Pokusa dla swojaków

Redakcja
Jesteśmy świadkami dziejowego huraganu czy tylko chwilowego przeciągu?

ZBIGNIEW BARTUŚ

ZBIGNIEW BARTUŚ

Jesteśmy świadkami dziejowego huraganu czy tylko chwilowego przeciągu?

   Zrobiło się nerwowo. Skoro rozsypują się najtrwalsze układy, na samej górze, skoro posłowie - a za nimi prokuratorzy - patrzą na ręce i depczą po odciskach - nietykalnym dotąd - tuzom biznesu i polityki, skoro prasa zdradza sekrety "interesów made in Poland" - to samo może się przydarzyć w terenie. Zresztą już się zdarza. Układ opolski, układ łódzki, układ bydgoski... - padają kolejne bastiony. Politycy siedzą, biznesmeni muszą się tłumaczyć, kończy się coraz więcej ciepłych posad. Tu i ówdzie, z uwagi na ryzyko, konfitury trzeba było odstawić na półkę, na publiczny widok, a to zasadniczo utrudnia podjadanie. Czy to obejmie cały kraj?
   Maciej i Krzysztof, kierownicy szczebla średniego wyższego, fachowcy spoza polityki, którzy od ponad 20 lat obserwują przemiany w swoich firmach i w podmiotach z nimi związanych, bardzo by tego chcieli. Jednak nie mają na to większej nadziei.
   Czytali bardzo obiecujące raporty otwarcia kolejnych rządów, słuchali deklaracji niezliczonych już ministrów skarbu oraz swych prezesów - powoływanych każdorazowo po wyborach parlamentarnych i zmianie rządów. A potem weryfikowali te słowa w życiu. I wychodzi im, że deklaracje deklaracjami, a natura ludzka - naturą ludzką. - System powiązań między polityką a gospodarką jest dziś w Polsce taki, że niejeden święty, zamiast walczyć z nim, po prostu zacząłby z niego korzystać - uważa Krzysztof. A co dopiero mówić o nieświętych?
   Krzysztof i Maciej pracują w powiązanych ze sobą spółkach z udziałem skarbu państwa. Takich firm jest w Polsce ponad 1600, w blisko 580 z nich państwo ma stuprocentowe lub większościowe udziały, w pozostałych jest akcjonariuszem mniejszościowym, co nie oznacza wcale braku wpływu na decyzje personalne - i nie tylko. Krzysztof podkreśla przy tym, że właśnie owo "nie tylko" jest zdecydowanie ważniejsze od personaliów.
   - Przeciętny Polak pasjonuje się (jeśli go to już nie zmęczyło) tym, jak odwoływano prezesa Orlenu, w jakich okolicznościach powoływano radę nadzorczą i nowy zarząd płockiej spółki i kto się z kim spotykał w Wiedniu. Przeciętny Polak może sobie wyobrazić kilka tysięcy dobrze płatnych posad w radach nadzorczych spółek i przynajmniej drugie tyle znacznie lepiej wynagradzanych stanowisk w zarządach. Przeciętnego Polaka może wkurzać, że owe posady pozostają w gestii polityków, że jednoosobowe spółki skarbu państwa to tak naprawdę jednoosobowe spółki skarbu partii rządzących i że w zarządach, a szczególnie radach nadzorczych, lądują często ekonomiczni ignoranci - mierni, ale wierni. Mnie interesuje bardziej, po co ich się tam umieszcza. Mam z tym do czynienia na co dzień, podobnie jak pracownicy owych 1600 spółek, w których politycy mają coś do powiedzenia - komentuje Krzysztof.
   Na wyobraźnię przeciętnego Polaka najsilniej działają wynagrodzenia prezesów, np. kwota 200 tys. złotych, jaką miał co miesiąc zarabiać prezes Orlenu. To wprawdzie więcej niż minister skarbu - rozdający (teoretycznie) karty w polskiej nafcie - zarabia przez cały rok, ale w kręgach top-biznesu są to pieniądze śmieszne. Tak wzięty i sprawdzony menedżer jak Zbigniew Wróbel mógł je bez problemu zarobić w niezwiązanych politycznie zachodnich koncernach, dla których zresztą wcześniej pracował. Bez rozgłosu, bez ryzyka wystawienia pod publiczny osąd.
   Po co więc tacy ludzie - przyjaciele, koledzy oraz bliżsi i dalsi znajomi "pierwszych" - pojawiają się po każdych wyborach w owych 1600 spółkach z udziałem skarbu państwa? Oficjalne wytłumaczenie jest oczywiste: żeby bronić interesów państwa w tych firmach. Złośliwcy dopowiadają w tym momencie: a o KTÓRYCH PAŃSTWA chodzi? Bo mogą to być interesy państwa K., państwa G., państwa S.
   Czy coś się zmieni po aferze Orlenu oraz skandalach polityczno-gospodarczych w niektórych miastach Polski?

Tort

   Choć grubo ponad 90 procent Polaków pracuje w firmach prywatnych i utrzymuje z tej pracy całe rodziny, sektor publiczny pozostał u nas mocny. Wytwarza jedną czwartą produktu krajowego brutto, co oznacza, że przechodzą przezeń olbrzymie pieniądze. Z reguły bez charakterystycznego dla "prywaciarzy" oglądania złotówki z obu stron. Wspomniani złośliwcy lubią mawiać, że w tym sektorze ryzykuje się majątkiem publicznym, zarabiając kasę całkiem prywatnie.
   Według ostatnich szacunków wartość mienia skarbu państwa to blisko 600 mld zł, z czego 144 mld warte są grunty w miastach, a 129 mld - drogi i mosty. Na trzecim miejscu - z wartością 98,5 mld zł - uplasowały się przedsiębiorstwa, w których skarb państwa ma stuprocentowe bądź częściowe udziały. Na 66 mld wyceniono lasy, a na 14 mld - grunty rolne. Bardzo trudne do wyceny są dobra kultury (dzieła sztuki, muzealia, materiały biblioteczne, zabytki) oraz zasoby archiwalne.
   W szczegółowych klasyfikacjach Ministerstwo Skarbu Państwa podaje też zasoby geologiczne (w tym kopalne), wody (w tym jeziora, fragmenty morza, wody podziemne, lecznicze), parki narodowe, a także szkoły wyższe, instytucje (kultury, filmowe, badawczo-rozwojowe, lecznicze, naukowe), agencje, fundacje...
   Ten olbrzymi majątek zarządzany jest w imieniu państwa przez kilkadziesiąt tysięcy menedżerów (i "menedżerów") zmienianych niemal w całości po kolejnych wyborach. Stanowiska traktowane są więc jako część łupu (lub jak kto woli - tortu) przynależnego zwycięskim partiom. W każdej z dotychczasowych koalicji władzy funkcjonowali tzw. personalni, czyli wpływowi politycy decydujący o obsadzie kluczowych stanowisk.
   Bardzo wyraźnie było to widać za czasów pierwszej koalicji SLD-PSL, po klęsce wyborczej środowisk solidarnościowych w 1993 r. "Personalni" w rolnictwie - na szczeblu centralnym, regionalnym i lokalnym - wywodzili się wówczas z PSL, zaś "personalni" w przemyśle - z SLD.
   W 1997 r. AWS (zrazu w parze z Unią Wolności) doszła do władzy pod hasłem walki z Rzeczpospolitą układów - i dość szybko zastąpiła "kolesiów" lewicy - swoimi ludźmi. Przy tym w przedsiębiorstwach z udziałem skarbu państwa utrwalił się układ, zgodnie z którym pewna grupa menedżerów fachowców ze szczebla średniego wyższego (inżynierowie ds. produkcji, główni technolodzy, główni elektrycy, rzadziej główni księgowi), takich jak Krzysztof i Maciej, pozostaje niewymienna.
   - Ktoś musi pracować, dbać o prawidłowy przebieg procesów technologicznych, sprawność urządzeń... Ci, co przychodzą z politycznego nadania, nie mają o tym zielonego pojęcia - tłumaczy Krzysztof.
   Maciej dodaje, że z owymi politycznymi nominatami (a współpracował już z pięcioma, bo jego stanowisko podlega bezpośrednio wiceprezesowi) bywa różnie. Jeśli to jest prawdziwy menedżer, czyli gość, który zna się na ekonomii, to stara się słuchać fachowców i raczej dba o rozwój firmy, nie zwleka z decyzjami w sprawie niezbędnych inwestycji i raczej unika kretyńskich posunięć, w oczywisty sposób szkodliwych dla przedsiębiorstwa.
   - Ale było też dwóch kompletnych ignorantów, którzy przyszli wyłącznie po to, by doić. Doić w imieniu swoich politycznych i biznesowych mocodawców i koleżków.

"Najazd Hunów"

   Niezależnie od typu i klasy menedżera - po każdych wyborach i wymianie rad nadzorczych i zarządów - można się spodziewać tzw. najazdu Hunów. - Rzecz polega na totalnej wymianie firm współpracujących, a nawet, gdzie się da, dostawców. Najczęściej są to dostawcy usług (od finansowych po remontowe i czyszczące), doradcy, specjaliści od marketingu, promocji i public relations (PR-owcy), rzadziej dostawcy surowców - bo tu często nie ma wyjścia; ale i w tym ostatnim wypadku często znajduje się sposób na podstawienie swoich - jako pośredników. Tworzy się też dziwne spółki córki, inwestuje publiczne środki w prywatne podmioty oraz dotuje słuszne stowarzyszenia i fundacje.
   - To tak powszechne, że już nawet zaczęło uchodzić za oczywiste i normalne! - oburza się Maciej, który na tle Krzysztofa wydaje się idealistą. - A przecież podstawianie swoich to zwykłe żerowanie na publicznym majątku, okradanie udziałowców, tutaj: głównie państwa, a więc nas wszystkich.
   - Swoją drogą, skoro już jest okazja, ciekawe byłoby zbadanie, jakie firmy i po co pojawiały się na terenie Orlenu wraz z kolejnymi prezesami. Byłaby to dla opinii publicznej bardzo pouczająca wyliczanka, bo dam sobie uciąć rękę, że zyski, jakie z pośrednictwa w dostawie ropy dla Płocka czerpie spółka J&S, to tylko wierzchołek góry lodowej - twierdzi Krzysztof w oparciu o doświadczenia z własnego podwórka.

Pośrednik z patentem

   Liberalni twórcy pierwszych programów uzdrowienia polskiej gospodarki, na przełomie lat 80. i 90., przewidzieli intuicyjnie, że pozostawienie politykom tak olbrzymiego wpływu na gospodarkę będzie owocować patologicznymi zjawiskami; afery na styku polityki i gospodarki nie są zresztą polską specyfiką: dochodziło do nich i dochodzi w społeczeństwach o dużo dojrzalszej demokracji i stabilnej ekonomii - głównie tam, gdzie pozwolono na nadmierny rozrost sfery publicznej.
   Lekarstwem na zło miała być prywatyzacja. Żaden prywatny właściciel nie pozwoli przecież na wymianę kompetentnego zarządu po jakichś wyborach, nie otworzy bramy "Hunom", nie będzie płacił haraczu partiom i ich regionalnym baronom - założyli liberałowie.
   W pierwszych czterech latach transformacji sprywatyzowano w Polsce bezpośrednio prawie 1750 przedsiębiorstw, blisko 600 skomercjalizowano, a prawie 100 sprzedano pośrednio - po uprzednim przekształceniu w jednoosobowe spółki skarbu państwa.
   Po dojściu do władzy koalicji SLD-PSL w 1993 r. proces prywatyzacji, zwłaszcza bezpośredniej, został zasadniczo spowolniony, a po powtórnym objęciu rządów przez lewicę w 2001 r. - niemal stanął w miejscu.
   Lewicowcy postawili na komercjalizację, czyli przekształcenie przedsiębiorstw państwowych w jednoosobowe spółki skarbu państwa (JSSP). Na zewnątrz wyglądało to na przygotowanie do prawdziwej prywatyzacji - i taka była przecież pierwotna idea tych przekształceń: JSSP miały być tworami przejściowymi, na kilka tygodni, powołanymi tylko po to, by udziały w nich mógł objąć (kupić) zewnętrzny inwestor. Te twory okazały się jednak dla etatystycznie nastawionych polityków bardzo poręczne - o wiele poręczniejsze od przedsiębiorstw państwowych; te ostatnie, funkcjonujące w oparciu o zupełnie inne przepisy, dające wielkie uprawnienia radom pracowniczym, są bowiem o wiele mniej sterowalne. Natomiast JSSP podlegają kontroli ministra - on fizycznie jest dla nich walnym zgromadzeniem akcjonariuszy, które powołuje radę nadzorczą. A taka rada wybiera do zarządu kogo trzeba...
   Za pierwszych rządów SLD po raz pierwszy na taką skalę - i tak otwarcie - w systemie pojawili się też pośrednicy prywatyzacyjni. Zaczęła obowiązywać zasada, że prywatyzacja jest możliwa, ale tylko pod kontrolą. Gawiedzi wciskało się ciemnotę, że chodzi o kontrolę państwa, aby uniknąć wyprzedaży majątku narodowego. Tak naprawdę chodziło o kontrolę prywatyzacji najciekawszych przedsiębiorstw przez grupy interesów.
   Niemal we wszystkich wielkich polskich prywatyzacjach obok zachodnich inwestorów strategicznych, wielkich ponadnarodowych koncernów, pojawiają się mniejszościowi partnerzy polscy (czasami z drugim paszportem). Wyszło na to, że nie da się u nas inwestować w browary, autostrady, energetykę, telekomunikację czy obrót paliwami bez udziału przedsiębiorców znających kogo trzeba...

"Piszem raporcik i lecim dalej"

   System totalnego zawłaszczania i rozdziału stanowisk w przedsiębiorstwach oraz pośrednictwa w prywatyzacji - tak ostro krytykowany i atakowany przez ugrupowania tworzące w 1997 r. AWS oraz przez czołowych polityków Unii Wolności - bardzo spodobał się części działaczy obu tych formacji, kiedy te tylko doszły do władzy. Spodobał się do tego stopnia, że zamiast z nim walczyć (np. prywatyzując co się da) postanowili go oswoić. Użyć w interesie słusznych partii ich równie słusznych działaczy oraz krewnych i znajomych królika. Jednak zło użyte w imię nawet najszczytniejszych ideałów pozostaje złem - co (buntując się przeciwko polityczno-gospodarczym układom) wyraził zwięźle Jarosław Kaczyński mówiąc o TKM - "teraz k... my!".
   Dzięki zakonserwowaniu systemu za czasów AWS - lewica mogła po sukcesie wyborczym w 2001 r. wrócić na stare śmieci i twórczo rozwijać układ. Zwyciężyło przekonanie, że jest to układ wieczny, a jego uczestnicy pozostaną na wieki wieków bezkarni - pod parasolem usłużnych prokuratorów i pozostałych organów śledczych i kontrolnych.
   Dlaczego więc układ zaczął się sypać?
   Są dwie teorie na ten temat. Pierwsza - idealistyczna - mówi, że dobro i niezgoda na coraz bardziej doskwierające nam patologie zaczęły zwyciężać. Według drugiej teorii - realistycznej - układ sypnął się tylko dlatego, bo jego uczestnicy zaczęli się kłócić. Starzy gracze nadepnęli sobie na odciski - m.in. w walce o panowanie nad polską naftą: Orlenem, Rafinerią Gdańską, Naftoportem, infrastrukturą przesyłową i magazynową. Pojawili się też gracze nowi, tacy jak Marek Dochnal, którzy wskoczyli nagle z niższej półki na wyższą - i chcieli najwyraźniej odgrywać rolę pośredników w największych prywatyzacjach (nie bez sukcesów!).
   Doprowadziło to do chaosu w układzie, do przecieków, wzajemnych oskarżeń. Zgłodniali władzy politycy opozycji rzucili się na to z impetem - i zapewne nie popuszczą. Poznajemy dzięki temu mechanizmy czegoś, o czym mówiliśmy i (jako dziennikarze) pisaliśmy od bardzo dawna. Poznajemy kulisy podejmowania strategicznych dla gospodarki decyzji. Poznajemy z bliższa głównych bohaterów - tych z obszaru polityki, i tych z biznesu - i ich obyczaje.
   Podsumowanie wszystkich tych zdarzeń mogłoby się zaczynać tak: "Informacje o niekompetentnym zarządzaniu i nadużyciach na szkodę firm z udziałem kapitału państwowego docierały do opinii publicznej przez całą minioną kadencję Sejmu i rządu. Stanowiły przesłankę wniosków o wotum nieufności dla kolejnych ministrów skarbu państwa. Były podstawą licznych interpelacji i zapytań parlamentarzystów, stanowiły także narastający i coraz bardziej bulwersujący temat doniesień dziennikarskich. Hasło walki z korupcją i przestępczą niegospodarnością znalazło się w programach wszystkich partii i koalicji wyborczych. Stanowiło wspólny mianownik wszystkich opcji. Taki też cel stał się istotnym punktem programu nowego rządu".
   Głodnych władzy i sprawiedliwości informujemy, że tak rozpoczynający się dokument już istnieje! To "Raport otwarcia" rządu Leszka Millera z 2002 r. - dostępny od ręki w Ministerstwie Skarbu.

Potrzeba huraganu

   W raporcie Millera omówiono niegospodarność oraz przestępcze działania zarządów 22 kluczowych firm z całkowitym lub większościowym udziałem państwa. Podano konkretne przykłady "najazdu Hunów", wyliczono liczne sposoby wyprowadzania pieniędzy z firm, np. za pomocą dziwnych inwestycji w nieruchomości, egzotyczne prywatne spółki i ryzykowne przedsięwzięcia. Skierowano doniesienia do prokuratury. Co czynili potem ludzie Millera - wiemy lub właśnie się dowiadujemy.
   SLD jest pierwszą formacją, która na taką skalę przekonuje się, że nie można na dłuższą metę głosić haseł ścigania nieprawidłowości i rozwalania układów władzy z biznesem przy równoczesnym robieniu (własnych) przekrętów i utrwalaniu (swoich) układów - dla (lewicowego) dobra. Nie jest jednak pewne, czy Sojusz jest ostatnią formacją, która doznała takiego oświecenia.
   Czy mamy do czynienia z huraganem, który ostatecznie wywróci Rzeczpospolitą kolesiów i skłoni do zbudowania nowej - bez patologicznych układów i pośredników? Czy też jest to jedynie przeciąg, który ma wywiać jednych tylko po to, by utorować drogę swojakom?
   A pokusa jest wielka. Mamy w kraju 473 jednoosobowe spółki skarbu państwa oraz 103 z większościowym i 1030 z mniejszościowym jego udziałem. Mamy też około 420 przedsiębiorstw państwowych (w tym 32 w Małopolsce). Większość polityków chciałaby je w najbliższym czasie skomercjalizować, czyli przekształcić w JSSP, by uzyskać na nie większy wpływ.
   Większy wpływ - po co?
ZBIGNIEW BARTUŚ

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie