Planeta niebieskich migdałów

Planeta niebieskich migdałów

Paweł Głowacki

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Salony. Z czytaniem na Salonach Poezji „Sonetów” Williama Szekspira jest dziś tak jak z niegdysiejszym czytaniem „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza lub „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego. Gdy przedstawione zostaną Sonety już wszystkie – będzie można sklecić katalog aktorskich strategii, po które artyści sięgali, by ocaleć.
Pomijając nieogarniony plankton różnicujących detali, co ich nie da się uporządkować, a które wynikają choćby z płci człowieka czytającego, z metryki jego, możliwości mózgu i serca, temperamentu, tembru lub z tak zwanej „dyspozycji dnia” – rzeczone strategie na dwie wielkie grupy się dzielą.

Aktor albo nicuje sobą wersy, koloruje wiersz niczym dziecko wypełniające barwami szkice w książce, albo przywdziewa maskę szlachetnej pokory, wycofuje się za wersy, stawia się w roli taktownej membrany, która nie chce przeszkadzać nagłaśnianej przez siebie wielkości poetyckiej. Na ostatnim Salonie, czytając Sonety 61 – 90, Adam Nawojczyk i Krzysztof Zawadzki – jak na początku tego szekspirowskiego cyklu Jerzy Grałek – „poszli” w surową, męską pokorę. I dobrze.

Tak, dobrze. Lecz i nie za dobrze. W czym problem? W skrajności pokory. Być dyskretnie – nie jest źle. Kłopot zaczyna się, gdy jesteś dyskretnie aż tak, że cię nie ma. No bo po cóż jesteś, siedzisz i czytasz, skoro cię w istocie brak? Nie rozsądniej byłoby rozdać Sonety widzom, żeby każdy sam sobie je przesylabizował? Powiem inaczej.

Celowe przebywanie blisko aktorskiego „zera”, ocieranie się o intonacyjną ascezę, o czytanie prawie „na biało” – to może zadziałać, gdy się w trakcie występu nie myśli o niebieskich migdałach. Bo gdy się o migdałach niebieskich myśli – pozostają słowa wiersza, ale mrze ich falowanie. Zdania przestają żyć, zaczynają jedynie przekazywać informacje. Szekspir jako zimny listonosz? Sonety w roli komunikatów? Dajmy spokój!

Zatem, Nawojczyk i Zawadzki – dyskretni aż do nieobecności. A obok – kapela. Piotr Madej, Tomek Starzyk, Justyn Małodobry i Adam Stępniowski. Muzyka przy „zerze”, prawie „na biało”! Nuty ledwo odklejające się od ciszy! Owszem. Tyle że dyskretne falowanie nut było potężne. Tak hipnotycznie żywe, że słuchając ich – Nawojczyk i Zawadzki na chwilę wracali z planety niebieskich migdałów i główkami malowniczo kiwali do taktu. Po prostu – byli.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo