Okno z widokiem na Lwów

Redakcja
Okna w Przemyślu, wczesne lata 70. zeszłego stulecia. Było minęło, jednak pozostało i trwa, spod serca dopomina się o pamięć. Wujenka – Lwowianka, taka malutka, taka kruchutka, jak cacuszko z porcelany, taka tkliwa wujenka ze Lwowa, przebywająca na wygnaniu, w Przemyślu, na Zasaniu.

Dla lwowianki Przemyśl – to despekt na honorze i przecież istna Kamczatka, z tą różnicą, że w tą cywilizowaną stronę. Ona, kucharka znakomita, sentymentalna i wdzięczna krucha figurka spod znaku anglezów, fraków, falbanek, bonżurek i tużurków z zeszłego świata. Szurała halkami i spódnicami w pokoju bardziej dużym niż średnim, w kącie stała donica z kwiatami, osobno w małej beczułce rosło drzewko z dużymi jak parasol liśćmi. Przysiadała na poduszkach pokrytych czerwono-czarną poszewką, leżących swobodnie na sofie. Gdy na wuja się dąsała, chętnie rezonowała z papugą. Ptak wysuwał chytrze łebek, aby nas obejrzeć, czasem wydawał się zielono-żółto-pomarańczową rozkrzyczaną myszą.

Do biegu zrywała się jak sroczka z furkotem, do kuchni, gdy wzywało melodyjne syczenie zadowolonego samowara. Samowar ruski, jeszcze z roku 1914, przyniósł go jeden taki oficer rosyjski. Przydzielili go z rosyjskiej komendantury miasta, za rosyjskiej okupacji Lwowa na kwaterę. Pięknie opowiadał o Sankt Petersburgu, jeszcze piękniej śpiewał cygańskie romanse, po francusku konwersował, ogólnie kulturalny człowiek. Przyzwyczaiła się famuła, oczywiście do samowara, a nie rosyjskiego oficera. Filiżanki już ganz austriackie, nawet po wiedeńsku z szykiem nadąsane, takie sinoniebieskie gołąbki, prychające wrzątkiem. Kto jeszcze wygnańcem ze Lwowa?

Aha, ta lampa, owinięta po babcinemu w mleczny abażur. Abażur zaś sam w sobie cacko, karbowany niby spódniczka baletniczki, dający intymny, nieomal wiśniowy poblask, gdyż w swej istocie ciemnoczerwony, taki soczysty i zmysłowy, z jedwabiu, taki styl staroangielski, jaki ogląda się na łamach „The Illustrated London News”. Być może jeszcze popielniczka z brązową nimfą, ta stała jak zawsze na stoliczku, bez najmniejszego śladu popiołu, ale przecież w tym domu się sporo paliło.

Wujenka posiadała lwowski gramofon, his Masters voice – szlachetną staroć, jeszcze z lat 20. Z pokoju do pokoju, amfilada na korytarz i do kuchni przedzierało się jego stękanie, towarzyszące melodiom walców, tang, fokstrotów, i łagodny, jakby się skarżący kwik korby podczas nakręcania. Rozchodził się charakterystyczny i porywający głos dwumetrowego Pierrota – Aleksandra Wertyńskiego pośród miękkich trzasków i skrzypień czarnych płyt. Gramofon stał na mahoniowym stoliku w saloniku, ramię z igłą w chwili śmierci ciotki ponoć zatrzymało się przy końcu ostatniego rowka z walcem „Am schönen blauen Donau”. Wujostwo coś tam sobie wspominało, gdy ponoć wujenka umilkła nagle, wzrok jej zawisł w przestrzeni, wuj nachylił się machinalnie, jakby chciał ją objąć, przytulić, wziąć w ramiona.

Lecz wujenka osunęła się najpierw na fotel, z fotelu na dywan, oczy miała wciąż otwarte, zbladła. Wuj przeniósł wujenkę na otomanę, szybko posłano po doktora, praktycznie w drzwi naprzeciw. Badanie nie zabrało nawet minuty, diagnoza – zejście śmiertelne.

Potem lekarz zachowywał się dziwnie, zajrzał do szklanki i zapytał otwarcie: czy zmarła jadła coś ostatnio, albo coś piła ostatnio? Ostatnio to znaczy chwilę przed swym nagłym zgonem?

Wuj Julian, za sanacyjnych czasów, jak się mawiało – kanar, bo służył w żandarmerii wojskowej, nawet szarża najbardziej obciążająca kartotekę: sierżant. Jeszcze gorzej, podczas wojny walczył na Zachodzie i pozostał tam, pracował w fabryce czekolady, nawet względnie się dobrze miewał na londyńskim bruku. Powrócił do kraju późno, bardzo późno, bo dopiero w 1956 roku.

Gdzie się w kraju zaczepił? Praca magazyniera w przemyskiej wytworni win. Krótko pracował, potem przyszła renta. Odstawiony na boczny tor, drzemał w fotelu, twarzą do słońca, notorycznie wstawiony, alkoholizował się okrutnie i regularnie, tanim winem, na ponuro.

Gdy bywał w miarę trzeźwy, w letnie popołudnie wuj siadywał z książką na balkonie, i zaśmiewając się gorzko, jędrnie dodając własny komentarz, czytał na głos, w powietrze Przemyśla, twarzą zwrócony w kierunku Lwowa „C.K. Dezerterów” Kazimierza Sejdy, wydanie jedyne z roku 1937.

- Kruca fuks, lepsze to nasze od tego czeskiego Szwejka, ale kto teraz o tym pamięta, oni nie wznowią tej książki, bo postponuje mundur wojskowy i może się brzydko skojarzyć, a poza tym dlaczego mają wzbudzać resentymenty wobec C.K. Monarchii – i zaplatał ręce na karku, tym sposobem wprowadzając bujany fotel w melancholijne huśtanie.

Rozmowy, dysputy, urocze dywagacje następowały, jedne pobudzały do następnym. Najchętniej toczone o Pogoni Lwów, wtedy nie było już takiego klubu, a przecież był taki wspaniały, taki wyjątkowy: rok założenia 1904, powstał dzięki Ludwice i Ludwikowi małżeństwu Kuchar – znaczne wsparcie finansowe. Inny akuszer klubu Edmund Cener, ten który pod koniec XIX wieku przywiózł do Lwowa z Anglii piłkę, przetłumaczył reguły gry i wytyczył boisko. Pogoń – Lwów to była europejska marka, w okresie II RP cztery razy została mistrzem Polski. Gdy do Lwowa przyjechał AC Milan „pogoniarze” w niebieskich spodenkach i pasiastych: czerwono-niebieskich – wertykalnie z herbem Lwowa i datą 1904 na koszulkach, wbili mu pięć goli. Wujenka wyliczała podług starszeństwa imiona sześciu słynnych piłkarzy Pogoni, braci Kucharów: Tadeusz, Karol, Władysław, Wacław, Mieczysław, Zbigniew. Brat wujenki, Jędruś podawał im piłki. W zimę 1940 brat wujenki zginął w Karpatach, jako biały kurier, piętnaście lat mu było, nie ma gdzie mu świeczki zapalić.

On w Świętokrzyskim nosił się, mało powiedzieć, że się ubierał z elegancją zgoła reakcyjną – Panie Zbyszku, z jakiej sztuki zwędził pan ten kostium? – pytano złośliwie. Zawsze krawat i kapelusz, bo w jego Lwowie nawet bezrobotni chodzili w kapeluszach. On się elegancją wypiętrzał, no bo zakładał getry, takie ochraniacze na kostki, filcowe, białe albo pastelowe, to zależało od tonacji i wzorku krawata, zapinane na guziczki z perłowej masy, na kostki, zimą fantastycznie grzały oraz na uroczyste okazje uwierał szyję sztywnym kołnierzykiem. Na juble, na wesela, na południowe okazje wkładał stosowne: oczywiście – ubranie trzyczęściowe; marynarka, kamizelka i spodnie w kancik. Aha, jeszcze dobierał laseczkę, legendę – oryginalną bambusową malagę. Komplet: prezencja, akcent, szelmowskie uśmieszki, wezwanie i prowokacja, tęczowe widmo panoramiczne i kolorowy ptak z baśni i wodewilu.

Kto on, ten który spadł z księżycowego Lwowa?

Kuzyn, tym razem przyszywany, a dokładniej wżeniony w rodzinę matki. Zbyszek Kostyłło, lwowskie dziecko, z Łyczakowa, jak trzeba ochrzczony u świętego Antoniego. Muzyk, taki arcypolski, jak postać z komedii Fredry, idealnie pasujący do ról galicyjsko-wodewilowych, ponoć w młodości w teatrach lwowskich statystował. Niespełniony kontuszowy aktor, znakomicie by wyrażał sarmackie cechy: gwałtowność, zmienność nastroju, a w końcu dobrotliwość i ciepło. Rubaszny, owszem bywał, mawiali o nim: elegant z morskiej pianki, tajoj. Ale nigdy wulgarny. Znakomicie te sprawy owijał w bawełnę – jak mówiono we Lwowie. Rezoner i gawędziarz, tokował namiętnie i ze swadą zgoła imć pana Zagłoby tym jedynym niepowtarzalnym bas-barytonem, dla którego Pan Bóg nie przewidział dublury.

Sybaryta, naturalnie na skalę i możliwość owych podłych czasów smuty, zaplanowanych niedoborów i geseowskiego zaopatrzenia. Nie był chytry na ten grosz. Wady i przywary miał urocze. Odrobinę plotkarz i chimeryczny, to on bywał.

 

Kąsał, prychał i pieklił się na niechlujną polszczyznę. Miał prawo i obowiązek, on wyszamerowany w tą swą bajeczną lwowskość, obdarzony wdziękiem i staromodną dżentelmenerią, która nakazywała całować kobiety w rękę i wstawać z fotela, kiedy te podchodzą, nawet jeśli miały czternaście latek. Z wdziękiem obsadzał swą osobą ławeczki, banalne krzesła i przypadkowe fotele, zawsze tak samo brawuro, jak baron z operetki wiedeńskiej. Na autobusowym przystanku i z gracją kiwał nogami, jakby je mył w potoku, albo czubkiem lakierki w piasku szukał zagrzebanej ryby. Podśpiewywał – Ich hab. mein Herz in Heidelberg verloren.

- Panie Zbyszku, jak można takie hitlerowskie piosenki publicznie propagować – oburzali się patrioci-ignoranci. On ripostował – kruca fuks, kochanieńki, jakie one hitlerowskie, wcale nie hitlerowskie, ale burszowskie, trzeba ci mądrej książki poczytać.

Patriota Lwowa, twierdził, że Europa się kończy tam, gdzie są ostatnie empirowe austriackie dworce kolei żelaznej,a we Lwowie jest najpiękniejszy taki w całej Europie.

- Musisz wiedzieć kochanieńki, że mój tata miał prawdziwą marynareczkę z wężowej skóry. On sam marynarki z wężowej skóry nie posiadał, w zamian miał oczy takie ciemne, jak atramentowa rzeka lub jak tusz firmy Pelican pierwszego gatunku, który tak łatwo nie schodzi i takie głębokie, że można było się w nich utopić, zupełnie, jak piękna i fertyczna Żydóweczka, taka rajcowna z biglem i pieprzykiem. Kobiety leciały na te oczy, na łobuzerski wdzięk i klasę i ten śpiewny lwowski akcent. Człowiek trunkowy, stąd policzki gorzały, jak u prałata papieskiego, malinowe lub, jak dziecko bogatego ogrodnika, liczące sobie lat 50 i jeszcze kilka – tylko czeskie piwo i muzyka cię wzmocni. – Co on taki nerwowy, musi lepiej dbać o przyrodzenie, bo mu się macica niebezpiecznie obniży – doradzał i dworował sobie jednocześnie.

Tak na serio i na poważnie, lubił powtarzać za Marszałkiem: kto nie szanuje przeszłości, ten nie jest godzien teraźniejszości. Grał na wszystkim na czym się dało, co wpadało do ręki: grzebień, gitara, organy, saks, pikulina, skrzypce, tamburyn – proszę bardzo. Geniusz kompletny, a przecież samouk, wyposażony w absolutny słuch muzyczny. Słuch muzyczny dar Boży, z domu wyniósł skromność, bo gdy go komplementowano – Panie Zbyszko, ależ ma pan talent, ależ pan pięknie gra! On się obruszał dobrodusznie – Ja, gram, co wy ludzie, ja gram, co wy ludzie bałakacie, ja ledwo rzępole. Mój tato to on grał, to był artysta, on grał w wiedeńskim szramlu. Oczywiście musiał objaśniać czym był ów szraml. To była tradycyjna kapela podmiejskich winiarni cesarskiego Wiednia, a jej nazwa wywodzi się od założycieli tego typu zespołów: Johanna i Josefa Schrammlów.

Po kieliszeczku, jednym, drugim, a najlepiej po trzecim płyty gramofonowe lubił sobie puszczać, szczególnie tę: Bella, bella donna – śpiewał cudny duet, ale jak śpiewał? Bosko i jaki duet! Janusz Gniatkowski, wiadomo ze Lwowa, i Jan Danek, ten był chyba przypadkiem, jest ze Śląska. Wiadomo, że nie wszystko na tym świecie udało się Panu Bogu. Przecież jakby wszyscy najlepsi mieli się urodzić w Lwowie, to Lwów stał by się, nie daj Boże, tylko Warszawą.

Wspominał, rozmarzał się – I zapamiętaj na bank, że zawsze w niedzielę o 21, od roku 1932 ze Lwowa nadawana była audycja Wesołej Lwowskiej Fali, z ulubieńcami całej Polski, szczerymi batiarami: Szczepko – to, ten wyższy, burczący i Tońko – ten niższy, popiskujący.

Zbierał się w sobie, rósł, mocy przybierał, gdy koloryzował ale z jaką swadą! – Wiesz, ty synku, że ja osobiście wódkę od Baczewskiego pijałem z panem Wiktorem Budzyńskim, w restauracji hotelu George'a – jego atramentowe oczy powlekała serdeczna mgła, lwowska mgła.

Tadeusz Zubiński

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3