Odszedł Ryszard Szurkowski, król szos. Człowiek, który wygrywanie miał w genach

Jacek Żukowski
Jacek Żukowski
Ryszard Szurkowski miał 75 lat
Ryszard Szurkowski miał 75 lat Robert Woźniak
W poniedziałek rano dotarła do nas tragiczna wiadomość o śmierci najbardziej utytułowanego polskiego kolarza Ryszarda Szurkowskiego. Miał 75 lat i od ponad 2,5 roku zmagał się z paraliżem.

Mistrz świata, medalista olimpijski

Podczas wyścigu weteranów w Niemczech 10 czerwca 2018 r. uległ wypadkowi, który spowodował uszkodzenie rdzenia kręgowego i uszkodzenie czaszki. Przechodził żmudną rehabilitację.

Najbardziej utytułowany polski kolarz w historii ma się czym poszczycić. Trzykrotnie był mistrzem świata – indywidualnie w Barcelonie (1973), drużynowo na tej samej imprezie oraz w Yvoir dwa lata później. Srebro wywalczył w Montrealu (1974). Przywiózł też dwa srebrne medale z wyścigu drużynowego igrzysk olimpijskich (1972, 1976). Czterokrotnie zwyciężał w Wyścigu Pokoju (1970, 71, 73 i 75), najbardziej prestiżowym wyścigu dla kolarzy nie zawodowców, czyli tych, którzy nie jeździli na Zachodzie. Odszedł fenomen, wielki wojownik i autorytet.

- Ryszard to był człowiek o wspaniałym charakterze, wielkiej osobowości, który potrafił znaleźć wiele pomysłów na sport, który uprawiał – mówi jego kolega z reprezentacji Polski Tadeusz Mytnik. - A przede wszystkim potrafił zjednoczyć wokół siebie ludzi, którzy mu zaufali. Ja byłem jednym z nich. Mieliśmy wraz z kolegami przekonanie, że jak doprowadzimy Ryśka na kilometr czy 500 metrów przed metą na wysokiej pozycji, to on tę naszą pracę wykorzysta i wygra. Po prostu był pewniakiem. Wielu z nas było w jego cieniu, ale Szurkowski też potrafił odpuścić i wtedy my mieliśmy swoje pięć minut. Nie mogę tu nie wspomnieć o naszym trenerze Henryku Łasaku, który wprowadził nas do europejskiego i światowego kolarstwa. Po prostu nauczył nas jazdy na rzecz lidera i to było cudowne.

- Byliśmy z Ryszardem w jednej kadrze szosowej, startowaliśmy w wielu wyścigach – opowiada Czesław Lang, znakomity kolarz, olimpijczyk. - Uwielbiałem z nim jechać w jednej drużynie, bo był prawdziwym kapitanem, wiedział, czego chce. Potrafił zmotywować resztę do fantastycznej jazdy. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Było to na posezonowym zgrupowaniu w Krynicy. Byłem jeszcze wtedy w kadrze torowej. Wracaliśmy po zabiegach borowinowych i był co chwilę zaczepiany na deptaku przez kibiców, którzy chcieli z nim porozmawiać. A ja byłem dumny z tego, że mogę stać koło niego.

Był dla mnie wzorem, największym kolarzem w amatorskim peletonie. Do młodszych kolegów odnosił się z życzliwością, coś doradził, podziękował, po prostu mistrz!

Król Wyścigu Pokoju

Szurkowski urodził się z ogromnym talentem, który potrafił wykorzystać. W 1968 r. odniósł pierwszy sukces – jako jeszcze nieznany zawodnik zwyciężył w mistrzostwach Polski w przełajach. W następnym sezonie został powołany do kadry i wystąpił w wyścigu Pokoju, w debiucie był 2. To tę imprezę zdominował w latach 70.

- Pamiętam, gdy w 1975 r. osłabł w górach, a był wtedy liderem – wspomina Mytnik. - Zostałem mu do pomocy, a on odzyskał siły. Miał niesamowicie silny charakter. Podprowadziłem go na swoim kole i zajął 3. miejsce na etapie i oczywiście dowiózł żółtą koszulkę do mety. Gdy udzielał wywiadu, wskazał na mnie i powiedział: - Ten człowiek wygrał wyścig!

Przyszły ogromne sukcesy międzynarodowe – medale mistrzostw świata i olimpijskie. Polska miała złote pokolenie. Wiele pisało się o rywalizacji między Szurkowskim i Szozdą, nie zawsze zdrowej.

- Nie było zawiści między nimi – mówi Marek Kosicki, rówieśnik Szurkowskiego, sędzia kolarski, obecnie prezes Małopolskiego Związku Kolarskiego. - To podczas mistrzostw świata w 1973 r. Szozda bardzo pomógł Szurkowskiemu, odciągając resztę stawki na bok, a wtedy Rysiek wyskoczył do przodu i wygrał. Szozda nie był wiele gorszy od niego. Po prostu miał pecha, trafiając na takiego mistrza jak Szurkowski, który był bardzo lubiany przez wszystkich. To był kolarski geniusz. Jego sukcesy to pokłosie ogromnego talentu, wydolności organizmu, ale w równym stopniu genialnego umysłu i zmysłu taktycznego, umiejętności kalkulacji i przewidywania.

Trener z genem zwycięzcy

Szurkowski swe niewątpliwe talenty przelał też na zawodników kadry, których prowadził w latach 1984–1988. To pod jego wodzą Lech Piasecki w 1985 r. wygrał Wyścig Pokoju, a potem został mistrzem świata, zaś drużyna zdobyła srebrny medal igrzysk w Seulu w 1988 r.

- To był wyjątkowy trener i wyjątkowy człowiek, bo znaliśmy się na stopie prywatnej, gdy już skończyłem karierę – opowiada Lech Piasecki. - Zawsze chciałem być taki jak on, przyjaciel, kolega i rywal z peletonu, a potem wspaniały szkoleniowiec, przy którym osiągnąłem sukcesy. Był moim idolem, wzorem do naśladowania. Wspaniały człowiek, emanującym siłą spokoju i charyzmą. Objął kadrę, zastając zawodników, którzy w niej już byli, ale brakowało spektakularnych sukcesów. To on zaszczepił w nas gen zwycięzców. Gdy przekazywał nam wskazówki, nie było żadnych wątpliwości - nie jechaliśmy, by przejechać trasę, ale by wygrać! Obserwowałem go jako zawodnik od początku mojej kariery. W 1982 r. wygrałem mistrzostwo Polski, a on się jeszcze ścigał. Wiele się nauczyłem od niego pod względem taktycznym.

- Ryszard był spoiwem naszej grupy – dopowiada Mytnik. - Często jechaliśmy na trening bez trenera, siadaliśmy w słoneczku i omawialiśmy różne sprawy. Był wspaniałym racjonalizatorem, wymyślał różne taktyki, które okazywały się skuteczne. Najbardziej ucieszyło mnie nasze pierwsze wspólne mistrzostwo świata. Byłem rezerwowym w drużynie. W oficjalnym informatorze na MŚ widniało nazwisko Wojtka Matusiaka. Pamiętam, jak Rysiek zapytał go, czy podoła. Tłumaczył mu, że to ja jestem w lepszej formie. W dniu startu rano trener Wojciech Walkiewicz na odprawie wyczytał moje nazwisko! Byłem w szoku. - „Toni” (czyli ja) niech jedzie 50 km na przedzie, a my w trójkę będziemy się zmieniać – złoto jest nasze – prorokował! Źle się stało, że nasze mamy urodziły nas praktycznie w jednym czasie. Szurkowski, Szozda, Nowicki, ja – każdy chciał wygrywać. Ale jeździliśmy na niego. Wiedzieliśmy, że jesteśmy mocni, ale nikt nie miał wątpliwości, że on jest numerem 1. Między nim a Szozdą nie było animozji. Jeszcze przed śmiercią Staszka rozmawiałem z nim i nie miał żadnych pretensji do Ryśka.

Prezes i ambasador

Miał też chwile słabości, jak każdy sportowiec. Jak choćby tę podczas Małopolskiego Wyścigu Górskiego w Wieliczce, na „ścianie płaczu” na ul. Kopernika.

- Urosło to już do legendy, ale to prawda – Rysiek zszedł z roweru – mówi Kosicki, dyrektor MWG. - Wielokrotnie przejeżdżał ten odcinek, ale gdy kończył karierę, to chyba już mu się nie chciało podjeżdżać – śmieje się Kosicki.

Szurkowski był też prezesem Polskiego Związku Kolarskiego (2010–2011). - Gdy Walkiewicz zrezygnował ze swej funkcji, zostało nas dziesięciu – wspomina Kosicki. - Kandydatów było dwóch: Szurkowski i Jarosław Potocki. Nie chciałem, by było głosowanie i niejako „maściłem” go na prezesa. Byliśmy w bardzo dobrej komitywie. Znaliśmy się od lat. Ja byłem sędzią, on zawodnikiem, wybitnym, ale traktowałem go jako jednego z wielu. Potem się zaprzyjaźniliśmy. Rysiek był wspaniałym gawędziarzem, często dzieliliśmy pokój podczas wyjazdów. Miał nieprawdopodobną pamięć, potrafił przywoływać takie szczegóły jak to, że na którymś etapie wyścigu np. dookoła Maroka, na tym i tym kilometrze uciekał, z kim i jaka była przewaga. Niesamowite!

- Z pewnością urodził się za wcześnie – opowiada Lang. - Mógłby spróbować swoich sił w zawodowstwie. To był najlepszy kolarz tak zwanego amatorskiego peletonu. Tour de France może by nie wygrał, ale słynne klasyki już tak. W tych smutnych czasach PRL, kiedy wszystko było szare i smutne, dostarczył kibicom wiele radości. Wszyscy czekali na maj i Wyścig Pokoju. Pokochałem kolarstwo, wzorując się na nim. A potem pomagał nam organizatorom, jako ambasador Tour de Pologne amatorów.

Mytnik z kolei jest organizatorem memoriału im. Łasaka, wspaniałego trenera, wspaniałego kolarskiego pokolenia.

- Nie mogliśmy zrobić tej imprezy w 2020 r. tam gdzie zwykle, czy w Suchej Beskidzkiej – opowiada Mytnik. - Ale udało się nam przenieść wyścig do Limanowej. Namówiłem Ryszarda, by koniecznie przyjechał. Miał obiekcje, że w złym stanie nie chce się pokazywać kibicom. Ale się zgodził i kibice mieli radość. Tłumaczyłem mu, że i tak zapamiętają go jako króla, sportowca, który wygrywanie miał w genach.

Polacy najaktywniejsi w Europie

Wideo

Materiał oryginalny: Odszedł Ryszard Szurkowski, król szos. Człowiek, który wygrywanie miał w genach - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie