Pocztówka z Krakowa

Redakcja
Pamiątki mogą iść jak świeże bułki - przekonuje Michał Popek, autor fotografii krakowskich zabytków

BEATA CHOMĄTOWSKA - "Złoty interes"

BEATA CHOMĄTOWSKA - "Złoty interes"

Pamiątki mogą iść jak świeże bułki

- przekonuje Michał Popek, autor fotografii krakowskich zabytków

   Handel własnoręcznie wykonanymi pamiątkami z Krakowa? Pozornie - trudno o większy banał. W sprzedaży są dziś setki, o ile nie tysiące, podobnych gadżetów. A jednak obrazki i pocztówki ze zdjęciami krakowskich zabytków już wkrótce mogą okazać się prawdziwym hitem. Ich autor - Michał Popek, lat 21 - odkrył bowiem niezagospodarowaną jeszcze niszę na pamiątkarskim rynku.
   -Byłem szczerze zaskoczony, dowiedziawszy się o braku konkurencji w tej dziedzinie - przyznaje.
   W handlu - jak sprawdził - znajdują się tylko akwarele i reprodukcje. Fotografii - jak na lekarstwo. Z wyjątkiem seryjnie produkowanych widokówek i dzieł pewnego artysty fotografika, który za obrazek ze zdjęciem o rozmiarach 10 cm na 15 cm żąda - bagatela - 120 zł.
   - Moja cena za wielkoformatowy obrazek, kolorowy lub w sepii, wynosiłaby 35 zł - deklaruje Michał. - Koszty jego wytworzenia to jakieś 7 zł, drugie tyle trzeba zapłacić za ramkę. Produkcja jednej pocztówki wielkości A5 - zdjęcia wraz z passe-partout - kosztuje 1,20 zł. Wyceniam ją na 2,50 zł.
   Dlaczego tak tanio? - Wychodzę z założenia, że jeśli moje produkty będą zbyt drogie, nie znajdą wielu nabywców - twierdzi. - Jeśli zaś będą popularne, coraz więcej punktów handlowych będzie chciało włączyć je do swojej oferty. A o to właśnie mi chodzi.
   W samym Krakowie doliczył się blisko 150 sklepów, które mogłyby handlować pocztówkami i obrazkami jego autorstwa. Do tego hotele, instytucje zajmujące się szeroko rozumianą promocją. - Żeby wyjść na zero, wystarczy współpracować z trzema sprzedawcami - twierdzi. A jeśli pomysł się przyjmie, można powiększać asortyment. Na przykład o pamiątkowe podkładki pod piwo lub inne napoje. Produkcja sześciu sztuk, sprzedawanych w eleganckim, kartonowym opakowaniu, wynosi ok. 4,50 zł, pod warunkiem że posiada się profesjonalny sprzęt drukujący. Podkładkami na razie handluje w regionie tylko jedna firma. - To świetny materiał promocyjny, którym można zainteresować sprzedawców gadżetów reklamowych dla firm - zachwala Michał.
   Na razie wie jedno: zapotrzebowanie na pocztówki i obrazki ze zdjęciami krakowskich zabytków jest spore. Przekonał się o tym na własnej skórze, sprzedając je na ulicy przygodnym turystom - szły jak świeże bułki.
   Gdy biznes zacznie przynosić zyski, planuje rozszerzyć go na inne miasta - Wrocław, Poznań, być może Gdańsk. Z Warszawą byłby już większy problem. - Tamtejszy rynek jest bardzo nasycony i trudno byłoby znaleźć firmę, która zechciałaby zamówić próbną partię towaru - twierdzi.
   Wie, co mówi - przez trzy lata stał za ladą w sklepie z pamiątkami w Sukiennicach. Zna tam niemal wszystkich dostawców. Zgubiła mnie, i to nieraz, namiętność do siły nabywczej pieniądza - pisał w styczniu tego roku na swoim blogu - internetowym pamiętniku. - Miast z franciszkańską gorliwością wyłuskiwać jałmużny grosz od rodziny, postanowiłem wziąć budżet w swoje ręce. W rezultacie setek godzin przepracowanych w pocie czoła za kasą krakowskiej galerii sztuki ludowej, mizdrzenia się do "dewizowców", psucia wzroku nad księgami zakupów, fakturami, rachunkami i apetycznie brzmiącymi WuZetkami, które niekoniecznie smakują jak ciastko, a służą dokumentacji zakupionych dóbr, zbudowałem swoje małe finansowe imperium. Wszystko brzmiałoby wręcz idyllicznie, gdyby nie fakt, że większość moich dochodów przez najbliższych kilka miesięcy pożerać będzie kasa kwestury Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Studia

   Dorabiając sobie w Sukiennicach na drobne wydatki, mógł zaczynać właśnie trzeci rok studiów dziennych. Niestety, nieprzyjemna i - czego nie ukrywam - wstydliwa stała się dla mnie konieczność zaocznego studiowania - zwierzał się czytelnikom bloga 18 stycznia 2004 r. - Cóż zrobić, kiedy płacić przyszło za błędy młodzieńczej nieroztropności. O pożegnaniu z dziennym tokiem studiów nie zadecydowała jednak nadmierna namiętność do biznesu. Zamiast na egzaminy, pojechał do Katowic, żeby spotkać się z dziewczyną. Ich związek przeżywał akurat bardzo dramatyczne chwile. Desperacki krok najwyraźniej nie pomógł, skoro dziś mówi o niej: była wielka miłość.
   - Studia na prawie to wynik logicznej kalkulacji - twierdzi. W szkole interesował się historią i wiedzą o społeczeństwie. Uznał jednak, że jeśli pójdzie w tym kierunku, najprawdopodobniej czeka go kariera nauczyciela w podstawówce. - Prawo daje więcej możliwości - mówi. - Mając dyplom, mogę nawet kopać rowy. Tymczasem człowiek kopiący rowy, któremu znudzi się to zajęcie, raczej nie zostanie z dnia na dzień prawnikiem.
   Największe emocje wzbudza w nim Prawo handlowe, a w szczególności przepisy dotyczące negocjacji gospodarczych, zakładania i prowadzenia spółek.

Fotografia

   Zajmuje się nią od trzech lat. Z zamiłowania. Najpierw był internetowy portal PL Foto, na którym ludzie z całej Polski zamieszczali wykonane przez siebie zdjęcia. Wzajemnie oceniali próbki swojej twórczości, tworząc wewnętrzny ranking. - Wtedy kupiłem pierwszy aparat - wspomina Michał. Kolejny, bardziej profesjonalny, zasponsorowali rodzice, gdy stało się jasne, że jego przygoda z fotografią przeradza się w coś poważniejszego niż krótkotrwały flirt. - Przy okazji przekonałem się, że na własnej pasji można też zarobić - dodaje.
   Być może nigdy nie zainteresowałby się robieniem zdjęć, gdyby nie urażona ambicja. O względy byłej wielkiej miłości z Katowic rywalizował bowiem swego czasu konkurent cieszący się opinią zdolnego artysty fotografika. - Postawiłem sobie wówczas za punkt honoru, że zacznę fotografować nie gorzej od tego pana - wspomina Michał.
   Poczesne miejsce wśród jego planów związanych z fotografowaniem zajmuje powstająca od dłuższego czasu płyta ze zdjęciami o nazwie "Kraków - cztery pory roku". Gdy tylko skończy kompletować zdjęcia, zamierza - a jakże - sprzedawać ją turystom. - Na rynku dostępne są przewodniki wirtualne po Krakowie, multimedialne rekonstrukcje zabytków miasta, ale na taki pomysł nie wpadł jeszcze nikt - mówi. Produkcja płyty kosztować będzie najwyżej 1,50 zł, zaś nabywcy zapłacą za nią 10 zł.

Jazz

   To jego największa pasja i pseudonim. Daje jej wyraz na kartkach internetowego pamiętnika, nieprzypadkowo nazwanego jazz.blog.pl. 19 kwietnia 2004 r.: Pewnej kwietniowej nocy w klubie Boogie Woogie na Szpitalnej miało miejsce przedziwne muzyczne misterium. Koncert Wojtka Groborza, króla polskiego Real BeBopu, nie samozwańczego, lecz uświęconego przez lata współpracy z Jazz Band Ball Orchestra pianera wirtuoza. Przyznaję, że dawno nie słyszałem czegoś podobnego. Dość osłuchane kawałki klasyków, takich jak Dizzy Gillespie, Chano Pozo, Charlie Parker, Kenny Clarke czy nieśmiertelny Thelonious Monk, brzmiały tego wieczoru zupełnie inaczej niż można by się spodziewać. Jakby ze starą nowoorleańską gliną zmieszano ziarna nowoczesnego new jazzu i odrobiny latynoskiego temperamentu, którego nie brak Wojtkowi, rodowitemu krakusowi.
   Innym razem ogłasza "otwarty plebiscyt na największego jazzmana wszech czasów". Miejsce pierwsze - ex aequo - uzyskują Miles Davies, Michał Urbaniak i John Zorn, zaś drugie - Steve Coleman, Wynton Marsalis, Thelonious Monk i Louis Armstrong.
   Internetowe plebiscyty i relacje z koncertów można było znaleźć też na prowadzonym przez Michała portalu poświęconym jazzowi - Krakowskim Centrum Informacji Koncertowej oraz stronie domowej jazzomaniac2.republika.pl. Centrum funkcjonowało w sieci przez pół roku, wkrótce powinno wznowić działalność.
   Bywa, że jedna pasja przeplata się z drugą: wieczory spędzone na słuchaniu jazzu, zwłaszcza w "PiecArcie" na Szewskiej i "Harrisie" w Rynku Głównym, zaowocowały bliższą znajomością z młodymi reprezentantami krakowskiej sceny jazzowej, a ta z kolei - licznymi sesjami zdjęciowymi, których efekty też można było podziwiać w Internecie. - Być może za pewien czas będę mógł odstępować je odpłatnie agencjom współpracującym z muzykami - mówi Michał "Jazz" Popek.
   Jego aktywność w sieci nie ogranicza się do jazzu. Ponad rok temu wspólnie z grupą znajomych z pierwszego roku prawa założyli nieformalną grupę, która miała werbować osoby publikujące w Internecie szeroko rozumianą własną twórczość. - To był wielki, ambitny plan stworzenia grupy artystycznej młodego pokolenia - opowiada dziś z przymrużeniem oka. - Jej nazwę, skądinąd nieco pretensjonalną - Arbor Artis, czyli drzewo sztuki, zaczerpnęliśmy z lekcji łaciny. W pewnym momencie okazało się, że grupa skupia około 70 osób, przesyłających nam swoje, lepsze lub gorsze, wiersze i opowiadania. Każdy z nas, założycieli, odpowiedzialny był za adeptów innej dziedziny sztuki. Ja zajmowałem się prozą.
   Niektórzy członkowie Arbor Artis utrzymują ze sobą kontakt do dziś. Ich komentarze pojawiają się też sporadycznie na blogu Michała, gdzie znaleźć można fragmenty jego własnych literackich prób.

Kabaret

   Mało brakowało, a zostałby także - przez przypadek - aktorem kabaretowym. Koleżanka uczestnicząca w zajęciach kabaretu Hizop - grupy dającej występy po polsku i angielsku w szkołach całej Polski - pochwaliła się podczas jednej z prób, że ma kolegę, który idealnie nadawałby się do kabaretu. - Kiedy kilka dni później zadzwonili do mnie właściciele Hizopa z zaproszeniem na casting, byłem pewien, że znajomi postanowili sobie ze mnie zażartować - opowiada. - Okazało się jednak, że oferta jest autentyczna.
   Podczas castingu musiał przeczytać książkę kucharską, wcielając się w rolę sprawozdawcy sportowego, a później odegrać ten sam tekst jako sobowtór Clinta Eastwooda, pamiętając, że każde wypowiedziane przezeń zdanie "ma być ostatnim, jakie usłyszy w życiu jego rozmówca".
   Poszło mu najwyraźniej nieźle, bo został przyjęty. Wyznaczono go na odtwórcę głównej roli w sztuce "Rybak i jego dusza" na podstawie opowiadania Oscara Wilde'a. Skuszony perspektywą zarobków w wysokości ok. 400 zł za występ, przystał na propozycję. Nie wiedział jeszcze, na czym głównie polegać będzie jego praca: odtąd co kilka dni, przez pół godziny dziennie, dźwigał na rękach po scenie rówieśniczkę wcielającą się w rolę Syreny. Wbrew pseudonimowi, partnerka Rybaka nie należała do wiotkich. - Miałem zakwasy gorsze niż teraz, gdy po rocznej przerwie w uprawianiu sportów zacząłem treningi judo - wspomina.
   Najgorsze, że wszystko poszło na marne. Na dwa tygodnie przed zakończeniem prób okazało się, że daty jego scenicznego debiutu pokrywają się z początkiem kolejnej sesji. - Dokonałem czysto ekonomicznej kalkulacji: albo zdaję egzaminy, albo zostaję aktorem - mówi Michał Popek. - Na szczęście, właściciele kabaretu zostawili mi otwartą furtkę. Jeśli tylko zechcę, mogę tam wrócić.

Rodzina

   Niewykluczone, że smykałkę do interesów i fantazję odziedziczył po przodkach. Jak mówi, dzięki swoim dziadkom i pradziadkom mógłby mieć problemy z ustaleniem swojej narodowej tożsamości - w jednej czwartej jest bowiem Polakiem, w jednej Czechem, a w dwóch pozostałych - Ukraińcem i Rumunem. Nazwisko, stanowiące najprawdopodobniej spolszczony odpowiednik rumuńskiego miana Popescu, zawdzięcza dziadkowi ze strony matki - mieszkańcowi Morawskiej Ostrawy, który poślubił pannę z Małopolski i osiadł tutaj na stałe. Dzięki uczuciu do pewnej Polki z Myślenic w te rejony zawędrował również pradziadek ze strony ojca, rodowity Czech. Inny przodek, o nazwisku Mironienko, pochodził z terenów dzisiejszej Ukrainy. Jego syn, a dziadek Michała, był ułanem. Pewnego dnia, gdy wracając z wojska, spieszył na umówione spotkanie z bliskimi, na miejscu rodzinnej posiadłości zastał jedynie zgliszcza - wszystkich zabili Rosjanie. Wyjechał więc do Polski, gdzie zakupił kawałek ziemi pod Krakowem.

Przyjaciele

   Piotr Urbanowicz, zwany Kukim albo Prezesem, Łukasz Krupa - inaczej Krupnik, i Piotr Madej - "Fizoloff". Są prawie nierozłączni, wspierają się nawzajem w różnych przedsięwzięciach, a w wolnych chwilach przesiadują przy piwie w ulubionych Krzysztoforach. Wspólnie z Kukim Michał "Jazz" Popek pracował w biznesie pamiątkarskim, zaś razem z Łukaszem podjął decyzję o wzięciu udziału w programie "Złoty interes".
   - Gdyby jednemu z nas udało się otrzymać 10 tys. zł, w pierwszej kolejności przeznaczyłby je na założenie własnej firmy, w której zatrudniłby kolegów - mówi Michał. - Później zostaliby wiceprezesami lub członkami rady nadzorczej. Możliwość zaprezentowania swojego pomysłu w telewizji traktuje jako świetną przygodę. Jednak gdy mu się nie powiedzie, zawsze będzie mógł liczyć na przyjaciół. Nawet jeśli nie dostanie tych dziesięciu tysięcy, na pewno założą razem jakiś biznes.

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie