Plusy i minusy wolnej elekcji. Jak szlachta wybierała sobie...

Plusy i minusy wolnej elekcji. Jak szlachta wybierała sobie króla

Włodzimierz Knap

Aktualizacja:

Jan Matejko, „Potęga Rzeczypospolitej u zenitu. Złota wolność. Elekcja. R.P. 1573”. Olej na płótnie z 1889 roku
1/3
przejdź do galerii

Jan Matejko, „Potęga Rzeczypospolitej u zenitu. Złota wolność. Elekcja. R.P. 1573”. Olej na płótnie z 1889 roku ©archiwum, wikipedia

11 maja 1573 Królem Wybrany zostaje Henryk Walezy to pierwszy elekcyjny władca rzeczypospolitej Pomysł, by monarchę osadzać na tronie w drodze wyboru, był interesujący, demokratyczny i awangardowy Pierwsze elekcje gromadziły pod warszawą bardziej światłą i politycznie zaangażowaną część szlachty.
Wolna elekcja wywołuje wciąż negatywne reakcje. Potępienie wynika z przekonania, że przyczyniła się ona w dużej mierze do upadku szlacheckiej Rzeczypospolitej. Za patologię uważali ją autorzy Konstytucji 3 maja i pozbyli się jej. Trudno teraz znaleźć historyka, który podzielałby entuzjazm XVII-wiecznego poety Macieja Sarbiewskiego, z dumą stwierdzającego, że tylko Polacy i Litwini wybierają sobie króla. Ale wolna elekcja miała krytyków niemal od początku, by wspomnieć Sebastiana Petrycego i Piotra Skargę.

Króla to my mamy

Sedno sprawy ujęła dr Hanna Widacka, pisząc: „Pomysł, by króla wybierać w drodze wolnej elekcji był niewątpliwie interesujący, demokratyczny, wręcz awangardowy w Europie monarchii dynastycznych. Szybko jednak okazało się, że w praktyce jest zagrożeniem dla stabilności, a później i niezależności państwa”. Ona też zauważyła, że na tronie Piastów i Jagiellonów nigdy nie zasiadł żaden z Habsburgów, znienawidzonych w Polsce za ich absolutystyczne zapędy.

Sens, ale i konsekwencje wolnej elekcji nieźle też oddaje rozmowa polskiego szlachcica z francuskim. Ten drugi łapie się za głowę, mówiąc: „Przecież nie macie króla”, na co pierwszy odpowiada: „Króla to my mamy, za to wasz król ma was”. Zaznaczmy jednak, że władcy elekcyjni często dożyli do umocnienia swojej władzy.

Prof. Jan Dzięgielewski, monograf polskich elekcji, zwraca uwagę, że gdy za granicą wymierała dynastia, dochodziło do wielkich perturbacji, a nierzadko wojen domowych. W Polsce natomiast klasa szlachecka była duża i stosunkowo niepodzielona, a elity - przynajmniej otwarcie - nie odgradzały się od panów braci. I doskonale rozumiały, że władcy pochodzący z obcych dynastii mogą mieć interesy rozbieżne z interesami swoich nowych podanych. - Szlachta była niezwykle dumna z tego, że udało jej się stworzyć procedury na czas bezkrólewia - przekonuje prof. Dzięgielewski. - Dzięki temu Rzeczpospolita uniknęła destabilizacji po śmierci Zygmunta Augusta, ostatniego z Jagiellonów, a później po ucieczce Henryka Walezego do Francji.

Długa tradycja


Tron elekcyjny nie był niczym nadzwyczajnym. W teorii senat wybierał władców w starożytnym Rzymie. Również cesarze bizantyjscy pochodzili formalnie z elekcji. We wczesnym średniowieczu tak wybierani byli panujący w państwach plemiennych, np. u Sasów, Longobardów czy Wizygotów.

W początkach Francji, Anglii czy Danii władcy panowali albo w wyniku elekcji, albo dziedziczenia. Elekcja decydowała o wyborze cesarzy, weneckich dożów, a do dziś - papieży. Jej nieuszanowanie przyczyniło się do niezwykle okrutnej wojny trzydziestoletniej czy wojny stuletniej między Francją a Anglią (1337-1453) lub podwójnej elekcji, co miało miejsce m.in. w Rzeczypospolitej (Stanisław Leszczyński i August III) oraz w Niemczech.

Kto i kogo ma wybierać

7 lipca 1572 r. zmarł Zygmunt August. „W tydzień dowiedziała się Polska i Litwa, że jest stadem bez pasterza” - napisał Władysław Konopczyński, przenikliwy znawca epoki nowożytnej. Szybko okazało się jednak, że zadanie polegające na tym, kto i kogo ma wybierać na króla, jest złożone, choć szlachta wskazała wcześniej na Jadwigę Andegaweńską, za życia wybrała następców Jagiełły i Zygmunta Starego. Tak samo postępowała po śmierci Warneńczyka, Jagiellończyka, Olbrachta i Aleksandra.

Kwestia sposobu wyboru króla była dyskutowana jeszcze za panowania Zygmunta Augusta, ale nie została uzgodniona. Myślano m.in. o wyborze władcy przez sejm. Kontrowersje budził jednak skład gremium elektorskiego, tym bardziej że trwała rywalizacja między magnaterią, która zasiadała w senacie, a szlachtą, reprezentowaną z izbie poselskiej.

Nową instytucję ustrojową trzeba było kształtować na gorąco, w czasie bezkrólewia. Każda za stron (szlachta i magnateria) starała się uzyskać jak najwięcej dla siebie. Chyba tylko wybór miejsca zjazdu elekcyjnego nie budził większych polemik. Warszawa była łatwo dostępna i dla szlachty małopolskiej, i z Prus Królewskich. Litwini i Wielkopolanie musieli korzystać z powolnego i kosztownego transportu kołowego. W najgorszej sytuacji byli wyborcy z województw południowo-wschodnich.

Przez wieki zmieniało się tylko miejsce elekcji. Pierwsza odbyła się we wsi Kamionek, na wschodnim brzegu Wisły. Lokalizacja ta okazała się niepraktyczna, bo większość elektorów stanowili Koroniarze, którzy codziennie musieli pokonywać jedyny na Wiśle most. Przeniesienie elekcji na pola podwarszawskiego wówczas folwarku Wola już w czasie elekcji Stefana Batorego stanowiło racjonalny sposób poradzenia sobie z niedostatkami infrastruktury. Na Kamionek powrócono w październiku 1733 r., gdy przy wsparciu wojsk rosyjskich nieliczna opozycja wobec wybranego kilka dni wcześniej na Woli Stanisława Leszczyńskiego wyniosła na tron Augusta III.

Elekcja dla wszystkich

W elekcji mogła uczestniczyć cała szlachta Rzeczypospolitej. W praktyce zjazdy elekcyjne gromadziły jedynie niewielką część ogółu braci. Taki stan rzeczy był wynikiem kilku czynników, m.in. długiego trwania sejmów elekcyjnych, rozległości państwa, stanu kiesy, która sporej części szlachty nie pozwalała na sfinansowanie długich wojaży. Warszawę od wschodnich dzielnic województwa kijowskiego dzieliło przecież 2000 km.

W zjazdach uczestniczyła z reguły szlachta aktywna politycznie. - To nie były tłumne zgromadzenia podchmielonej, podatnej na demagogię, awanturniczej i ciemnej szlachty - podkreśla prof. Michał Kopczyński, znakomity znawca Polski nowożytnej. - Gromadziły bardziej światłą i politycznie zaangażowaną część uprzywilejowanego stanu Rzeczypospolitej.

Rzeczywistej liczby uczestników sejmów elekcyjnych nigdy nie poznamy. Dla trzech pierwszych elekcji mamy jedynie dane szacunkowe ze współczesnych im źródeł. Podają one, że na pierwszą, w 1573 r. na polach pod wsią Kamion, przybyło od 40 do 50 tys. osób.

Prof. Michał Kopczyński uważa jednak, że liczba elektorów została przeszacowana. Przedstawia taką argumentację: - Ludność Korony (bez Litwy) liczyła wtedy ok. 3 mln, w tym 272 tys. szlachty. Odliczając połowę na niemające praw politycznych kobiety i dalsze 30 proc. na młodzież, dochodzimy do 95 tys. dorosłych mężczyzn stanu szlacheckiego. Całkiem niewiarygodne jest, by pod Kamion przybyła połowa szlachty Korony.

Kłopot z liczbami

Na drugiej elekcji, gdy wybrano Stefana Batorego (1575 r.), zjawić się miało 12 tys. osób, głównie dlatego, że odbyła się krótko po pierwszej i w czasie szczególnie niedogodnym (od 7 listopada do 15 grudnia), gdy trudno było dojechać po rozmokniętych bezdrożach.

Trzecia (1587 r.) ściągnąć miała do wsi Wola pod Warszawą około 20 tys. osób. Z pewnością na nieco większe zainteresowanie wpływ miały niewygasłe jeszcze emocje po działaniach Jana Zamoyskiego wobec Zborowskich i obawa, że wszechmocny kanclerz i hetman będzie chciał zdobyć koronę dla siebie.

W przypadku czwartej elekcji (trwała od września do listopada 1632 r.), na której wybrany został Władysław IV, źródła są mocno rozbieżne - mówią o 15 do 70 tys. uczestników. Nie wiemy jednak przede wszystkim, ilu mogło być aktywnych uczestników wyboru, szlacheckich elektorów, bo ci byli najważniejsi. Prof. Kopczyński przypomina, że ludzie epoki nowożytnej nie mieli wyczucia liczb. Z tego powodu, chcąc wyrazić skalę zjawiska, posługiwali się wydumanymi liczbami w rodzaju 50 czy 100. Gdy zatem pojawiają się w źródłach takie wielkości, należy przyjąć, że nasi przodkowie chcieli nam przekazać, iż mieli na myśli bardzo dużą liczbę uczestników.

System elektorski

Od 1632 r. uczestnicy elekcji musieli wpisywać się na listy głosujących, zwane suffragiami. Drukowano je wraz z innymi konstytucjami sejmowymi. - Biorąc pod uwagę fakt, że wybór nie miał charakteru głosowania, a elekcja miała określony termin, przyjąć można, iż na listach są prawie wszyscy szlacheccy uczestnicy zjazdu wyborczego - uważa prof. Kopczyński.

Na liście elektorów z 1632 r. zapisano 3543 nazwiska, a więc dużo mniej niż podawane 15 tys., a tym bardziej 70 tys. Elektorom towarzyszyły inne osoby (na jednego przypadać mogło od czterech do dziesięciu). Jedno nie ulega wątpliwości: elekcje były największymi imprezami masowymi w I Rzeczypospolitej.

Z suffragiów można się dowiedzieć, że w elekcji w 1648 r. uczestniczyło 4352 elektorów, w 1669 r. - 11271, w 1674 r. - 3450, w 1697 r. - 13706, a w 1764 r. - 5329. Nie znamy liczby elektorów w burzliwym roku 1733, gdy w niewielkim odstępie czasu odbyły się w Warszawie dwie elekcje: na Woli - Stanisława Leszczyńskiego (osłanianej przez wojska szwedzkie), a w Kamionie - Augusta III (chronionej przez rosyjskie).

- Przeglądając suffragia, odnajdujemy w nich najwyższych dygnitarzy i urzędników różnych szczebli, którzy nie stanowili jednak więcej niż 15 proc. reprezentacji swych województw. Resztę tworzyła szlachta nieutytułowana, w większości posiadająca dobra ziemskie, a nie zagrodowa - twierdzi prof. Kopczyński. - Drugą cechą suffragiów jest wyjątkowo liczna reprezentacja szlachty mazowieckiej. Nie dziwi to oczywiście z racji miejsca, ale w oczach przeciwników wolnej elekcji jako instytucji uchodzi często za przesłankę do wygłaszania krytycznych sądów. Szlachta mazowiecka ma słuszną opinię ubogiej, słabo wykształconej, fanatycznie katolickiej. Obawy przed jej nadmiernym wpływem na wynik elekcji wygłaszali już protestanci przed pierwszą elekcją.

Pole elekcyjne

Wbrew powszechnemu mniemaniu, podsycanemu przez krytycznych wobec wolnych elekcji oświeceniowych publicystów i współczesnych historyków, pole elekcyjne było miejscem dość bezpiecznym. Prof. Jan Dzięgielewski twierdzi, że w czasie wszystkich wolnych elekcji (od 1573 do 1764 r.) na polu zginęły tylko dwie osoby, a przecież niektóre elekcje, np. Zygmunta III Wazy, miały bardzo burzliwy przebieg.

Do owego względnego bezpieczeństwa przyczynił się niewątpliwie powtarzany w każdej tzw. ustawie konwokacyjnej nakaz wyjazdu na elekcję bez broni, ale z wyłączeniem „zwyczajnej”, przez którą rozumiano miecze, szable i koncerze. Na porywczych elektorów czekały drakońskie kary wymierzane przez sąd marszałkowski: od wysokich grzywien pieniężnych, po skazanie na śmierć, gdyby szlachcic ranił lub choćby kogoś uderzył. Ponadto na pole elekcyjne nie można było wwozić żadnego alkoholu.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo