Polak studiuje

Redakcja
Raport "Dziennika Polskiego"

Żeby studiował, musi się najpierw na studia dostać. A to, wbrew pozorom, nadal nie jest łatwe. O indeksy walczyć będą teraz ostatnie roczniki demograficznego wyżu lat 80., więc liczba kandydatów na najbardziej oblegane studia dzienne tradycyjnie przeważa nad liczbą wolnych miejsc.

   W ubiegłym roku akademickim na popularną pedagogikę w całym kraju startowało 36 tys. chętnych, przyjęto 8,9 tys. Na informatykę - 28,8 tys., dostało się zaledwie 6,8 tys. Tajniki zarządzania i marketingu chciało zgłębiać 22 tys. osób. Prawie 13 tys. musiało odejść z kwitkiem. Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu, w 2003 r. na jedno miejsce na uniwersytetach i uczelniach wychowania fizycznego przypadało średnio 4,3 kandydata, na uczelniach rolniczych - 4, pedagogicznych - 2,6, ekonomicznych - 2,4, a technicznych - 2.
   Aby uświadomić sobie w pełni dzisiejszy pęd do studiów, wystarczy prześledzić zmiany tzw. wskaźnika skolaryzacji (obrazujący stosunek liczby studiujących w wieku 19-24 lat do ogólnej liczby osób w tym wieku). Na początku lat 90 wskaźnik ten wynosił 12,9 proc. Komitet Prognoz "Polska 2000 plus", działający przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk, prognozował wówczas, że w 2010 r. osiągniemy wskaźnik zbliżony do 36,9 proc. Tymczasem stało się to już dekadę wcześniej, w roku akademickim 1999/2000. W 2003/2004 r. studiowało aż 47 proc. ogółu młodzieży.
   Studia nie są już przywilejem nielicznych. Obecnie prawie 1,8 mln Polaków - to studenci. Prawie co trzeci uczy się w szkole niepaństwowej. Aż trudno uwierzyć, że dziesięć lat temu społeczność studencka liczyła zaledwie 403 tys. osób. Dzisiejsze 1,8 mln to jednak i tak niewiele - pod względem liczby osób z wyższym wykształceniem wciąż ustępujemy (dwukrotnie) średniemu poziomowi Unii Europejskiej.
   Skąd się wziął taki popyt na dyplomy? Urodzeni w pierwszej połowie lat 70., którzy zdawali maturę już w III Rzeczpospolitej, ulegli perswazjom rodziców przekonujących ich, że wyższe wykształcenie stanowi przepustkę do kariery i lepszego życia. Badania wśród studentów drugiego roku uczelni publicznych i prywatnych w roku akademickim 1999/2000 przeprowadzone na zlecenie ówczesnego Ministerstwa Edukacji Narodowej pokazały wyraźnie, że tytuł magistra "dziedziczyło się" po matce lub ojcu. 8 na 10 dzieci w wieku co najmniej lat osiemnastu, których rodzice mieli wyższe wykształcenie, też studiowało lub ukończyło studia.
   Później w grę zaczęły wchodzić także inne motywacje. Do grona maturzystów, którzy dziś niemal w stu procentach planują kontynuowanie nauki, dołączyli ich starsi koledzy, którzy wcześniej poprzestali na świadectwie ukończenia szkoły średniej. Pracodawcy mieli coraz wyższe wymagania, rywalizacja na rynku zaostrzała się. Dyplom wyższych studiów coraz częściej odgrywał rolę karty przetargowej. Poza tym, wraz z uruchomieniem oferty przez powstające jak grzyby po deszczu uczelnie prywatne i rosnącą w oczach liczbą odpłatnych kierunków zaocznych i wieczorowych, studia stawały się coraz dostępniejsze, a ich ukończenie chyba nigdy dotąd nie było tak łatwe.
   Statystyki mówią same za siebie: ludzie po studiach, stanowią około 7 proc. ogółu bezrobotnych, szukają pracy znacznie krócej niż osoby z wykształceniem podstawowym (odpowiednio: ok. 10 i 17 miesięcy). Posiadanie tytułu magistra wciąż się opłaca.
   Boom edukacyjny, jeśli po doświadczeniach ze wskaźnikiem skolaryzacji można wierzyć jeszcze jakimkolwiek prognozom, nie będzie jednak trwać wiecznie. Obserwowana obecnie tendencja powinna ulegać stopniowo odwróceniu, począwszy od przyszłego roku. Wtedy do szkół wyższych ruszy mniej liczna generacja maturzystów. Do 2020 r. liczba studiujących w wieku 18-24 lat spadnie zapewne do ok. 1,6 mln.
   Co zapobiegliwsze uczelnie już teraz starają się przygotować na taką okoliczność. Coraz śmielej organizują akcje promocyjne, docierając ze swoją ofertą bezpośrednio do licealistów.
   Studiować może każdy, kto posiada świadectwo dojrzałości. Nowa matura w randze egzaminu państwowego, która miała zastąpić tradycyjne egzaminy wstępne na studia, na razie nie spełnia pokładanych w niej nadziei. Większość władz uczelni wyższych postanowiła potraktować maturalną innowację z nieufnością, obwarowując dostęp do co bardziej atrakcyjnych kierunków tak zwanym dodatkowym "sprawdzianem kompetencji". Na przykład w formie rozmowy kwalifikacyjnej, testu albo sprawdzianu rozumienia fachowego tekstu naukowego. Bywa, że wynik owego "sprawdzianu kompetencji" przeważa nad ocenami z maturalnego świadectwa.

Osiołkowi w żłoby dano

   Kandydaci na magistrów mają dziś w czym wybierać. Na głodnych wiedzy absolwentów szkół średnich czeka prawie 400 uczelni, państwowych i niepaństwowych. W roku akademickim 1990/1991 było ich czterokrotnie mniej.
   Państwowe czy prywatne? Humanistyczne, biznesowe czy ścisłe? Dzienne, zaoczne czy może wieczorowe? Pomocne przy wyborze mogą okazać się publikowane co roku w kilku periodykach rankingi szkół wyższych, opracowane na podstawie indywidualnie dobieranych kryteriów. Każda redakcja ma nieco inne: "Newsweek" interesuje skuteczność w przygotowywaniu absolwentów do wymogów rynku pracy, "Rzeczpospolitą" i "Perspektywy" - prestiż uczelni, czyli poważanie, jakim cieszą się absolwenci danej szkoły, autorytet kadry naukowej oraz warunki studiowania.
   Ci, którzy zdecydują się na studia w uczelni państwowej, mają stosunkowo łatwiejszy wybór. W rankingach, podzielonych na kategorie w zależności od typu studiów, od kilku lat przodują te same uczelnie. Wśród przyszłych ekonomistów prym wiedzie warszawska Szkoła Główna Handlowa, na której wykładają m.in. Leszek Balcerowicz, Jan Truszczyński, Dariusz Rosati, Andrzej Olechowski. Na drugim miejscu w zestawieniach plasuje się z reguły Akademia Ekonomiczna w Poznaniu. Wśród uniwersytetów o palmę pierwszeństwa rywalizują (w zależności od rankingu) najstarszy w Polsce Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski, chlubiący się z kolei najwyższą wśród polskich uczelni liczbą studentów wyjeżdżających za granicę w ramach programu wymiany międzynarodowej Socrates-Erasmus.
   Do liderów w swoich kategoriach należą m.in.: Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego (uczelnie rolnicze), Politechnika Warszawska i Gdańska (techniczne), Akademia Medyczna w Warszawie (medyczne), krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza (inżynieryjne). Cieszące się od lat dobrą sławą uczelnie z największych miast coraz częściej są doganiane przez placówki z mniejszych miejscowości, które stawiają na kontakty z zagranicą i inwestują w nowoczesny sprzęt - jak choćby Akademia Medyczna w Białymstoku (w tegorocznym rankingu tygodnika "Newsweek" zajęła szóstą pozycję).
   Uczelnie niepaństwowe, kształcące odpłatnie, to osobna kwestia. Możliwości ich zakładania przyniosła ustawa o szkolnictwie wyższym z września 1990 r. Jej twórcy nie przewidywali zapewne, że uruchomią wielką edukacyjną machinę. Dwa lata później było zaledwie 11 takich placówek. W styczniu 2001 r. - 185, w ubiegłym roku akademickim - 274. Studiowało w nich blisko 550 tys. osób.
   Według przedstawicieli MENiS, aby prywatna szkoła wyższa stała się uczelnią z prawdziwego zdarzenia, potrzeba przynajmniej - w analogii do uczelni państwowych - piętnastu lat. Dopiero po takim czasie można stworzyć własne środowisko naukowe, związane wspólną tradycją i wypromowanymi samodzielnie wychowankami. Najstarsze ze szkół prywatnych zdążyły już sobie wyrobić dobrą markę, także u pracodawców.
   W gronie uczelni niepaństwowych dobrą renomą cieszą się Wyższa Szkoła Zarządzania i Przedsiębiorczości im. Leona Koźmińskiego w Warszawie, Wyższa Szkoła Humanistyczna im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, Polsko-Japońska Szkoła Technik Komputerowych w Warszawie, Prywatna Wyższa Szkoła Biznesu i Administracji w Warszawie Wyższa Szkoła Zarządzania i Bankowości w Krakowie, Wyższa Szkoła Biznesu National Louis University w Nowym Sączu.
   Dylemat: dzienne czy zaoczne, a może wieczorowe? - z reguły rozstrzyga się po egzaminie wstępnym (czyli obecnie: "sprawdzianie kompetencji"). Dawniej na studia zaoczne trafiały osoby już pracujące, dziś ci, którym nie udało się zdobyć miejsca na obleganych kierunkach dziennych. Zaocznie kształci się dziś co drugi student, płacąc średnio za rok od 3,5 tys. zł (prawo) do ponad 8 tys. zł (informatyka). Najwięcej studiuje na kierunkach ekonomicznych (ok. 65 proc.)
   Uczelnie państwowe odpowiadają na rosnącą konkurencję ze strony szkół prywatnych, obrastając zamiejscowymi filiami.
   Krajowe rankingi szkół wyższych okazują się niemiarodajne, gdy polskie uczelnie zostają wzięte pod lupę zagranicznych naukowców, porównujących uczelnie z całego świata. Sporo zamieszania w środowisku akademickim narobiła ostatnio tzw. lista 500 z Jiao Tong. Uczeni z Chin, zbierając informacje z ponad dwóch tysięcy uniwersytetów na świecie, zaklasyfikowali do prestiżowego grona pięciuset najlepszych tylko dwie polskie szkoły wyższe - Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński.
   Jakie główne czynniki brano pod uwagę? Liczbę laureatów Nagrody Nobla (nauki matematyczno-przyrodnicze, medycyna, ekonomia) lub zdobywców Medali Fieldsa (odpowiednik Nobla dla matematyków). Ponadto: najczęściej cytowane prace naukowe w latach 1981-99, liczbę artykułów opublikowanych w "Science" i "Nature" w latach 1999-2003 oraz liczbę cytatów w ważnych pismach naukowych w 2003 r.
   Jak polscy wykładowcy tłumaczyli zaskakująco niski wynik naszych uczelni? Brakiem środków na finansowanie nauki.
   Dla absolwenta szkoły średniej większy problem niż wybór samej szkoły stanowi jednak wybór kierunku studiów. Uczelnie wyższe dają dziś przyszłym studentom ogromne możliwości. W ich ofercie można przebierać jak na półkach supermarketu - poza najpopularniejszymi i niezmiennymi od lat kierunkami co roku przybywają nowe. Rodzą się i znikają kolejne mody. Pod koniec lat 90. wielu młodych ludzi chciało studiować zarządzanie i marketing (ten kierunek wybierało 14 proc. studentów). Wśród kierunków humanistycznych królowała psychologia i socjologia. Pies z kulawą nogą nie interesował się studiami na europeistyce, która stanowiła wówczas nieco egzotyczną nowinkę, oferowaną przez nieliczne uczelnie. Bo i kto przypuszczałby, że po naszym wejściu do Unii wzrośnie zapotrzebowanie na europejskich ekspertów? Dziś tego rodzaju kierunki powstają i w szkołach państwowych, i prywatnych.
   Specjaliści uczulają przyszłych studentów: nie warto kierować się wyłącznie owczym pędem, ale wybierać studia, które rzeczywiście interesują kandydata na magistra. Nawet jeśli z pozoru wydają się anachroniczne. Wciąż, na przykład, istnieje spore zapotrzebowanie na absolwentów geologii, geodezji, inżynierii mechanicznej, elektrotechniki, a nawet fizyki. Liczą się też: doświadczenie zawodowe (dlatego dobrze jeszcze w trakcie studiów podejmować praktyki), elastyczność (za przyszłościowe uchodzą interdyscyplinarne kierunki studiów). I nie należy przejmować się zanadto prognozami, gdyż rzeczywistość bardzo często ich nie potwierdza.
   Jest też i druga strona medalu. W ubiegłym roku Państwowa Komisja Akredytacyjna, zajmująca się oceną studiów, zawiesiła lub zamknęła 16 kierunków - 9 w szkołach prywatnych i 7 w państwowych. Około 5 proc. z ocenianych od 2002 r. kierunków otrzymało ocenę dyskwalifikującą, na kolejnych 25 proc. studiowanie umożliwiono warunkowo, wzbudzały bowiem liczne zastrzeżenia.

Zakuć, zdać, zapomnieć

   Lawinowy przyrost studentów nie idzie w parze z liczbą wykładowców. Na początku poprzedniej dekady mieliśmy około 60 tys. nauczycieli akademickich. W ciągu dziesięciu lat przybyło ich zaledwie 15 tys. Według danych GUS w roku akademickim 2003/2004 kadra uczelniana liczyła 91 530 osób. Ponad 20 tys. spośród nich stanowili profesorowie. Szacunki te można traktować jednak jako przybliżone ze względu na plagę polskiego szkolnictwa wyższego - wieloetatowość. Rozwinęła się ona wraz ze wzrostem liczby szkół wyższych, gdy na popularnych kierunkach zaczęło nagle brakować wykładowców. Osoby pracujące na kilku etatach, w uczelniach państwowych i niepaństwowych, ujmowane są w statystykach kilkakrotnie.
   _- Czy wykładowca, który w trakcie zajęć na swojej macierzystej uczelni patrzy na zegarek, żeby nie spóźnić się na wykład w prywatnej szkole, gdzie dostanie dwukrotnie więcej pieniędzy, może być wiarygodny? - _pyta retorycznie (i anonimowo) jeden ze studentów.
   Z drugiej strony trudno się dziwić, jeśli wykładowca z tytułem profesora uczelni państwowej, otrzymujący miesięcznie 2,5 tys. zł brutto plus dodatki, nie oprze się pokusie dorobienia na boku. Dyskusja nad wieloetatowością, rozpętana w ubiegłym roku, zakończyła się kompromisem: Państwowa Komisja Akredytacyjna toleruje dziś pracę co najwyżej na dwóch etatach. Wykładowcy, chałturzący na trzech lub więcej uczelniach, wiele ryzykują. Jeżeli wyśledzi ich PKA, może wystąpić z wnioskiem do ministra edukacji o zamknięcie danego kierunku studiów.
   Nauczyciele, z których wiedzy i oświadczenia korzysta jednocześnie kilka uczelni, stają się rekordzistami, jeśli chodzi o liczbę firmowanych prac magisterskich. Jeden z nich, profesor Wydziału Zarządzania Akademii Ekonomicznej w Poznaniu - jak ujawniła jedna z kontroli - miał na koncie aż 308 prac dyplomowych i magisterskich, inny - z Politechniki Częstochowskiej - 175. Ile z nich dokładnie przeczytano? Dlatego, choć wydaje się coraz więcej dyplomów, ich jakość nierzadko pozostawia wiele do życzenia.
   Nieoficjalne szacunki wskazują, że najprawdopodobniej co najmniej10 proc. prac magisterskich to plagiaty. Ile natomiast zostało napisanych na zamówienie przez ogłaszających się w Internecie "fachowców" - tego nie wie nikt. Studia na niektórych kierunkach przypominają przerób: egzaminy zdaje się hurtowo, w postaci testów, a wykładowcy nie pamiętają nie tylko nazwisk, ale nawet twarzy swoich wychowanków. Z większością nie zamieniają zresztą nawet kilku słów, nie mówiąc o prowadzeniu dyskusji na tematy naukowe. Na dokształcanie się, publikacje prac naukowych - brakuje już czasu.
   Sami studenci też coraz częściej wybierają podejście pragmatyczne: liczy się sam dyplom. Studia to nie miejsce, gdzie realizują się pasje i tworzą środowiskowe przyjaźnie, ale przystanek w drodze do kariery. - _Nie dziwi mnie już, kiedy zupełnie nieznajomy student dzwoni do mnie na numer domowy po godzinie 22, żądając, żebym pojawił się na uczelni następnego dnia o określonej porze, bo tylko wtedy ma czas uzyskać wpis do indeksu - _opowiada jeden z profesorów.
   Druga plaga, z którą przyjdzie zetknąć się Polakowi na studiach, związana zresztą z pierwszą, to brak wymiany kadr. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego na 28 tys. adiunktów w państwowych uczelniach zaledwie 10 tys. zrobiło habilitację. Obecne przepisy dają im na to 9 lat (8 lat ma asystent na zrobienie doktoratu, ale w praktyce uczelnie mogą przedłużać te terminy w nieskończoność). Raport Najwyższej Izby Kontroli o odpłatności za studia wyższe w państwowych uczelniach mówi, że niektóre uczelnie, borykające się z brakami kadrowymi, wydłużyły okres zatrudnienia na stanowisku adiunkta osób bez stopnia naukowego doktora habilitowanego aż do 40 lat. Paradoksalnie, czynnikiem, który w ostatniej dekadzie przyspieszył nieco proces uzyskiwania habilitacji, było ogromne zapotrzebowanie wyższych szkół niepaństwowych na samodzielnych pracowników nauki, niezbędnych do uruchomienia własnych studiów magisterskich.
   Niewielu studentów czwartego i piątego roku, zadając sobie pytanie: co dalej?, chce związać swoją przyszłość z macierzystą uczelnią. Wiedzą, że na szybką karierę nie mają co liczyć: przeciętny wiek profesora to 50-60 lat. Liczbę naukowców przed trzydziestką można szacować na 5-6 tys. osób. Część pasjonatów decyduje się zatem na emigrację, zwłaszcza że zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych specjalistów z nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej wzrasta.
   Dylematy polskich naukowców ma rozwiązać (przynajmniej częściowo) długo oczekiwana ustawa o szkolnictwie wyższym, przygotowywana przez zespół prezydenckich ekspertów pod kierunkiem prof. Jerzego Woźnickiego. Kiedy projekt wejdzie w życie, polski student będzie miał do wyboru uczelnie akademickie (z uprawnieniami do nadawania stopnia naukowego doktora) i nieakademickie. Podjęcie przez nauczyciela pracy na drugim etacie będzie możliwe tylko za zgodą rektora. Studia, podobnie jak w innych krajach UE, mają zostać podzielone na trzyletnie licencjackie i dwuletnie magisterskie. Trzecim stopniem ma być doktorat. Każdy przedmiot będzie punktowany. Student będzie musiał zdobyć w ciągu roku określoną liczbę punktów. Uczelniom niepublicznym przysługiwać ma prawo do refundacji czesnego za kształcenie studentów stacjonarnych.
   W roku akademickim 1990/1991 w Polsce studiowało niewiele ponad 400 tys. osób. Edukację zakończyło ponad 56 tys. Dziesięć lat później na blisko półtora miliona studiujących mieliśmy 304 tys. absolwentów. W te wakacje do rąk nowych magistrów trafi znów co najmniej 400 tys. dyplomów. Ile z nich zostanie w szufladzie? To już jednak zupełnie inna historia...
Beata ChomĄtowska

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie