Podbój kosmosu po amerykańsku

Redakcja

Na naszym rynku wydawniczym astronautyka nie ma szczęścia ani do rodzimych opracowań, ani też dobrych przekładów. Szkoda, bo jest to dziedzina fascynująca i mająca w innych krajach bogatą literaturę.
Wprawdzie w ostatnich latach pojawiały się książki poświęcone poszczególnym zagadnieniom astronautycznym, np. awariom w lotach załogowych ("Krzyk w kosmosie"_Marka Jarosińskiego) czy projektowi międzynarodowej stacji kosmicznej ("Baza satelitarna ALFA" Andrzeja Marksa), była nawet próba - niestety nie bardzo udana - całościowego spojrzenia na astronautykę ("Podbój kosmosu trwa" Jana Lipskiego). Jednak prace polskich autorów często są anachroniczne już w momencie publikacji, zaś przekłady wydawnictw typu encyklopedycznego reprezentują najczęściej tylko szkolny poziom, choć kuszą bogatą szatą graficzną.
Tym bardziej warte jest odnotowania pojawienie się przekładu obszernego opracowania historii astronautyki autorstwa T. A. Heppenheimera pt. "Podbój kosmosu". Zasługa spolszczenia tego dzieła przypadła w udziale wydawnictwu AMBER, które umieściło je w serii "Tajemnice nauki". Chwała wydawcy za wybór, niestety gorzej jest z redakcyjnym opracowaniem. Wydawca nie dołączył przypisów, mimo umieszczenia odsyłaczy w każdym rozdziale książki, brak też bibliografii, która w tego typu dziełach stanowi nieodłączny element całości. Na czym opierał się amerykański autor, wnioskować możemy jedynie z zamieszczonych na końcu podziękowań, a że znajdziemy tu całą listę wybitnych specjalistów od astronautyki, możemy być spokojni o rzetelność informacji, przynajmniej tych, które dotyczą amerykańskich dokonań. Z rosyjskimi jest nieco gorzej.
Spora część książki poświęcona została "prehistorii" astronautyki, czyli działalności pionierów rakietowych i analizie sytuacji politycznej, która doprowadziła w latach powojennych do gwałtownego rozwoju rakiet. A wszystko zaczyna się od Peenemünde - poligonu broni V-2, uznawanego obecnie za kolebkę astronautyki. Tę kolebkę dobrze w Polsce znamy: poznaliśmy hitlerowskie rakiety, zanim jeszcze poleciały na Londyn.
Nowy i niezwykle fascynujący jest natomiast obraz amerykańskich eksperymentów rakietowych z lat 40. i 50. Przy okazji poznajemy genezę słynnych dziś ośrodków kosmicznych i zakładów rakietowo-lotniczych: Jet Propulsion Laboratory, Rocketdyne, Rockwell, Reaction Motors, Aerojet, Thiocol i wielu innych. Powstawały one nieomal z niczego, dzięki pomysłowości i niespożytej energii młodych entuzjastów rakiet.
Analiza sytuacji międzynarodowej oraz powiązań pomiędzy różnymi ośrodkami władzy, zarówno cywilnej, jak i wojskowej w USA, pozwala zrozumieć wiele zagadek historii astronautyki. Na przykład, dlaczego Amerykanie oddali Rosjanom pierwszeństwo wysłania sztucznego satelity w 1957 roku, podczas gdy zespół von Brauna pracujący dla amerykańskiej armii mógł to zrobić już w 1956 r.? Dlaczego zarzucono rozwój samolotów rakietowych typu X-15? Jak budowano wahadłowiec? Dlaczego Amerykanie nie zbudowali własnej stałej stacji załogowej, tylko uwikłali się w beznadziejny projekt z Rosjanami?
Nie będziemy tu, oczywiście, zdradzać odpowiedzi, odsyłamy za to do lektury książki Heppenheimera. Nie będzie to lektura łatwa, bowiem dotyczy spraw skomplikowanych i technicznie, i politycznie, ale będzie na pewno przyjemna już choćby z uwagi na język - żywy, dowcipny, momentami nawet błyskotliwy, jaki nieczęsto spotyka się w książkach _de facto
technicznych.
Nie ma książek bez błędów, więc i książka Heppenheimera nie jest od nich wolna, zwłaszcza jej polski przekład. Winę za nie ponosi bardziej wydawca niż tłumacz, bowiem ewidentnie nie konsultowano przekładu ze specjalistą od astronautyki. W przeciwnym razie nie nazywano by uporczywie bazy Vandenberg (drugi co do wielkości kosmodrom USA) - "Vanderbergiem", a pierwszego lądowania na Księżycu nie datowano na czerwiec 1969 roku. Jak czytelnik może mieć zaufanie do innych informacji, skoro najważniejszą datę pomylono aż dwukrotnie (s. 289 i 306)?
Do technicznych kuriozów zrodzonych w wydawnictwie AMBER z pewnością należy zaliczyć rakietę Goddarda z 1940 r., która "miała sześćdziesiąt pięć metrów długości" (w istocie 6,5 m), jak również projektowaną w końcu lat 50. rakietę księżycową Nova, która "musiałaby mieć wysokość 12 metrów, a więc mniej więcej taką jak pomnik Waszyngtona" (chodzi zapewne o obelisk Waszyngtona wysokości 166 m, dodajmy, że realna rakieta księżycowa Saturn V, mniejsza znacznie od Novy, miała wysokość 111 m). Albo satelita wywiadowczy z aparatem KH-10 o "średnicy obiektywów 1,5 metra"... Warto tu przypomnieć, że największy na świecie obiektyw ma średnicę 1,01 metra i waży 226 kg (zamontowano go w 1897 roku w teleskopie Yerkesa). W satelitach szpiegowskich natomiast stosuje się obiektywy o ogniskowych 1,5 m, a średnicach rzędu 20 cm.
Przytoczyliśmy tylko niektóre błędy, nie powinny one jednak zniechęcić prawdziwych miłośników astronautyki. Zachęcamy zatem do (uważnej) lektury, a wydawcę popularnej serii "Tajemnice nauki" do większej staranności. Z dobrej książki łatwo jest bowiem zrobić wydawniczego gniota, zaś przeciwny proces, niestety, nie występuje w przyrodzie.
JACEK KRUK
T.A. Heppenheimer "Podbój kosmosu. Historia programów kosmicznych", Wydawnictwo AMBER, 1997, stron 439.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie