Pani Janeczka w zonie

Redakcja
Droga na Sybir jest dla nas łaskawa. Czyste stoliki, smaczne i niedrogie jedzenie. Kultura - wydaje się - wzrasta wraz z kilometrami dzielącymi nas od centrum Europy. -Chyba masz źle w głowie - taka była powszechna reakcja na pomysł pani Janeczki. - TAM! W twoim wieku! Teraz!...

KRYSTYNA KURCZAB-REDLICH

KRYSTYNA KURCZAB-REDLICH

Droga na Sybir jest dla nas łaskawa. Czyste stoliki, smaczne i niedrogie jedzenie. Kultura - wydaje się - wzrasta wraz z kilometrami dzielącymi nas od centrum Europy.

-Chyba masz źle w głowie - taka była powszechna reakcja na pomysł pani Janeczki. - TAM! W twoim wieku! Teraz!...
   Eskapada przeszło osiemdziesięcioletniej damy daleko w głąb Rosji, obecnie, gdy dobiegają z tej Rosji odgłosy krew mrożących w żyłach historii, jawiła się przedsięwzięciem niemal samobójczym. Pani Janeczka postanowiła jednak ruszyć śladami rodziców

na Syberię

i wobec sprzeciwów była głucha. I ja też, kiedy zaproponowano mi zorganizowanie tej wyprawy, bo i tak siedzę w Moskwie - wykazałam pewną tępotę słuchu. Nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać, bo pani Janeczka znała jedynie nazwę rzeki, nad którą jej rodziców zesłano: Sośwa. Na dokładnej mapie Uralu znajduję poskręcaną niebieską nitkę gdzieś między tasiemkami Kamy i Obu. I co dalej?
   Dalej pani Janeczka przystępuje do akcji. Ponieważ rodziców wywieziono ze Lwowa, pisze do tamtejszego urzędu miejskiego prośbę o pomoc w odszukaniu dokładnego miejsca wywózki.
   Archiwa lwowskie uległy zniszczeniu w czasie działań wojennych, w związku z czym nasz urząd w niczym pani pomóc nie może, o czym niniejszym zawiadamia. A**więc - akcji część następna: telefon do mnie pod hasłem "rusz głową!". Ruszyłam, zawracając głowę innym. Uprzejmy konsul Żórawski w ambasadzie polskiej w Moskwie stwierdza po prostu, że pomoc Polakom w poszukiwaniu śladów ich rodzin na terenie byłego ZSRR należy do jego obowiązków, natychmiast formułuje odpowiednie pismo i kieruje pod odpowiednim adresem. Po czym każe cierpliwie czekać.
   Rzeka Sośwa odpływa w nicość. Na razie.
   Cztery miesiące później Ministerstwo Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej, zapewniając o swoim szacunku dla Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej, w odpowiedzi na notę... z dnia... ma zaszczyt przekazać, iż w Archiwum Państwowym województwa swierdłowskiego znajduje się wiadomość o tym, że Władysław L. wraz z żoną Eleonorą (60 lat) latem 1940 zostali przesiedleni z miasta Lwowa do osady Gładkowka w powiecie sierowskim województwa swierdłowskiego. 28 sierpnia 1942 zdjęci z ewidencji specjalnej... Osada Gładkowka już nie istnieje. Nazwiska komendanta osady nie odnotowano.
   Daremnie na starych mapach szukam niejakiej Gładkowki. Miasto Sierow, owszem, skromnie tkwi gdzieś mniej więcej w połowie pasma Uralu, po tamtej jego stronie, gdzie zaczyna się Wielka Wyżyna Syberyjska.
   Panią telefonistkę z międzymiastowej proszę o połączenie z informacją miasta Sierowa, panią z informacji w Sierowie proszę o telefon naczelnika administracji powiatowej, panią sekretarkę naczelnika proszę o nazwisko jej szefa. Szef nazywa się Strachow, na imię ma Władysław... Rzadkie w Rosji imię...
   - Trzebaż trafu - myślę. - Ojciec pani Janeczki też miał na imię Władysław... Wysyłam więc faksem do naczelnika Strachowa najbardziej uprzejmą prośbę o informację, jak się dostać w okolice byłej Gładkowki, gdzie można się tam zatrzymać i z kim - ze starszyzny miejscowej - rozmawiać. Przesyłam także pismo rosyjskiego MSZ do naszej ambasady, a do swego podpisu dołączam numer mojej dziennikarskiej akredytacji.
   I zasypiam spokojnie, snując plany urlopowe dalekie od Syberii, przekonana, że moja petycja trafi do kosza na śmieci w Sierowie.
   Nic z tego! W jakiś tydzień później mój faks wypluwa informację, iż osada Gładkowka istniała do 1965 roku, a obecnie najbliższe tego miejsca skupiska ludności to punkty Sośwa i Koszaj.
   By tam dojechać, trzeba najpierw przybyć do miasta Sierow. Ostatni punkt pisma zawiera prośbę o podanie daty naszego przybycia, jak również numeru wagonu, gdyż zostanie po nas wysłany samochód, który odwiezie nas także do miejscowości Koszaj...
   Cóż,

los nie żartuje.

   Władysław z tego świata jednak potraktował poważnie sprawę Władysława dawno już zwiedzającego Świat Tamten... Wsiadamy więc z panią Janeczką do pociągu. Nalegałam na I klasę (SW - salon-wagon), aczkolwiek ona gotowa była jechać w dużo gorszych warunkach, myśląc o koszmarze wagonu bydlęcego, do jakiego wepchnięto jej rodziców...
   Załóżmy więc, że wykupuję plac-kartę, czyli III klasę... Wagon bez przedziałów, przewidziany dla pięćdziesięciu czterech osób. W dzień, opierając się o zwinięte szare materace i szare prześcieradła, na których w nocy śpią, osoby te przeznaczony im czas wiodą w bezlitosnej wspólnocie cienkich i ochrypłych głosów, smrodu czosnku, piwa, suszonej ryby i lipcowego potu, przy oknach na głucho zabitych gwoździami. Pachy się wietrzą w wycięciach podkoszulków, stopy oddychają obok skarpetek, otwarte torby dają wydyszeć się zapasom. Otwarto drzwi do korytarzyka prowadzącego ku następnym wagonom. Podmuchy powietrza stamtąd imitują klimatyzację.
   I na co by się zdała pani ofiara, pani Janeczko? Ci ludzie się śmieją, podśpiewują, dziewczyna pod oknem całuje się z chłopcem. Nawet jeżeli przyszłoby im stać całą drogę, staliby przecież dobrowolnie, skazani niedostatkiem swych portfeli, a nie przekleństwem historii i nahajką jednego czyszpicrutą innego żołnierza.
   Oni wysiądą tylko zmęczeni, a nie okaleczeni poniżeniem, bólem i strachem. Wolni.
   Lubię podróże pociągiem, jednak trzydzieści trzy stacje po drodze, a więc toalety zamknięte 33 razy na długo przed stacją i na długo po niej, a także podczas przejazdu przez zony sanitarne, których znaczenia nie umie wytłumaczyć nikt - to już prowokacja godna petycji do jakiegoś komitetu obrony praw człowieka... Chociaż pociągi bez toalet na trzy- i czterogodzinnych trasach to w Rosji normalka. Bo ciągle jeszcze jednostka zerem, jednostka niczym, a uświadomić to można jednostce i przy pomocy zmaltretowanego pęcherza moczowego.
   Nazwy stacji mają intonację znaną: Gorkij, Kirow, mniej znaną: Baguł, Kojwa, Biger, Kuszwa, Ljalja, i nijaką: na przykład Rzd. 185 km. Utajnioną nazwę etapu zesłańców; punkt rozdzielczy wysyłanych dalej ludzi, z liczbą kilometrów jak szyfrem?
   Na ścianie korytarza
ostrzeżenie: Towarzysze, w transporcie kolejowym zdarzają się jeszcze, niestety, wypadki kradzieży osobistego majątku pasażerów. Prosimy więc o przedsięwzięcie środków ochrony waszych rzeczy... Przejawiajcie czujność. Karny Wydział Śledczy.
   Idziemy do wagonu restauracyjnego. Znam starszej pani miłość do przygód, wolałabym jednak ją ustrzec od pijackiego chamstwa klientów, trzeźwego chamstwa kelnerów i drożyzny tłustych dań wagon-restoranu znanego mi z trasy Moskwa - Warszawa.
   Droga na Sybir jest dla nas łaskawa: czyste stoliki, uprzejma obsługa, smaczne i niedrogie jedzenie, wokół - pijący, a nie pijani, mimo koniaku, szampana i mocnego piwa marki Bavaria w sprzedaży detalicznej. Kultura - wydaje się - wzrasta wraz z kilometrami dzielącymi nas od centrum Europy.
   Przedział pierwszej klasy to minipokoik z miejscami do spania jak otomany, kubkami bez wyszczerbień, ręcznikami, dywanikami i girlandami plastikowych kwiatów w korytarzu.
   W czyściutkiej toalecie umywalka jak głęboki talerz, a nad nią urządzenie dające wodę, gdy mocno cisnąć od dołu, co pozwala na krótkie umycie jednej ręki, tej wolnej od działań technicznych.
   Po 35 godzinach jazdy

zbliżamy się do celu.

   Godz. 5.49 rano. Po dywaniku korytarza sunie przystojny facet w średnim wieku z bukietem gladioli, a obok niego niewysoki, sympatyczny jegomość w berecie, z rzędem baretek na marynarce. Oto sam naczelnik Władysław Strachow, a oto senior miejscowej żurnalistyki, redaktor "Sierowskiego Robotnika" (jednej z dwóch ukazujących się tam gazet) Samuel Wiernikow.
   Oniemiałe z wrażenia (spodziewałyśmy się najwyżej kierowcy) wsiadamy do czarnej wołgi, jedziemy do hotelu. Gdy w recepcji wypełniam po dwa duże blankiety (kto, skąd, data urodzenia, numer paszportu, przez kogo wydany, cel przyjazdu - jeśli delegacja, to podać numer dokumentu), pani Janeczka odpowiada na szczegółowe pytania pana Samuela: imiona i nazwisko rodziców, daty ich przebywania w Gładkowce, skąd przyjechali, dokąd się udali... Więc to tak! - wściekam się, bezradnie przysłuchując jej wyczerpującym odpowiedziom.
   Plan naszego pobytu w formie pisemnej to majstersztyk roboty organizacyjnej: zadania postawiono, odpowiedzialnych wymieniono po nazwisku. Tak tedy towarzyszyć nam mają: Wiernikow i Szieliepanowa, przemiła zresztą Lena, tytularny architekt powiatu. No, więc co to jest? Gościnność na zamówienie? Życzliwość według planu? Polecenie nadzoru? A może, po prostu - niespotykana i nieoczekiwana troska o starszą panią i jej towarzyszkę?
   Dokończenie jutro w "Pejzażu Polskim"

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie