Pieczątka na mrówki

Redakcja
1 września akcyza na przetwory spirytusowe w Polsce znów wzrosła o 4 procent, co odbiło się na ich cenach. Dlatego pół litra czystej na Białorusi kosztuje jedną czwartą ceny, którą płacimy w Polsce. O 10 procent tańsza niż u nas jest wódka na Litwie, gdzie nie tak dawno rząd się połapał, że zabrnął z akcyzą w ślepy zaułek i obniżył ją aż o 40 procent! W zeszłym tygodniu w Gołdapi wszystkie gazety codzienne znikły z kiosków. Podobnie było w Ogrodnikach, Bartoszycach i Braniewie. Naprzeciw kościoła w Puńsku nawet miejscowi menele, zamiast piwa, kupili lokalny dziennik.

ADAM MOLENDA

ADAM MOLENDA

1 września akcyza na przetwory spirytusowe w Polsce znów wzrosła o 4 procent, co odbiło się na ich cenach. Dlatego pół litra czystej na Białorusi kosztuje jedną czwartą ceny, którą płacimy w Polsce. O 10 procent tańsza niż u nas jest wódka na Litwie, gdzie nie tak dawno rząd się połapał, że zabrnął z akcyzą w ślepy zaułek i obniżył ją aż o 40 procent!

W zeszłym tygodniu w Gołdapi wszystkie gazety codzienne znikły z kiosków. Podobnie było w Ogrodnikach, Bartoszycach i Braniewie. Naprzeciw kościoła w Puńsku nawet miejscowi menele, zamiast piwa, kupili lokalny dziennik.
 - I co, będzie wolno, czy nie będzie? - pytał jeden drugiego, zaglądając przez ramię. - Bo chyba marsz na Warszawę urządzimy.
 Zbigniew Bujak to kolejny prezes Głównego Urzędu Ceł, który za metodę na spektakularny sukces uznał atak na "mrówki". Przed paroma dniami ogłosił projekt rozporządzenia, według którego prawo do przywozu alkoholu będą mieli tylko ci, którzy za granicą przebywali dłużej niż 24 godziny. Pobyt przy tym będzie musiał mieć charakter: zawodowy, naukowy, turystyczny, religijny, wypoczynkowy, rodzinny, zdrowotny lub sportowy.
 - Niechże warszawscy decydenci zajmą się poważnymi sprawami - nie kryje irytacji Marek Miros, burmistrz Gołdapi. - Granica jest największym pracodawcą dla jednej trzeciej polskich rodzin, żyjących w sąsiedztwie z Obwodem Kaliningradzkim, Litwą i Białorusią. Ludzie chcą jeść i próbują zarobić choćby nielegalnie, więc niech państwo da im spokój, skoro nie proponuje żadnych, zgodnych z prawem, możliwości zdobycia środków do życia.
 Rosyjska enklawa oferuje ceny niższe niż w Polsce na większość towarów. Przede wszystkim jednak warto w rejonie Kaliningradu zatankować paliwo oraz kupić wódkę i papierosy. Stąd codzienne kawalkady samochodów na przejściach i pełne pociągi Polaków, po których na pierwszy rzut oka poznać, że nie jadą ani na plażę, ani szpiegować statki wojenne.
 - Przeżyliśmy Paczochę, przeżyjemy i Bujaka - śmieje się Jarosław, tłukąc pięścią w dach swojej zdezelowanej łady. - W aucie się prześpię choćby dobę, na głowę przecież nie kapie. Nakupię towaru i tak wyjdę na swoje. Czasu mam dosyć.
 Tak zwane _"mrówki", _jako zjawisko gospodarczo - socjologiczne, pojawiły się w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych najpierw na naszej południowej granicy. Transformacja ustrojowa zarówno w Polsce, jak Czechach przewróciła wszystko do góry nogami. My wychodziliśmy już wtedy z apogeum terapii szokowej, południowi sąsiedzi natomiast powoli smakowali swoją aksamitną rewolucję, utrzymującą socjalistyczne realia

z dotacjami

do towarów włącznie.
 Na pograniczu niecierpliwie oczekiwano otwarcia rubieży według dobrej praktyki sprzed stanu wojennego. Za Gierka jeździło się przecież do Czechosłowacji na dowody osobiste. Rodacy kupowali tenisówki jarmirki, _cukierki _lentilki _i mnóstwo jeszcze innych rzeczy, znacznie tańszych niż u nas. Wódkę przez granicę wożono, ale... do Czech, tamtejszą uważając za kiepską smakowo oraz wyjątkowo kacogenną. Różnica cen była na tyle niewielka, że nie miała wpływu na wybór gorszego trunku. Dzisiaj nie tylko _praska _czy _jemna jest o połowę tańsza w Czechach niż polska "czysta". W Czeskim Cieszynie czy Ostrawie kupić można litrową butelkę adlera _ze Śląskiej Wytwórni Wódek Gatunkowych _Imperium Orła _w Bielsku - Białej za 254 korony, czyli za około 40 procent taniej niż zapłacimy w Polsce.
 Vaclav Klaus, premier czeskiego rządu, na początku mijającej dekady, jeszcze dwa lata po upadku komunizmu, trzymał granicę zamkniętą dla braci Lachów, obawiając się nadwiślańskiej siły nabywczej. I to na przekór postulatom _Solidarności Polsko - Czesko - Słowackiej.

 Okazało się, że poniekąd miał rację. Kiedy wreszcie zlikwidowano obowiązek posiadania zaproszeń, przygraniczne miejscowości, położone po południowej stronie Karpat, przeżyły szok. Alkohol i wiele środków spożywczych w kilka dni zniknęło z tamtejszych półek. Podług kanonów starej mentalności, Polaków uznano za "stonkę" i wyklinano na wszelkie sposoby. W imieniu czeskich konsumentów naturalnie, bowiem tamtejsi handlowcy błyskawicznie przystosowali się do nowej sytuacji, sprowadzając większe ilości "chodliwych" towarów i zakładając nowe sklepy. W takich Marklowicach Górnych na przykład, położonych naprzeciw Jastrzębia Zdroju, przez czterdzieści pięć powojennych lat stał tylko szlaban. Po jego otwarciu, po czeskiej stronie w ciągu kilku miesięcy wyrosło prawdziwe miasteczko handlowe, niezbyt co prawda estetyczne, bo złożone z bud, baraków, przyczep kempingowych i namiotów, ale za to oferujące w pełnym asortymencie,

czego Polak zapragnie.

 Pragnął najczęściej wódki i piwa, które kupował tuż za linią rubieży, przy czym wizyta nie musiała trwać dłużej niż kwadrans.
 Wielką popularnością zaczął cieszyć się przedzielony graniczną Olzą Cieszyn, a to ze wględu na dobry dojazd środkami publicznej lokomocji oraz uciechy rozrywkowo - knajpiane w swojej czeskiej części.
 To właśnie wówczas pojawiły się "mrówki", czyli ludzie, którzy kilkakroć w ciągu dnia przekraczają granicę, by kupić używki, a następnie sprzedać je z zyskiem w Polsce, korzystając z astronomicznej różnicy cen. Istnienie "mrówek" uzależnione jest od czynników... urbanistycznych. Największa ich ilość pracuje tam, gdzie granicę przechodzi się na piechotę, bo wówczas proceder odbywa się praktycznie bez kosztów.
 Żeby być w zgodzie z prawdą historyczną powiedzmy, że Czesi i Słowacy też mają swoje "mravenci", tyle że od początku noszą one zupełnie inne towary. Nie przypadkiem w dni targowe wchodzi do Cieszyna 70 albo i 100 tysięcy Czechów i Słowaków. Nie przypadkiem takie powodzenie stało się udziałem straganów w Nowym Targu. Południowi sąsiedzi nasycili pół Europy Środkowowschodniej polskimi drzwiami harmonijkowymi, środkami czystości, dżinsem i skórą, kryształami oraz elektronarzędziami. Powodzenie cieszyńskich i nowotarskich bazarów jakby ostatnio nieco osłabło, co ma swoją przyczynę w wyrównywaniu się cen towarów przemysłowych.
 Za to czeskie i słowackie piwo oraz wódka przez całą dekadę, jak zaczarowane, są o pięćdziesiąt procent tańsze niż polskie trunki.
 - Z tego głównie żyjemy - mówi jedna ze sprzedawczyń dużej hurtowni spożywczej w Kocobędzu na Zaolziu, wsi położonej naprzeciw tranzytowego przejścia granicznego w Boguszowicach. Podjeżdżające tu nieustannie samochody osobowe i autokary mają wyłącznie polskie numery rejestracyjne. Oprócz wódek i piwa są tutaj do kupienia tylko soki owocowe (do przepicia po czystej) oraz orzeszki pistacjowe (dobre do piwa). No, i jeszcze czekolada, żeby nie było, żeśmy dzieciom nic nie kupili. Klientami nie są bynajmniej "mrówki", to samochodziarze robią

rodzinne zakupy.

 Standard to litr wódki i pięć litrów piwa na osobę, dziesięciokilogramowa paczka z cukrem, też ostatnio tańszym o jedną trzecią niż w Polsce. Poza tym kupuje się słodycze, niektóre mięsne wyroby i owoce, ale już w supermarkecie bliżej granicy. Różnica cen pokryje koszt paliwa, "zielonej karty", a jeśli jeszcze zjemy obiad, to parę złotych zostanie w kieszeni, w stosunku do wydatków, które ponosimy w Polsce.
 Vit Slovacek, wicestarosta Czeskiego Cieszyna, o zamiarach prezesa polskiego GUC dowiedział się ode mnie. Wolał projektu nie komentować.
 - Wypowiemy się oficjalnie, kiedy zarządzenie wejdzie w życie - stwierdził.
 Bogdan Ficek, burmistrz polskiej części Cieszyna, też był zaskoczony:
 - Chyba nie będziemy ogłaszali formalnych protestów. Musimy najpierw dokonać analizy sytuacji pod kątem skutków, jakie nowe rozporządzenie GUC może wywołać dla naszego miasta.
 Po polskiej stronie większych problemów nie będzie, ale znaczna część czeskich i słowackich sklepów spożywczych może zbankrutować.
 - Ja tylko mam nadzieję, że pomysł okaże się niewykonalny, tak jak nie wypaliły te wasze deklaracje celne - mówi jeden ze sklepikarzy w Skalitem na Słowacji, gdzie robią zakupy mieszkańcy Żywiecczyzny oraz turyści.
 Deklaracje wprowadził Janusz Paczocha, poprzedni prezes GUC, razem z... zakazem używania słowa "mrówka", jako obraźliwego dla... tychże owadów. Za pomocą specjalnego okólnika nakazał określać tragarzy wódki i piwa pełnym szacunku mianem "Jasiów Wędrowniczków" oraz ewidencjonować ich za pomocą specjalnych deklaracji.
 - Pół urzędu celnego było zatrudnione

przy czytaniu bazgrołów,

a mrówki bały się parę dni - komentuje jeden z kontrolerów celnych. - Okazało się, że grzywny za "siatkowy przemyt" są symboliczne, więc proceder trwa nadal. Poza tym my mamy co innego do roboty i deklaracje, prawdę mówiąc, "odpuszczamy".
 Czesław Czader, wicedyrektor Urzędu Celnego w Cieszynie, nie chce prorokować, jakie skutki mógłby przynieść zakaz przywozu alkoholu przez tych, którzy przebywają za granicą krócej niż dobę. Przewiduje jednak trudności techniczne.
 - Trzeba będzie pobyt jakoś ewidencjonować. Podejrzewam, że Straż Graniczna wróci do stawiania pieczątek w paszportach. Sama data jednak nie rozwiąże sprawy, gdyż ktoś, kto przekroczy rubież pół godziny przed północą, może wrócić o pół do pierwszej i wmawiać funkcjonariuszom, że był za granicą 24 godziny.
 Należałoby więc wpisywać w paszporty jeszcze godzinę opuszczenia Polski i powrotu. No i sprawdzać (ale na jakiej podstawie!), czy nasz pobyt miał charakter wypoczynkowy, turystyczny, religijny, naukowy, sportowy, rodzinny etc. Trudno sobie wyobrazić taką biurokrację, doprowadziłaby bowiem do zakorkowania punktów celnych.
 - Nasi żołnierze już przed wielu laty otrzymali zalecenie, by nie stawiać pieczątek w paszportach - informuje ppłk Włodzimierz Warchoł, rzecznik Komendy Głównej Straży Granicznej w Warszawie. - Chodzi o to, by nie wymuszać na obywatelach konieczności częstej i kosztownej wymiany paszportów. Rozumiem natomiast intencje samego pomysłu, bo coś trzeba w końcu zrobić dla ochrony rodzimych producentów alkoholi.
 O siatkowym przemycie opowiada się legendy. Ponoć są już w naszym kraju "królowie mrówek", zatrudniający "robotnice", które przekraczają rubież na zlecenie, za niewielką opłatą i nabijają kasę swoim władcom. Częściej jednak funkcjonują tak rodziny, którym trafia się w niedalekiej przyszłości jakaś uroczystość, na przykład wesele. Ile naprawdę alkoholu trafia za pośrednictwem "mrówek" do Polski, tego nie wie nikt. Szacunki ekspertów wykazują, że nasze służby graniczne wychwytują zaledwie kilka procent szmuglu. Co do rodzaju najbardziej "wydajnej" kontrabandy, to opinie GUC oraz Krajowej Rady Przetwórstwa Spirytusu skrajnie się różnią.
 Wszelkie głośne, jak dotychczas

nieskuteczne akcje

Głównego Urzędu Ceł wymierzone były właśnie w "mrówki".
 - GUC nie dokonywał wyliczeń statystycznych w odniesieniu do zachodniej, północnej i wschodniej granicy - stwierdza Marcin Woźniczko z zespołu prasowego Głównego Urzędu Ceł. - Dane dotyczące granicy południowej mają charakter szacunkowy.
 Urząd nie dysponuje także ścisłymi danymi, ile z osób przekraczających granicę przebywa za nią krócej niż 24 godziny, trudno się więc oprzeć wrażeniu, że walczy z wiatrakami.
 Przyjrzyjmy się jednak szczątkowej statystyce. Otóż w minionym roku południową granicę RP przekroczyło blisko 20 mln dorosłych Polaków, czyli średnio 53 tysiące. Według obserwacji kontrolerów celnych 10 do 15 procent tych osób przebywało za rubieżą jeden dzień, przywożąc nad Wisłę wyroby alkoholowe z maksymalnym wykorzystaniem norm, czyli 1 l wyrobów spirytusowych, 2 l wina oraz 5 l piwa. Jeśli przyjąć za pewnik ów maksymalny wskaźnik liczbowy, to wychodzi, że codziennie wnoszono lub wwożono do Polski 8 tys. litrów wódki. To pomnożone przez ilość dni w roku daje około 3 mln litrów, czyli mniej więcej 5 procent całej legalnej produkcji wyrobów spirytusowych w Polsce. Jeśli nawet założymy, że tyle samo szmugluje się w siatkach na północy, to mamy 10 procent.
 KRPS twierdzi natomiast, że około 30 proc. wypijanych przez rodaków wódek pochodzi z przemytu. Według "Polmosów" oraz innych wytwórni alkoholi najwięcej szkody przynosi wielki szmugiel, uprawiany przy pomocy cystern. Standardowa mieści 50 tysięcy litrów spirytusu, kupowanych u producentów na Zachodzie za 25 tys. dolarów. Taki transport przemycony do Polski jest tutaj zbywany za 200 tysięcy "zielonych", oczywiście bez płacenia jakichkolwiek podatków. To wystarczy, żeby przekupić kogo trzeba.
 Tymczasem tak zwane _gorzelnie rolnicze, _dostarczające spirytusu polskim wytwórcom wódek, wykorzystują swoje zdolności produkcyjne zaledwie w 35 procentach. Z dotychczasowych danych "Polmosów" wynika, iż sprzedadzą w tym roku o 60 procent wyrobów spirytusowych mniej niż w rekordowym 1993 r. Od tamtej pory ich kondycja

stale się pogarsza,

 co zaowocowało bankructwem kilku z tych przedsiębiorstw.
 - Nowy pomysł prezesa GUC niczego w naszej sytuacji nie zmieni. Jest to kolejny przykład działań pozornych, bo niemożliwych do wyegzekwowania - twierdzi Józef Kapela, przewodniczący Krajowej Rady Przetwórstwa Spirytusu. - Jedynym sposobem na zahamowanie nielegalnego importu alkoholu jest zdecydowane obniżenie podatku akcyzowego do poziomu obowiązującego w innych krajach Europy Środkowowschodniej. Tylko wyrównanie cen może spowodować, że "mrówki" znikną z granic.
 1 września akcyza na przetwory spirytusowe w Polsce znów wzrosła o 4 procent, co odbiło się wzrostem ich cen. Dlatego pół litra czystej na Białorusi kosztuje jedną czwartą ceny, którą płacimy w Polsce. O 10 procent tańsza niż u nas jest wódka na Litwie, gdzie nie tak dawno rząd się połapał, że zabrnął z akcyzą w ślepy zaułek i obniżył ją aż o 40 procent!
 Taniej, mniej więcej również o jedną dziesiątą, jest za Odrą. Ponieważ jednak tamtejsza "czysta" ma fatalną opinię, Niemcy kupują skrzynkami polską. "Kolorówki" za to tańsze są u sąsiadów z Zachodu, więc Polacy zaopatrują się tam.
 Przed wyjazdem z Czech kupiłem litrowego smirnoffa za 324 korony (z pewnością podróbka) oraz 10 butelek wielkopopowickiego kozła (_ulubione piwo dobrego wojaka Szwejka oraz prezydenta Havla) po 11 koron za butelkę. Może to już ostatnia okazja przed wprowadzeniem nowego zarządzenia kierownictwa GUC?
 _PS Już po napisaniu artykułu miałem telefon od znajomych z Suwałk z nader istotną informacją. Otóż pieczątki zaświadczające co najmniej dobowy pobyt za granicą, które funkcjonariusze SG będą wbijać do paszportów, mają już swoje potoczne określenie. "Mrówki" nazywają je... "bujakami".

Galerie handlowe otwarte od 1 lutego?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie