Po akademii do cywila

Po akademii do cywila

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

- Studiował Pan za oceanem w latach 1995-99. Wyjechał Pan na te studia jako podchorąży. Czym się Pan zajmuje teraz?

- mówi kapitan TOMASZ KOWALIK, absolwent amerykańskiej West Point

   - Pracuję w Ministerstwie Obrony.
   - Czy to wymarzone miejsce pracy dla oficera, który - tak jak Pan - ma za sobą studia inżynierskie na tej prestiżowej uczelni i zna biegle angielski, a także niemiecki?
   - To dobre miejsce pracy. Zaraz po powrocie do kraju byłem oddelegowany na dwa miesiące do Wojskowej Akademii Technicznej, a potem dowodziłem plutonem szturmowym w 25. Brygadzie Kawalerii Powietrznej w Tomaszowie. Ponieważ specjalizowałem się w stosunkach międzynarodowych, wolę resort obrony.
   - Ilu mamy w Polsce takich jak Pan absolwentów West Point?
   - Czterech.
   - A ilu z nich nadal służy w wojsku?
   - Dwóch. Zresztą byłych kadetów - absolwentów czterech amerykańskich akademii wojskowych (w West Point, Colorado Springs, Annapolis i New London w Connecticut) - jest tylko 13, a w siłach zbrojnych nadal służy 9 z nich.
   - Dla reszty nie było miejsca w armii?
   - Nie wszystko im się ułożyło. Znaleźli jednak bardzo dobrą pracę poza wojskiem, niektórzy są np. informatykami. O ile wiem, nie żałują odejścia do cywila i nie narzekają na wysokość pensji.
   - Czy to znaczy, że nasza armia nie potrafi wykorzystać potencjału i umiejętności takich młodych absolwentów zachodnich uczelni wojskowych?
   - Armia jest strukturą, która z oczywistych powodów zmienia się powoli. Nie dla wszystkich absolwentów znalazło się odpowiednie zajęcie. Nie było też czasem sprzyjającego klimatu albo brakowało pomysłu, co zrobić z tymi oficerami.
   - Co Panu dały studia w USA?
   - Przede wszystkim przygotowanie przywódcze na całe życie. Ciągle poddawano nas bowiem nowym testom i wyzwaniom, stawialiśmy czoła kolejnym przeszkodom, np. musieliśmy przejść przez komorę gazową bez maski czy skoczyć z 10-metrowej wieży. To wszystko odbywało się oczywiście pod kontrolą, nie było zagrożenia życia, ale trzeba było pokonać wiele barier, głównie psychicznych. Właśnie w taki sposób - jak mówią Amerykanie - kształtuje się liderów charakteru.
   - W Sztabie Generalnym WP usłyszałam, iż problemem było jednak to, że do Polski wracali z amerykańskich uczelni ludzie wprawdzie świetnie wykształceni, ale zupełnie nieznający realiów polskich jednostek. Podobno dlatego z programu wysyłania podchorążych do USA zrezygnowano.
   - Rzeczywiście, w 1998 roku zaprzestano tego programu, choć Amerykanie chcieli go kontynuować. Armia nie do końca potrafiła wchłonąć tych absolwentów. Wojsko wolało krótsze szkolenia polskich oficerów na Zachodzie, studia magisterskie i programy podyplomowe.
Rozmawiała: EWA ŁOSIŃSKA
   W 1991 roku USA zaoferowały MON przyjęcie grupy podchorążych na sponsorowane przez nich studia licencjackie w akademiach wojskowych. W latach 1992-97 wysłaliśmy tam - po bardzo ostrej selekcji - 14 studentów w mundurach (jeden nauki nie ukończył). Resort obrony jednak wycofał się z owego projektu, uznając, iż nie daje on spodziewanych efektów. Czas szkolenia oficerów wydłużał się o 2-3 lata, a studia obejmowały zwłaszcza przedmioty akademickie i absolwenci - zdaniem resortu obrony - nie znali polskich realiów służby. Co gorsza, okazało się, że podporucznicy wykształceni za oceanem nie mogli od razu awansować, bo byłoby to niesprawiedliwe wobec osób po rodzimych uczelniach. Zresztą, aby objąć wyższe stanowiska, musieliby - zgodnie z przepisami - skończyć Akademię Obrony Narodowej lub zyskać tytuł magistra. Tymczasem Polacy wrócili z USA z tytułami "bakałarzy", odpowiadającymi tylko naszym inżynierom czy licencjatom.
(Za "Polską Zbrojną")

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo