Owoce rosyjskiego embarga gorzko smakują rolnikom

Włodzimierz Knap
Sprzedaż polskich jabłek nie do Rosji, a np. do Indii czy Chin jest możliwa, ale dopiero za kilka lat
Sprzedaż polskich jabłek nie do Rosji, a np. do Indii czy Chin jest możliwa, ale dopiero za kilka lat FOT. WOJCIECH WOJTKIELEWICZ
Gospodarka. Małopolscy producenci narzekają na skutki zakazu importu, jaki Rosja nałożyła m.in. na ich jabłka. Właściciele firm przemysłowych lepiej radzą sobie na tym rynku, chociaż daje im się we znaki wysoki kurs rubla.

Eksperci narzekają, że sankcje nakładane przez świat zachodni na Rosję są niewystarczające, by ekipa prezydenta Władi­mi­ra Putina zdecydowała się odejść od zaborczej polityki.

Z drugiej strony polscy rolnicy oraz producenci mięsa narzekają na skutki wprowadzonego w odwecie przez Rosję embarga na sprzedaż do tego kraju owoców, warzyw, mięsa i jego przetworów.

Do narzekających należy Stanisław Ze­lek, prezes Grupy Producentów Owoców ZELSAD z Tęgoborza i Bia­łejwody w Małopolsce: – Sytuacja już dziś jest trudna, a może być tragiczna.

I trudno mu się dziwić, bo dotychczas aż 90 proc. jabłek produkowanych przez ZELSAD trafiało na stoły Rosjan. Obecnie zalegają w chłodniach, bo od 1 sierpnia 2014 r. Kreml mówi naszym jabłkom „nie”.

Prezes Zelek stara się znaleźć alternatywne rozwiązania, lecz nie jest o nie łatwo. Główna przeszkoda to cena owoców. – Przed chwilą wysłałem dwa tiry z jabłkami do Bośni, ale co z tego, skoro za kilogram dostajemy 50 groszy, czyli prawie dwa razy mniej, niż wynosi koszt ich wyprodukowania – tłumaczy.

ZELSAD szuka rynków zbytu też w innych krajach, m.in. w Czechach, na Słowacji i Węgrzech.

– Ale wszędzie chcą dać najwyżej 50 groszy za kilogram – mówi prezes Zelek. – A na rynki zachodnie z naszymi jabłkami nie mamy dużych szans się dostać.

Embargo odczuła także Krystyna Guzik z Igołomi, choć z Rosją nie handluje. – Sprzedaję kalafiory i kapustę pekińską – do Czech, ale jest coraz gorzej – twierdzi. Dlaczego? Bo o czeski rynek zabiegają też firmy z innych krajów, które nie mogą sprzedawać swoich produktów do Rosji.

Krystyna Guzik narzeka, że ceny spadły na łeb, na szyję, bo za kilogram kapusty nie tak dawno mogła dostać 1–1,2 zł. A teraz nasi południowi sąsiedzi oferują jej połowę tej kwoty.

Kłopoty gospodarcze i finansowe Rosji odczuwają też firmy przemysłowe, ale zdecydowanie mniej niż rolnicy. – Główną przyczyną jest niezwykle wysoki kurs rubla wobec dolara i euro. On ogranicza możliwości nabywcze Rosjan – podkreśla Jerzy Gas, prezes firmy SAG, producenta lin gumowo-stalowych, członek Izby Przemysłowo–Handlowej w Krakowie.

Przemysł zaradny, rolnicy bezradni

Rosyjskie embargo uderzyło zwłaszcza w polskich rolników skoncentrowanych na produkcji, która ma trafić w smak Rosjan.

Prezydium Izby Przemysłowo-Handlowej w Krakowie wystosowało do swych członków ankietę, w której postawiło pytanie: „Czy macie kłopoty na rynku rosyjskim?”. – Choć minęło już trochę czasu, to od żadnej firmy nie dostaliśmy odpowiedzi – mówi Wacław Andruszko, dyrektor Izby. – Uznaliśmy zatem, że nie jest źle.

Gigant ma plan
Na rosyjskim rynku działa Fak­ro, nowosądecka firma, światowy gigant w produkcji okien dachowych. – Sprzedajemy do Rosji bez przeszkód, a marka Fakro jest jedną z najbardziej znanych i najlepiej postrzeganych w branży budowlanej w tym kraju – zapewnia Anna Korczyk z Fakro.

Firma z rosyjskim embargiem musiała sobie poradzić już kilkanaście lat wcześniej, kiedy Moskwa nałożyła 20-proc. cła na okna dachowe eksportowane z Polski do Rosji. – Aby nie zostać wykluczonym z rynku rosyjskiego, uruchomiliśmy montownię na Ukrainie, ponieważ cło na te same produkty z Ukrainy do Rosji jest zerowe – tak Anna Korczyk wyjaśnia zaradność właściciela Ryszarda Florka.

Dzisiaj dwie trzecie produktów Fakro na rynek rosyjski trafia z fabryki na Ukrainie. Pozostała część sprzedawana jest Rosjanom z zakładów produkujących w Polsce. Firma ma też już plany na wypadek, gdyby Moskwa wprowadziła cła na towary produkowane na Ukrainie. – Wtedy przeniesiemy część produkcji do Rosji – twierdzi Anna Korczyk.

Największym odbiorcą okien dachowych Fakro jest rynek niemiecki i francuski. Ale rynki wschodnie są bardziej perspektywiczne. Stąd też szanse rozwoju polskich firm na Wschodzie są znacznie większe niż na Zachodzie. Tam też polskie produkty są znacznie lepiej postrzegane i wyżej cenione niż np. w Danii, Francji czy w Niemczech.

Na rynku rosyjskim swoje liny stalowo-gumowe sprzedaje firma SAG. – Mówi się, że dobry produkt sam się obroni, lecz nie do końca tak jest – zauważa Jerzy Gas, prezes SAG.

Mimo że jej produkty są jednymi z najlepszych na świecie, firma ma kłopoty ze sprzedażą z powodu niezwykle wysokiego kursu dolara i euro wobec rubla, a w tych walutach SAG prowadzi rozliczenia z Rosjanami. – W takiej sytuacji, rzecz jasna, zdolności zakupowe naszych partnerów rosyjskich są coraz bardziej ograniczone – stwierdza Jerzy Gas.

Kłopotom na rynku rosyjskim SAG stara się zapobiec poprzez zwiększenie eksportu do innych krajów, m.in. Kazachstanu, Białorusi, a nawet leżących na drugiej półkuli. Prezes GAS zwraca jednak uwagę, że nie jest łatwo znaleźć szybko odbiorcę na specjalistyczny sprzęt. Trwa to miesiącami, a nawet latami.

Skazani na Rosję?
Stanisław Zelek, prezes grupy ZELSAD, producenta jabłek z Sądecczyzny, zwraca uwagę, że polscy rolnicy są obłożeni podwójnym rosyjskim embargiem. Jedno jest wymierzone w całą Unię Europejską, a drugie tylko w nas. – Może stać się tak, że Rosja zdejmie zakaz na unijne jabłka, lecz pozostawi na polskie – martwi się prezes Zelek.

Krytykuje polskich polityków, którzy stoją po stronie Ukrainy w jej konflikcie z Rosją. – Powinni przewidzieć skutki. Te najmocniej uderzyły w rolników nastawionych na eksport produktów do Rosji – mówi. A rekompensaty, jakie dostali, są „kroplą w morzu strat”.

Stanisław Zelek przekonuje, że rolnicy spod Nowego Sącza produkują takie odmiany jabłek, które smakują Rosjanom. – Zachód lubi inne gatunki, a ponadto tamtejsze nacje kupują swoje towary – tłumaczy.

Sprzedaż polskich jabłek np. do Indii, Afryki czy Chin jest możliwa, lecz taki scenariusz może zrealizować się najwcześniej za kilka lat, m.in. z powodów trudnych do pokonania przepisów fitosanitarnych. – A ja dziś mam pełne magazyny, kredyty do spłacenia, ogromne koszty działalności bieżącej – załamuje ręce Stanisław Zelek.

wlodzimierz.knap@dziennik.krakow.pl

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Polak realista

siedzcie ćwoki w domach i narzekajcie , aż zabiora wam gospodarstwa za długi !!!!! przecież o to chodzi , niemcy na to czekaja .... zablokujcie vały Kraj , niech ten "nierzad" weżmioe sie do roboty i was wspomoze b, ma ta banda służby dyplomatyczne , konsulów w ambqasadach , niech sie te lenie antypolskie wezma za robotę , a minister niech nie szczeka tylko ...do roboty!!!!

Dodaj ogłoszenie