania się o możliwych profitach wynikających z unijnego członkostwa, i to bez nacisków prowadzących do - praktycznie - całkowitej likwidacji suwerenności, zarówno w sferze gospodarczej, jak i politycznej. Polska, przy całej swojej zgrzebności, nękających ją aferach oraz zwyrodniałym partyjniactwie, stała się dla Ukrainy oknem wystawowym Unii, zachęcającym do wyraźnego i radykalnego przeorientowania doktryny państwowej.
   Dlatego właśnie, jeśli chce się pozyskać pewnego sojusznika za wschodnią granicą, należy na plan pierwszy wysuwać chłodny rachunek ekonomiczny i polityczny, a nie radosne rzucanie się w objęcia sąsiada i familiarne poklepywanie go po plecach.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie