Opóźnienie w przyspieszeniu

Redakcja
Maciej Radwan Rybiński

Felieton

poza planem

   Niczego nie można zaplanować. Ani w gospodarce, ani w życiu, ani w polityce. A nie można planować, ponieważ nikt nie może przewidzieć wszystkiego, co się wydarzy i co może pokrzyżować plany. Planowanie gospodarcze przerabialiśmy w PRL, ale młodsi nie pamiętają, więc przypomnę. W gospodarce planowej trzeba przewidzieć, na ogół na pięć lat naprzód, ile fabryki obuwia muszą wyprodukować butów męskich koloru czarnego w rozmiarze 42, żeby starczyło dla wszystkich. Jakie to mają być buty, jest rzeczą drugorzędną, bo takie fanaberie jak fason i moda są dobre w zdziczałej i antyludzkiej gospodarce rynkowej, która nie dba o zaspokajanie podstawowych potrzeb, tylko o zaspokajanie kaprysów. Tymczasem może się tak zdarzyć, że śmiertelność dotknie ponadproporcjonalnie posiadaczy stóp w rozmiarze 45 albo przeciwnie, młodzież karmiona planowo zacznie dojrzewać szybciej, także oddolnie, i przed terminem nabędzie stóp jak podolski złodziej. W pierwszym przypadku jest nadprodukcja, marnotrawstwo sił wytwórczych i materiału, w drugim niedobór, niedosyt, niezadowolenie i chodzenie na bosaka.
   A tu trzeba jeszcze pamiętać, że zaplanowane być musi zapewnienie odpowiedniej długości czarnej tasiemki na sznurowadła. A co, jeśli tasiemce dotknie epidemia? W życiu też nie jest łatwiej. Człowiek planuje, że sobie obejrzy mecz w telewizji, a tu z niespodziewaną wizytą przyjaźni przybywa teściowa, która chce oglądać "M jak miłość". Mam znajomego, który zaplanował, że przeczyta w weekend "Króla Ducha" Słowackiego. Poszedł do księgarni, Słowackiego nie dostał, i wrócił z Masłowską. Dziś jest zupełnie innym człowiekiem, czego też nie planował. Widziałem w telewizji reportaż o trudnym losie małżeństwa, które planowało sobie przed ślubem, że będzie zdrowe, bogate i szczęśliwe, tymczasem jest biedne, chore i pokrzywdzone, a na dodatek ma siedmioro dzieci, których też nie planowało. Frustracja z powodu katastrofalnego załamania się takich ambitnych planów prowadzi zresztą do perwersyjnego domagania się zaplanowania całego pozostałego świata na nowo i bardzo dokładnie tak, aby potargane plany mogły się jednak zrealizować.
   O polityce nie ma nawet co wspominać. W polityce planować cokolwiek może tylko idiota. Facet sobie planuje, że zostanie prezydentem, marszałkiem albo chociaż premierem, a tu nagle okazuje się, że się odchylił od linii, że zdradził ideały, że wyborcy go nie lubią albo że jest na niego teczka. Albo staje przed komisją, albo zasiada w komisji, co na jedno wychodzi. Już po planach. To samo w polityce zagranicznej. Polityk jedzie do ościennego mocarstwa planując sobie, że im wreszcie wygarnie całą prawdę, jedzie, wygarnia, ale nikt go nie słucha. Jest biblijnym przemawiającym na puszczy i jak wraca, wszyscy mają do niego pretensje, po co w ogóle jechał i po co się odzywał. W polityce zagranicznej można zaplanować wywołanie wojny, ale nie można zaplanować zwycięstwa. Można zaplanować podbój świata, ale nie skutki takich planów. No, to lepiej niczego nie planować.
   To samo jest z felietonami. Niczego planować nie wolno. Pisać tylko spontanicznie, bo rzeczywistość zawsze pokrzyżuje plany. Ja, niestety, zapomniałem o tej zasadzie i w związku z sezonem wyborczym zaplanowałem sobie napisanie dwóch felietonów, parlamentarnego i prezydenckiego. Tymczasem Polska nabrała przyspieszenia i wywróciła moje wspaniałe plany na nice.
   W felietonie parlamentarnym, tak sobie zaplanowałem, miałem zamiar zaapelować do biednych, ze szczególnym uwzględnieniem bezrobotnych i matek wielodzietnych, żeby na siebie bardzo uważali, nie wychodzili najlepiej z domów, nie oglądali telewizji, nie słuchali radia i nie czytali gazet (z wyjątkiem, oczywiście, "Dziennika Polskiego"), bo z chwilą rozpoczęcia kampanii wyborczej zostaną rozerwani na strzępy przez stado polityków, zatroskanych biedą i deklarujących chęć, gotowość, pragnienie, wręcz żądzę położenia kresu niesprawiedliwości społecznej, ze szczególnym uwzględnieniem nierówności materialnej. Biedni - zamierzałem napisać - strzeżcie się, bo zostaniecie za chwilę wykreowani na Koronę Stworzenia, głód obwołają cnotą obywatelską, a bezdomność przejawem duchowej wyższości, a następnie obiecają, że to wszystko, głód, biedę, zaniedbania, bezdomność, usuną radykalnie, raz na zawsze, jeśli tylko będziecie na nich głosować.
   Łatwo mi było snuć takie plany, bo niejedną kampanię wyborczą w Polsce i gdzie indziej widziałem, i zawsze, i wszędzie wyglądały tak samo. Każdy przed wyborami krzyczał - dam wszystko, a potem, po wyborach, jak go wybrali, to dawał, ale głównie rodzinie i znajomym. A jeszcze chętniej brał. I nie jest to znów jakiś polski fenomen. Tak jest wszędzie, ponieważ większość otaczającego nas świata jest socjalistyczna z ducha, a nieszczęście polega na tym, że ten duch polatuje nad materią, która znowu ekonomicznie rzecz biorąc socjalistyczna nie jest, nie chce być i nie będzie. Tak chciałem napisać tuż przed kampanią wyborczą, ale Kaczyńscy popełnili falstart i nie zdążyłem. Nie ostrzegłem w porę biednych i teraz są oni jeszcze biedniejsi, bo przeżuwani i ośliniani przez tabuny polityków wszelkiej maści, karej i bułanej. Nie wiem, jak biedni to wytrzymają do września. Ja będę miał trudności.
   Felieton prezydencki też sobie zaplanowałem - chciałem się wybić jako prorok, jako facet o zdolnościach profetycznych. Chciałem napisać, że lada moment w mediach zacznie się dyskusja o tym, że jest zbyt wielu kandydatów do prezydentury, że to oburzające, żeby każdy mógł się zgłosić, że trzeba coś z tym zrobić i że najlepiej porządek. Oczywiście, żadna to sztuka. Żadna przenikliwość, tylko dobra pamięć i znajomość mentalności kolegów dziennikarzy. Mieliśmy do tej pory trzy razy powszechne wybory prezydenckie i za każdym razem było tak samo - biadolenie, że jest za dużo kandydatów, że niedopuszczalne, położyć kres, kompromitacja przed światem, wstyd. To chciałem przewidzieć i też, psiakość, nie zdążyłem. Swoją kandydaturę zapowiedział - pod hasłem Oczyścić Polskę - warszawski pucybut. I oczywiście się zaczęło, że hańba, trzeba zakazać, ograniczyć i nie dopuścić. Zmienić ordynację, wprowadzić numerus clausus, a dla większości obywateli numerus nullus, żeby im głupstwa o mrzonki prezydenckie nie przychodziły do pustych łbów.
   Powinien być porządek, jak w PRL, gdzie światła elita Biura Politycznego decydowała, kto, gdzie i po co może kandydować. A jak już zadecydowała, że może, to kandydował i wygrywał. Takie ma marzenia o uporządkowanej demokracji część, wcale niemała, opiniotwórczej elity naszego demokratycznego państwa. W tej sytuacji jedyne, co można zaplanować z jakimi takimi szansami na sukces, to perspektywa, że w końcu jednak wymrą. To jest rzecz poddająca się planowaniu, bo nieuchronna. Niestety, choćbym też zaplanował, że dożyję tego czasu, nie wiem, czy się ten plan zrealizuje. W każdej chwili może mi się zwalić na głowę billboard wyborczy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie