Polityka gorzkich rozstań

Redakcja
Wszystko już było, chciałoby się powiedzieć. Zawirowania personalne w rządzie Jarosława Kaczyńskiego do złudzenia przypominają kryzys, jaki dotknął w 1999 r. awuesowski rząd Jerzego Buzka. Także wtedy ze stanowiskiem musiał pożegnać się Janusz Tomaszewski, z pozoru nieusuwalny wicepremier i bliski współpracownik chyba najważniejszej wówczas osoby w państwie, którą był Marian Krzaklewski, sterujący rządem z pozycji szefa Komisji Krajowej "Solidarności" i przewodniczącego największej partii w Sejmie.

Tajemnicze, niespodziewane i wręcz nieprawdopodobne dymisje na szczytach władzy stały się ostatnio codziennością. Jednak polityczne rozstania wieloletnich współpracowników lub dobrych przyjaciół nie są wcale niczym nowym w polskiej polityce.

Także wtedy wydarzeniom towarzyszyła atmosfera dwuznaczności oraz przecieków prasowych. Także wtedy zmiana na szczytach władzy nastąpiła mniej więcej w podobnym momencie - półtora roku od objęcia rządów. Była może tylko jedna, istotna różnica - wicepremier nie pisał listów do swego przyjaciela, a jeżeli nawet je pisał, to ich nie upubliczniał.
Kiedy w marcu 1999 r. z funkcji szefa kancelarii premiera Jerzego Buzka rezygnował Wiesław Walendziak, nikt z oficjeli nie mówił publicznie, że ma to związek z osobą Janusza Tomaszewskiego, ówczesnego bardzo wpływowego wicepremiera, ministra spraw wewnętrznych. O konflikcie między obydwoma politykami zaczęto głośno mówić dopiero później, ale jego przyczyny i tło do dzisiaj pozostają niejasne.
W każdym razie odejście Walendziaka z rządu było początkiem końca jego doskonale zapowiadającej się kariery politycznej. Co prawda w 2001 r. został on wybrany posłem, ale w połowie kadencji niespodziewanie złożył mandat, biorąc definitywny rozbrat z polityką. Teraz z powodzeniem zajmuje się biznesem u jednego z najbogatszych Polaków, Ryszarda Krauzego.
A Tomaszewski? Polityk, który - jak się powszechnie dzisiaj uważa - stał za dymisją Wiesława Walendziaka jako szef tzw. "spółdzielni" w Akcji Wyborczej Solidarność, pół roku potem sam musiał pożegnać się ze stanowiskiem. Odszedł w atmosferze formułowanych także w mediach podejrzeń o niejasne powiązania z tzw. królem żelatyny Kazimierzem Grabkiem i po złożeniu przez rzecznika interesu publicznego wniosku w jego sprawie.
Dopiero w 2001 r. sąd uznał, że Janusz Tomaszewski nie skłamał w swoim oświadczeniu lustracyjnym. Ostatecznie nie znaleziono również dowodów na to, że wicepremier w jakikolwiek sposób ułatwiał działalność biznesową Grabkowi, czemu jakoby miało służyć wprowadzenie całkowitego zakazu sprowadzania do Polski żelatyny.
Czy Ludwik Dorn również będzie czekał blisko dwa lata na oczyszczenie z zarzutów oraz, jak sam to określa, pomówień i insynuacji? I czy tak samo długo będzie trwało wyjaśnianie podejrzeń dotyczących domniemanych powiązań wysokich rangą policjantów z poszukiwanym od niedawna listem gończym byłym senatorem Henrykiem Stokłosą?
Dymisja Janusza Tomaszewskiego mocno zachwiała rządem i w ogóle całą Akcją Wyborczą Solidarność. Odszedł bowiem nie tylko bliski współpracownik Mariana Krzaklewskiego, ale także współtwórca AWS oraz autor jej niezwykle skutecznej kampanii wyborczej. Podobnie jak Walendziak, także on zniknął z wielkiej polityki, choć nosił się z zamiarem kandydowania na prezydenta Łodzi w 2002 r.
Przy okazji obecnego kryzysu personalnego w rządzie Jarosława Kaczyńskiego mieliśmy do czynienia ze wszystkim, do czego zdołaliśmy się już przyzwyczaić w życiu publicznym. Były enigmatyczne, niczego nie wyjaśniające wypowiedzi szefa rządu. Były teatralne gesty - ostentacyjne wychodzenie z konferencji prasowej ministra Dorna czy łzy wzruszenia również zdymisjonowanego ministra Sikorskiego. Były oskarżenia kierowane pod adresem ustępujących urzędników. Były w końcu zapewnienia prominentnych przedstawicieli PiS, że odejście szefów dwóch kluczowych resortów jest rzeczą jak najzupełniej normalną.
Premier, autor tych zmian personalnych, podobnie jak i jego poprzednicy na tym stanowisku, uważa zapewne, że nie ma najmniejszego powodu, aby w jakikolwiek sposób wyjaśnić nie tylko przyczyny dymisji Ludwika Dorna z funkcji ministra spraw wewnętrznych, ale także jego coraz bardziej prawdopodobnego odejścia z rządu. Nie wyjaśnia także Jarosław Kaczyński odwołania w powszechnej opinii najlepszego i najbardziej kompetentnego członka swojego gabinetu, ministra obrony Radka Sikorskiego.
W przypadku Dorna jest to tym bardziej tajemnicze rozstanie, że przecież tego polityka, nazywanego "trzecim bliźniakiem" łączy (łączyła?) z Jarosławem Kaczyńskim długoletnia zażyłość. Nie zachwiały jej największe nawet różnice zdań. Czy mamy więc uwierzyć, że siedemnastoletnią przyjaźń, która przetrwała największe niedole Porozumienia Centrum oraz okres całkowitego zmarginalizowania tej partii, zniweczył spór o informatyzację instytucji państwowych lub utarczki z ministrem sprawiedliwości?
No, ale wszystko jest możliwe w polskiej polityce, która w o wiele większym stopniu niż inne dziedziny życia publicznego rządzi się emocjami, sympatiami, antypatiami oraz resentymentami. Jarosław Kaczyński w niczym nie różni się tutaj od Lecha Wałęsy, sprawcy równie bulwersujących politycznych rozwodów. Obecny premier sam przecież stał się swego czasu ich ofiarą.
Pod koniec 1991 r. Jarosław i Lech Kaczyńscy z niewiadomych opinii publicznej powodów przestali prezydentowi Lechowi Wałęsie pasować do jego sławnej koncepcji "zderzaków". Z dnia na dzień Jarosław przestał być szefem prezydenckiej kancelarii, a Lech, jeden z najbliższych współpracowników legendarnego lidera "Solidarności", ważny uczestnik obrad Okrągłego Stołu i rozmów w Magdalence, stracił stanowisko szefa prezydenckiego biura bezpieczeństwa narodowego.
Przyczyn tych decyzji personalnych prezydent, oczywiście, publicznie nie tłumaczył. Do dzisiaj rzeczywiste kulisy dymisji nie są jasne, choć wiadomo już, że obydwaj bracia stracili stanowiska w rezultacie konfliktu z Mieczysławem Wachowskim, szefem gabinetu prezydenta. Potem przez lata przyszły premier i prezydent byli skłonni przedstawiać siebie jako ofiary zakulisowych działań belwederskiej szarej eminencji, przy okazji właśnie Wachowskiego obarczając odpowiedzialnością za wszystkie błędy prezydentury Lecha Wałęsy. Źródła tego personalnego konfliktu wciąż pozostają jednak tajemnicą uczestników wydarzeń oraz prezydenckich archiwów.
Późniejsza dymisja najbardziej zaufanego i najwierniejszego współpracownika Lecha Wałęsy także stała się sensacją sezonu politycznego. Doszło do niej w 1995 r., zaledwie na kilka tygodni przed wyborami prezydenckimi, kiedy Wachowski musiał się pożegnać ze stanowiskiem szefa prezydenckiego gabinetu i funkcją podsekretarza stanu. Wcześniej prezydent Wałęsa konsekwentnie ignorował wszystkie zarzuty wobec swego ministra. Dopiero zacięta walka o reelekcję skłoniła go do pozbycia się niepopularnego w społecznym odbiorze urzędnika.
To na użytek mediów, bo w rzeczywistości Mieczysław Wachowski pozostał pracownikiem prezydenckiej kancelarii, a umowę o pracę rozwiązał z nim dopiero prezydent Kwaśniewski. Pozostał także przyjacielem samego prezydenta, z którym zna się od 1980 r. Ale o tym mogliśmy się przekonać dopiero po wyborach, przy okazji kolejnych hucznie obchodzonych imienin Lecha.
Do niespodziewanych politycznych rozstań lub roszad personalnych dochodzi również w partiach politycznych. Ostatnio, dzięki wyjątkowej rozmowności Leszka Millera, dowiadujemy się czegoś więcej o jego stosunkach z Aleksandrem Kwaśniewskim. Jeszcze kilka lat temu ówczesny prezydent z ówczesnym premierem dawali dowód sprawności działania oraz jedności postpezetpeerowskiej lewicy. Jednak w pewnym momencie, być może po części za sprawą afery Rywina, ich drogi się rozeszły i na monolicie pojawiły się głębokie rysy.
Potem było już tylko gorzej. Według Kwaśniewskiego skończył się w polityce czas ludzi pokroju Millera. Według Millera Kwaśniewski kierował się osobistymi antypatiami, blokując jakoby jego start w wyborach parlamentarnych. "Szorstka przyjaźń" skończyła się cichym rozstaniem i z trudem maskowaną niechęcią. Obaj panowie nie widzieli się od ponad roku, a Leszek Miller w jednym z wywiadów zapowiada, że jeżeli dojdzie do takiego spotkania, będzie ono dla obu stron bardzo trudne.
A prawica? Również ona ma na koncie małżeństwa z rozsądku, wielomiesięczne kłótnie, ciche dni, separacje, chwilowe rozstania i ostateczne rozwody.
W 1992 r. sympatyków prawicy bardzo zaskoczyło i zmartwiło odejście Jana Olszewskiego z Porozumienia Centrum. Były premier liczył zapewne na wyborczy sukces założonego przez siebie ugrupowania, ale ani Ruch dla Rzeczpospolitej, ani późniejszy Ruch Odbudowy Polski nie odegrały żadnej roli. Po wielu latach Olszewski powrócił do grona współpracowników braci Kaczyńskich, obecnie jest doradcą prezydenta.
Piętnaście lat temu obserwatorów sceny politycznej zbulwersował Antoni Macierewicz, obecnie szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, wówczas jeden z liderów Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, który rozstał się z ZChN i na czele Akcji Polskiej zasilił nowo powstający RdR Jana Olszewskiego. Po kilku latach były minister spraw wewnętrznych ponownie zresztą ogłosił secesję, zakładając Ruch Katolicko-Narodowy. Działacze tego ugrupowania weszli w 2001 r. do Sejmu z list Ligi Polskich Rodzin, ale ich lider także i tym razem postanowił pójść swoją drogą i opuścił opiekuńcze skrzydła Romana Giertycha. Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi ponownie spotkał się z Janem Olszewskim, lecz ich wspólny Ruch Patriotyczny nie zdobył ani jednego mandatu poselskiego.
Takie kilkakrotne, zaskakujące opinię publiczną rozstania są niewątpliwie jakimś sposobem na znalezienie swego miejsca w polityce. Może o tym wiele powiedzieć Jan Rokita, może i Donald Tusk. Gdy przegrał on w wyborach na szefa Unii Wolności z Bronisławem Geremkiem, postanowił odejść do nowej partii. Tak powstała Platforma Obywatelska. Rozstanie się Tuska z ugrupowaniem, którego był współzałożycielem i jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy, stało się ciosem dla wielu sympatyków zarówno samego polityka, jak i UW.
Także w PO nie obyło się bez dramatycznych rozstań. Któż sześć lat temu, kiedy w gdańskiej Hali Olivii powstawała Platforma Obywatelska, mógł przypuszczać, że z trzech "tenorów" - założycieli, pozostanie w niej jedynie wspomniany Donald Tusk? Najpierw w połowie 2003 r. z partią pożegnał się Maciej Płażyński. Rok później z prestiżowej funkcji szefa Rady Programowej PO zrezygnował inny filar Platformy Andrzej Olechowski.
Co ciekawe, o ile Płażyński zarzucał PO, że staje się zbyt liberalna i że swoją ofertę programową kieruje wyłącznie do lepiej wykształconych i bogatszych grup społecznych, o tyle Olechowski miał swej partii za złe coś wręcz przeciwnego - właśnie systematyczne odchodzenie od zasad liberalnych.
Były minister spraw zagranicznych w jednym z ostatnich wywiadów oświadczył, że Platforma bardzo oddaliła się od jego ideałów, zarówno w kwestii praw obywatelskich, jak i w dziedzinie gospodarczej. Płażyński powtarza, że PO stała się partią wyłącznie Donalda Tuska i jego otoczenia.
W tej opinii jest trochę prawdy, bo ostatni "tenor" w Platformie woli raczej karierę solową niż zgodny chór partyjny. Jest przecież współautorem także dwóch innych zaskakujących personalnych pożegnań z PO - Pawła Piskorskiego oraz Zyty Gilowskiej. Choć kontrowersyjne i niespodziewane, były one jednak opinii publicznej w jakiś sposób wyjaśnione przez szefostwo Platformy - w przypadku Piskorskiego powiązaniami z korupcjogennym tzw. układem warszawskim, w przypadku Gilowskiej zarzutami o partyjny nepotyzm.
W przypadku ostatnich dymisji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego obserwatorzy polityczni wiedzą niewiele więcej niż szarzy obywatele. Wszyscy są więc skazani na snucie domysłów lub powtarzanie plotek. Intuicyjnie wyczuwamy, że na szczytach władzy trwa jakaś walka, ale o co i dlaczego się toczy - tego nie wiemy. Może, jak zwykle w polskiej polityce, dowiemy się tego dopiero za kilka lat.
Andrzej Patuła

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie