Osobliwe chronienie Krakowa

Redakcja
O znanych ludziach, przy których grupowała się opozycja wobec fałszywie pojętego postępu

WIKTOR ZIN

WIKTOR ZIN

O znanych ludziach, przy których grupowała się opozycja wobec fałszywie pojętego postępu

   Postanowiłem przywołać pamięć trzech wybitnie zasłużonych dla kultury polskiej, a w szczególności dla Krakowa, ludzi. Prof. Zenona Klemensiewicza, zmarłego tragicznie w 1969 r. (był prezesem PAU), prof. Kazimierza Wyki, zmarłego w 1975 r. Obydwaj byli strażnikami i mistrzami języka polskiego, znawcami naszej literatury i obyczajowości. W końcu prof. Karola Estreichera, zmarłego w 1984 r. Prof. Karol za życia stał się legendą.
   Co łączyło mnie z tymi ludźmi? Prof. Klemensiewicza poznałem jako działacza Związku Nauczycielstwa Polskiego, do którego i ja należałem reprezentując naszą uczelnię. Dziś wyda się to dziwne, ale ta organizacja cieszyła się wtedy wielkim autorytetem i broniła nauczycielskich interesów. Tak złożyło się, że później córka profesora zaczęła pracować na krakowskim Wydziale Architektury. Była historykiem sztuki. Nasze zbliżenie z prof. Klemensiewiczem i prof. Wyką nastąpiło jednak w salach wykładowych.
   Z prof. Karolem było nieco inaczej. Poza przyjaźnią mistrz-uczeń zjawiły się związki służbowe. W 1958 r. zostałem głównym architektem Pracowni Konserwacji Zabytków. Obszar działania tej pracowni obejmował wówczas całą Polskę południową. Mój podpis zaczął coś znaczyć nawet przy konserwacji Collegium Maius. Wnet zaczęła się jeszcze inna forma kontaktów bliskich i towarzyskich, z Sarnim Uroczyskiem w tle. Wspólnie z moją żoną, Oleńką, odwiedzaliśmy często prof. Karola, a on bywał u nas (ostatnie spotkanie w przeddzień śmierci).
   Zdarzyło się kilka razy, że trzech profesorów spotkało się ze mną w jednym czasie. Był czerwiec, dzień nachylił się ku zachodowi. Stałem u podnóża kopca Kościuszki i szkicowałem sylwetę Wawelu. Na ciemniejącym niebie, jak alabastrowa lampa, błyszczał księżyc. To było spotkanie ze sztychem Meriana, tyle tylko, że wieże katedry i sylweta zamku jawiły się na tle zadymionego nieba. Kończyłem rysunek, gdy nagle posłyszałem tuż obok siebie głos prof. Karola: - Pracowity się znalazł, nawet wieczora nie oszczędzi.
   Tuż przy Estreicherze dostrzegłem profesorów Wykę i Klemensiewicza. Pierwszy zaczął recytować Mickiewicza: "Ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej Ziemi... Było bardzo cicho, pachniało sianem... A jeśli nocną przybliżysz się porą i zwrócisz ku wodzie swe lice...". Estreicher chwycił Wykę za ramię i zaczął:
   "A jeśli będziesz na kopcu Kościuszki
   u boku swojej dziewczyny
   Dymy nad tobą, dymy pod tobą
   I dwa obaczysz kominy".
   Prof. Karol miał proroczą wizję, bo właśnie zaczęto wznosić dwa gigantyczne kominy i chłodnię ciepłowni w Łęgu. To nie koniec złego poematu.
   Kraków jest wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury. To zobowiązuje. Sylweta miasta stanowi niebagatelną część tego, co należy chronić. Sprzeciwiałem się lokalizacji ciepłowni w Łęgu. Każdy rząd i urząd ma swoich doradców. Mego podpisu na żadnym planie nie odnajdziecie. Wspólnie z prof. Bogdanowskim broniliśmy sylwety miasta, głównie ze względu na oś widokową z kopca Kościuszki. Widziałem w Hiszpanii stadion, który w tle miał bardzo zabytkowe struktury. Stadion oświetlono, ale maszty na co dzień były ukryte i w czasie wieczornych rozgrywek wyrastały spod ziemi.
   Nie traćmy świadomości, że Kraków jest i pozostanie "pacjentem szczególnej troski". Sądzę nawet, że zbliża się czas, gdy przestanie obowiązywać wadliwa, korupcjogenna Ustawa o ochronie dóbr kultury. Mój upór godny jest trzech nieżyjących już profesorów. Oni postąpiliby podobnie.
   To, co opiszę teraz, wydarzyło się w 1967 r. Prowadziliśmy badania krypt mariackich, nie z własnej ciekawości, ale dlatego, że wilgotność mariackiej świątyni bardzo wzrosła, a na ścianach i sklepieniach pojawiły się pęknięcia. "Akcja requiem", tak nazwaliśmy te badania, prowadzona była przez dłuższy czas poza radiem i telewizją. Mój rektor, prof. Kopyciński, prosił mnie o osobiste zajęcie się sprawą (nie wszystkie wymogi sanepidu zostały spełnione).
   Któregoś dnia odebrałem telefon od prof. Klemensiewicza. Prosił o możliwość wejścia do krypt mariackich. Prace rozpoczynaliśmy wieczorem, gdy kościół zamykano. By dojść do fundamentów świątyni, należało uporać się z setkami trumien. To była bardzo owocna naukowo, ale przykra praca. Prof. Klemensiewicz przyszedł z prof. Wyką (Estreicher nie lubił niczego, co związane jest ze śmiercią, chorobami - "Nie mówmy, bo się zarazimy"), więc nie był obecny.
   Ta krypta miała schody, z jej wnętrza można było przejść do niżej położonych pomieszczeń i do rozległego ossarium (prawa nawa boczna). Poprosiłem laborantów, by zdjęli wieko z trumny "pięknej krakowianki", jak nazwaliśmy nieznaną dziewczynę w białym koronkowym czepcu, z grubymi warkoczami, w błękitnej, połyskliwej sukni. Gdy otwierano tę trumnę, powieki zmarłej miały rzęsy, a usta - podniesione w uśmiechu kąciki. To reflektory sprawiły, że wszystko to jakoś nagle zaczęło ginąć.
   Prof. Klemensiewicz powiedział wtedy: - (...) A cóż się stało - po śmierci - z tym myśli dostatkiem? Później przeżegnał się. Prof. Kazimierz cicho dodał: - Jeśli nawet przestrzeń i czas nie istnieją poza naszymi zmysłami, to Ty, Boże, jesteś i rządzisz wszystkim!
   Ci ludzie wpisali się w historię tego miasta jeszcze w sposób inny, dziś już niewidoczny, wymagający przypomnienia. Przy nich grupowała się opozycja wobec fałszywie dla miasta pojętego postępu. Rzeczą historyków jest odnalezienie uchwał miejskiej rady, ustalenie wnioskodawców. Przypomnę tylko kilka faktów, które może nawet szerokiemu ogółowi mieszkańców Krakowa były dotychczas nieznane.
   Zapadła oto uchwała (a może zarządzenie), by kosztem Plant poszerzyć o jedno pasmo ruchu i chodnik pierwszą obwodnicę. Mówiąc inaczej - zamienić przestrzeń zieloną na beton i asfalt. To była decyzja nierozważna, grożąca wielu drzewom, niedająca żadnego efektu. Rozpoczęła się niełatwa walka. Planty ocalały. Kto o nie walczył?
   Zapadła decyzja polityczno-urbanistyczna o odebraniu klasztorom ich ogrodów. Niektóre gazety rozpisywały się o tym, jak kilka zakonnic lub wyobcowanych z teraźniejszości mnichów zażywa cichej samotności pomiędzy kwitnącymi - niedostępnymi dla świata ogrodami. A dzieci nasze wdychają w tym czasie spaliny. To tylko w Krakowie nie rozprawiono się ze średniowiecznymi nawykami. W ogrodzie oo. misjonarzy miał powstać ogród zabaw dla dzieci z piaskownicą, zjeżdżalnią, innymi symbolami wesołej młodości. Ogród oo. reformatów - po zburzeniu "bezsensownego muru" - miał stać się parkingiem dla milicji, co miało w dwójnasób zwiększyć jej operatywność. Ogród ss. wizytek miał stać się parkiem, w kontekście tego, czego wymagała od projektantów współczesność. A więc trzepaki, parkingi, plac zabaw.
   Ogrody ocalały. Dzięki komu? Mam list od gwardiana reformatów z podziękowaniem.
   Kramy dominikańskie musiały być zburzone jak najszybciej. Ojcowie dominikanie panoszą się bowiem w samym Śródmieściu. Jeśli zapadła decyzja o przekształceniu ul. Stolarskiej w Aleje Ambasad, to na pewno bez kramów i to stolarskich. Ma tam znaleźć się nowoczesny parking z obsługą. Rozpisano konkurs, ktoś go wygrał. Jednym strzałem w dziesiątkę załatwiono trzy sprawy: a) odbierano mnichom ziemię, b) burzono ohydne pozostałości "niegodnych czasów", c) dawano ambasadom obcych państw tak niezbędny element funkcjonowania, jak wygodne i obszerne parkingi.
   Wierzcie mi, Państwo, zaniechanie tej sprawy wymagało karkołomnych i to warszawskich zabiegów. Czy jest dziś ktoś, kto potrafi wyobrazić sobie ul. Stolarską bez kramów i ich podcieni? (Decyzja zapadła tydzień przed rozpoczęciem burzenia).
   Pracownia Konserwatorska Politechniki Krakowskiej otrzymała zlecenie na wykonanie inwentaryzacji i projektu postumentów figur, na których ustawione były zniszczone posągi świętych apostołów przed kościołem św.św. Piotra i Pawła. Jak okazało się, te postumenty nie były kwadratowe. W przemyślny sposób potrafiły oszukać wzrok, ukazując ażury pomiędzy masywami kamienia. W trakcie wykonywania projektu dowiedzieliśmy się od konserwatora, że prace można przerwać. Zapadła bowiem decyzja, że zniszczone posągi nie będą dalej szpeciły architektury kościelnej, zasłaniając jej fasadę (autentyczne!).
   O tej sprawie można by książkę napisać. Znalazłyby się w niej argumenty i takie: "Święci do kościoła, prawnicy do sądu, studenci do nauki". Widzimy jednak, że dawny porządek rzeczy w przestrzennym ukształtowaniu wielkiej bryły kościoła św.św. Piotra i Pawła i bardziej kameralnego otoczenia zespołu ss. Klarysek został zachowany. "Po drodze" niejako było wiele wykładów, rysunków, artykułów prasowych. Ci, którzy chcieli ustawić świętych "w poprzek" lub wzdłuż bocznej fasady, nieprzekonani ustąpili jeszcze przed powstaniem "Solidarności".
   W Cichym Kąciku, tu, gdzie stoi do dziś zmodernizowana "Karczma Polska", miał stanąć równie nowoczesny, co wielki i wysoki hotel według projektu i dla potrzeb nieznanej mi bliżej jugosłowiańskiej firmy. Dokumentacja uzyskała wszelkie niezbędne zatwierdzenia. Zaczynano grodzić plac budowy. Wtedy jednak protest społeczny miał swój ciężar gatunkowy. Tysiące podpisów na listach sprzeciwu. Prof. Estreicher już nie żył. Znalazłem poparcie w osobie śp. prof. Poczobutta Odlanickiego. O co chodziło i nadal chodzi w tej sprawie? Kraków jest jednym z nielicznych miast świata, które dotychczas posiadają to coś, co można nazwać "korytarzem naturalnej wentylacji". Od Sowińca, przez Małe i Duże Błonia wiatr może wdmuchiwać czyste powietrze aż do Alei Trzech Wieszczów. Jugosłowiańskiego hotelu nie wybudowano. Wcale to nie oznacza, że nie powstanie tu inny korkujący budynek (zebrano wtedy kilkanaście tysięcy podpisów przeciwników tej budowy).
   Nie zawsze jednak to osobliwe chronienie Krakowa udawało się. Przypominam sobie pewien nocny telefon od prof. Estreichera: - Słuchaj! Mój wywiad doniósł, że mają burzyć Drukarnię Anczyca, tę obok filharmonii. - Niemożliwe! - Dziś wszystko jest możliwe. Załatw audiencję u prezydenta Skolickiego.
   Już następnego dnia prezydent Krakowa przyjął nas. Prof. Karol z wielką emocją zaczął referować sprawę. - Panie prezesie! (słowo prezydent było wyklęte). Tam był kiedyś klasztor z narożną kaplicą. Tam są krypty i groby. A ponadto, wiem z opowiadań ojca, tam spotykali się: Wyspiański, Mehoffer, wszyscy "Młodopolanie". Tam są zgromadzone klisze pierwodruków afiszy, ulotek i programów. Sam widziałem plakat "Wesela" i jakieś rękopisy Rydla.
   Prezydent Skolicki uspokajał profesora, że to jakieś plotki. Wtedy prof. Karol na swój sposób zamanifestował radość. Z nagła pocałował prezydenta w rękę. Ten skwitował to powiedzeniem: - Zmusi mnie pan do tego, że nie będę mógł umyć tej ręki.
   Kilka dni po tej wizycie drukarnię błyskawicznie zburzono. Nie posądzam, że stało się to na skutek naszej wizyty czy osobistej decyzji prezydenta, który wtedy zachorował. Wyrok zapadł wcześniej i zapewne wyżej. Stało się.
   Dziś stoi tam hotel. Ładny czy brzydki? Nie wiem. O tym zadecydowały zespoły "bardziej biegłych". Mam wszakże prawo zapytać: A gdyby tak do naszych czasów dotrwała Drukarnia Anczyca? Czyż nie byłby to zabytek nieprzeciętny? Muzeum drukarstwa polskiego z autentycznymi sprzętami i zbiorami czcionek i starodruków. Mam świadomość, że takie rozumowanie nie wzbudzi u wielu ludzi entuzjazmu. Prezentuję tu jedynie swój osąd sprawy.
   Wchodząc do tej sali spotkałem wielu ludzi proszących o wyjaśnienie spraw związanych z Rynkiem krakowskim. Odpowiem tak: odkąd moja uczelnia utraciła status głównego projektanta Rynku, wycofałem się z procesu "modernizacji płyty". Mam świadomość, że inny kompozytor pisze wariacje na temat mego dzieła. Kiedyś pytany przez dziennikarza odpowiedziałem: - Dlaczego Gounod miałby obrazić się na Wieniawskiego za to, że ten napisał wariacje na temat jego opery Faust.
   Młodsi przejęli pokoleniową sztafetę i jako swym wychowankom życzę im powodzenia. Mam jednak prawo do niepokoju i troski o wyjaśnienie pewnych spraw związanych z placem, który wciąż jest fenomenem pośród miast całego świata. Nawierzchnia Rynku to tylko naskórek. Fenomen tkwi w "trzewiach Rynku". Warstwa nietknięta przez człowieka, którą archeolodzy nazywają calcem, znajduje się w niektórych partiach placu na głębokości 5,70 m. Istnieje w archeologii wyspecjalizowana dziedzina nazwana stratygrafią. Schlimann nie doceniał jej. Znalezisko archeologiczne ze złota czy przegniłego drewna nabiera wartości, gdy można określić jego położenie stratygraficzne.
   O tym wiedzą wszyscy, ale czy wszyscy wiedzą, że w niektórych partiach Rynku nawarstwia się dziewięć bruków, w tym dwie warstwy bruków przedlokacyjnych. Profil archeologiczny Rynku krakowskiego przypomina wyrób cukierniczy. Warstwy zwęglone to czas klęsk, najazdów, pożarów. Jasne warstwy okrzesków kamiennych i wiór, które mają dziwną moc trwania, to czas pokoju i odbudowy. Pisane kroniki bywają fałszowane i stronnicze. Stratygrafia głosi prawdę nawet wówczas, gdy bruki przedlokacyjne odnaleziono pomiędzy XIV-wiecznymi kryptami kościoła Mariackiego.
   Właśnie tu udało się ustalić coś, co można nazwać kodem stratygraficznym Rynku krakowskiego. Znakomity badacz architektury polskiej Władysław Łuszczkiewicz nie znał tego kodu. Nie przypuszczał nawet, że 30 cm głębiej niż dno jego wykopu tkwi przy ścianie zachodniej kościoła św. Wojciecha kwadratowa wieża i pozostałości świątyni starszej od kościoła romańskiego, który ustawiony został na resztkach budowli drewnianej. To odkryta baza romańska w jednej z krypt mariackich i pozostałości nieznanego, ale brukowanego placu doprowadziły do odkrycia najstarszych Sukiennic, których nadziemne (sic!) resztki wplecione są w fundamenty Sukiennic kazimierzowskich. To wtedy ustalono datowanie i położenie Kramów Bogatych i ratusza.
   Czy w takim ujęciu problemu nie zdziwiłby Państwa projekt palowania Rynku albo świadome zniszczenie bruków renesansowych? Na miły Bóg! Po co pod płytę wsypano tyle gruzu? Pytam konstruktorów, instalatorów, drogowców. Po co do zabytkowej tkanki Rynku wprowadzono te obce przeszczepy nazywane niekiedy izolacją. Izolacją przeciwko czemu?
   Błąd sztuki rozpoczął się wtedy, kiedy - bez żadnych badań i uzasadnień - podniesiono jezdnię i chodniki Rynku - w niektórych częściach - o ponad 30 cm. Od tej chwili najważniejszym problemem tego placu stało się odwodnienie. Nie chcę być złym prorokiem, ale przewiduję pojawienie się w niektórych piwnicach i zachowanych przedprożach wody. Nie potrafię odpowiedzieć, czy wydarzyło się to wszystko za wiedzą konserwatora, czy wbrew jego zakazom.
   
   Tekst powstał na kanwie wykładu, jaki prof. Wiktor Zin wygłosił w Kawiarni Naukowej Polskiej Akademii Umiejętności i "Dziennika Polskiego" 25 października.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie