Polski himalaizm. Wanda Rutkiewicz była kobietą Everestem

Polski himalaizm. Wanda Rutkiewicz była kobietą Everestem

Majka Lisińska-Kozioł

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Jeśli igram ze śmiercią, widocznie tego potrzebuję - mówiła. Tylko tak potrafiła żyć. Na krawędzi. Nie istniały dla niej rzeczy niemożliwe, nie do pokonania.
1/6
przejdź do galerii

Jeśli igram ze śmiercią, widocznie tego potrzebuję - mówiła. Tylko tak potrafiła żyć. Na krawędzi. Nie istniały dla niej rzeczy niemożliwe, nie do pokonania.

Bo Wanda Rutkiewicz była kobietą od przekraczania granic ©fot. Seweryn Bidziński/Wikipedia

Kochano się w niej, doceniano determinację, elegancję, urodę i wdzięk. Zarzucano wyrachowanie, dyktatorskie zapędy, a nawet oszustwa. Historia Wandy Rutkiewicz pokazuje, jak ambicja, presja sponsorów i mediów, a także kreacja własnego wizerunku zabierają radość życia i mogą prowadzić do śmierci - mówi Anna Kamińska, autorka biografii „Wanda”
- Na dziesiąte piętro warszawskiego wieżowca wjechałam windą. Zza drzwi oznaczonych numerem 88 dochodziło szczekanie psa. Za chwilę stanęła w nich Wanda Rutkiewicz. Była boso. „Kiedy jestem w domu, lubię chodzić w skarpetkach, choć właściwie nie powinnam” - powiedziała i wsunęła nogi w wygodne białe klapki na koturnach. Tamtego dnia, wiosną 1992 roku, w ciemnych wąskich spodniach i oliwkowej bluzie wyglądała tak krucho, że trudno mi było uwierzyć, że nie oparło jej się osiem z 14 najwyższych wierzchołków świata. Tak zapamiętałam i opisałam nasze pierwsze, i ostatnie jak się okazało, spotkanie. Pani dużo wnikliwiej, choć nie bezpośrednio, przyjrzała się Wandzie Rutkiewicz.

- Była kobietą od przekraczania granic.
Nie tylko tych dotyczących wytrzymałości, zdrowia. Ale i tych między państwami, bo żeby podróżować w tamtych czasach, trzeba było dostać paszport. Gdy nie miała pieniędzy, to je zdobywała. I jechała w góry wysokie, żeby…

- …przekroczyć kolejną granicę.

- Właśnie. Pisząc tę książkę, porwałam się na coś niemożliwego. Nie wspinam się, więc nie znałam środowiska alpinistów. Ale słyszałam, że jeśli wspinacz po pokonaniu lęków, słabości, przeszkód i przekroczeniu wielu własnych granic wejdzie na wierzchołek, czuje moc. Tym bardziej chciałam się dowiedzieć, czy tak było z kobietą, o której słyszałam, że chodziła w góry „jak na zatracenie”.

- Powiedziałaby Pani dziś, że zna Wandę Rutkiewicz?

- Raczej, że sporo się o niej dowiedziałam. A zaczęło się na dobre, gdy kupiłam na aukcji w Internecie książkę „Wszystko o Wandzie Rutkiewicz” autorstwa Barbary Rusowicz. Należała do człowieka, który był zafrapowany himalaistką i przez sześć lat - od 1992 roku - zbierał o niej informacje, wycinki prasowe. Robił na marginesach książki notatki. Oceniał kiedy jest autentyczna, a kiedy ukrywa prawdę. Ustaliłam, że mieszkał sto metrów od mojego domu.

- Różnie ją postrzegano.

- Dla jednych była wrażliwa, empatyczna, dla innych skryta, na swój sposób samotna. Na pewno nietuzinkowa. Hanna Wiktorowska, wieloletnia sekretarz Polskiego Związku Alpinizmu, podkreśla, że miała w sobie ogromną siłę i równocześnie dużo słabości, a do tego była osobą nieprzewidywalną, zarówno w górach, jak i na dole. Himalaiści mówili, że jest dyktatorem, ale w telewizji pojawiała się subtelna i elegancka kobieta. Miała wiele twarzy.

- W wieku 48 lat wymyśliła „Karawanę do marzeń” i w ciągu roku, dwóch chciała zdobyć Koronę Himalajów, czyli brakujące w jej kolekcji sześć ośmiotysięczników.

- Porywała się na rzeczy trudne, choć nie była już młoda.

- Czy ja wiem? Anna Czerwińska zdobywała ośmiotysięczniki później. Miała 52 lata, gdy weszła na Everest - i była wtedy najstarszą kobietą na tej górze. A Makalu zdobyła w wieku 58 lat.

- Wanda Rutkiewicz się szybko aklimatyzowała, miała dobre krążenie, nie odmrażała się, ale z jej wydolnością nie było tak dobrze jak u Czerwińskiej. Ciekawiło mnie, dlaczego osoba w jej wieku jest tak bardzo zdeterminowana, żeby się rozwijać, a nie podsumowywać życie.

- Walczyła, by być najlepsza. Umiała się koncentrować i na swoim świecie, i na swoim celu, i na zadaniach.

- Mniej na zwykłym życiu. Dlatego chciałam wiedzieć, co zaprowadziło ją na Dach Świata. To ona ukuła wtedy hasło: Każdy ma swój Everest. Była pierwszą Polką i Europejką na tej górze. A potem jako pierwsza kobieta weszła na K-2. Himalaiści byli pod wrażeniem. Kiedy się z nimi rozmawia, wielu wylicza słabości Wandy Rutkiewicz, niejednemu zalazła za skórę, ale przyznają, że była kobietą niezwykłą.

- Odkryciem - dla Pani jako autorki - był Zbigniew Błaszkiewicz, ojciec Wandy.

- Publicznie prawie o nim nie mówiła. Ale opowiadała o ojcu swojej kuzynce Barbarze Grabowskiej. Inżynier po studiach we Lwowie, miał otwarty umysł, szerokie horyzonty, znał języki. Nie bał się zmian, przeprowadzał się wiele razy, ćwiczył jogę, karate, był pływakiem i strzelcem. To on był inspiracją i motorem napędowym wielu działań w życiu alpinistki. On stoi za rozwojem jej ambicji oraz sukcesów w różnych dziedzinach sportu. Chciała mu imponować. On kolekcjonował patenty i miał coraz więcej pomysłów na wynalazki, ona kolekcjonowała górskie szczyty.

- W jakim stopniu śmierć wuja i brata, a potem równie tragiczna ojca - miały wpływ na jej życie?

- W dużym. Także z powodu matki. Maria Błaszkiewicz uznawała tamte tragedie za tabu. Żyła tak, jakby nie zagłodzono wuja w łagrze. Milczała, kiedy od wybuchu pocisku zginął we Wrocławiu starszy brat Wandy - Jurek. I wtedy, gdy wiele lat później brutalnie został zamordowany ojciec Wandy. A kiedy wyrasta się obok człowieka, który nie wyrzuca z siebie emocji, nie przeżywa kolejnych etapów żałoby, nie płacze, nie mówi o sprawach trudnych, ale odsuwa je od siebie, to przejmuje się taki właśnie sposób radzenia sobie z dramatami.

- Nie oczyszcza się, nie leczy ran, nie pozbywa bólu?

- A bez tego człowiek jest obciążony przeszłością. Wanda najprawdopodobniej była. W domu nie miała poczucia bezpieczeństwa. Nigdy nie było wiadomo, co się wydarzy; czy mama wybuchnie i zacznie rozbijać talerze, czy będzie kłótnia z ojcem, czy ściana się nie zawali. U Błaszkiewiczów nie siadano wspólnie do stołu, nie opowiadano sobie nawzajem, jak minął dzień, nie dzielono się wrażeniami. Dla Wandy namiastką rodzinnej wspólnoty były spotkania ze znajomymi przy ognisku. Wychowana w takich warunkach świetnie radziła sobie później tam, gdzie niepewność tego, co za chwilę się wydarzy, jest normą. Jeśli igram ze śmiercią, widocznie tego potrzebuję - mówiła. I tłumaczyła: kocham przygodę i ryzyko. One są częścią mojego życia.

- Spotkałam się z Marią Błaszkiewicz kilka miesięcy po zaginięciu Wandy Rutkiewicz. To była kilkugodzinna rozmowa w mieszkaniu przy Sobieskiego w Warszawie. Ta 82-letnia wówczas kobieta sprawiała wrażenie osoby miłej, wykształconej, o czym świadczyło piękne słownictwo, jakim się posługiwała. Mówiła o córce ciepło. „Wandzia była tak spokojna, rozluźniona i pogodna jak przed żadną wcześniejszą wyprawą”- mówiła, gdy wspominała pożegnanie córką przed wyjazdem na Kanczendzongę. Odnosiłam wrażenie, jakby były ze sobą bardzo blisko. Były?

- O to, jaka była mama, zapytałam Ninę, siostrę Wandy Rutkiewicz. Nie radziła sobie z opieką nad dziećmi, ze sprzątaniem i praniem, zakupami. Była kobietą oddaną mistyce Wschodu, interesującą się agni jogą czy okultyzmem. Jeśli ojciec Wandy - Zbigniew Błaszkiewicz nie zarządził, żeby dzieci posprzątały i nie pokazał im, jak się do tego zabrać - mieszkanie osaczał ich totalny bałagan. Nina wspominała, że to tata poświęcał czas dzieciom, skonstruował im kajak, zbierał na wycieczki, uczył jeździć na rowerze, szczepił róże w ogrodzie. A gdy zapytałam, co robiła mama - usłyszałam, że mama po prostu była. Wanda Rutkiewicz całe życie miała z mamą trudne relacje.

- Rozmówcy odkrywali przed Panią nieznane dotąd fakty z życia himalaistki.

- Często mnie zaskakiwali. Marcin Osiowski, kierowca, z którym Wanda jako pilot startowała w rajdach, przyznał, że byli też parą, choć był od niej kilkanaście lat młodszy. Zaskoczyła mnie relacja łącząca Wandę z jej pierwszym mężem Wojciechem Rutkiewiczem; to, że byli ze sobą tak blisko, a z drugiej strony tak daleko. Że o sprawach intymnych rozmawiali za pośrednictwem listów i to, że Wojciech Rutkiewicz oświadczył się jej, wręczając kartkę z pytaniem, czy za niego wyjdzie.

- Mówiło się, że mieli gwałtowne usposobienie.

- Owszem, potrafili ostro się pokłócić. Rozstali się, jak mówi dziś Wojciech Rutkiewicz, bo oboje byli silnymi osobowościami i nie mieli łatwych charakterów.

- Czy taką kobietę można było zwyczajnie lubić?

- Przez jednych była kochana, przez innych znienawidzona. Ja miałam i mam dla niej szacunek, ale w niektórych kwestiach przeżywałam nie raz rozczarowanie.

- Na przykład?

-Rozumiałam mężczyzn, którzy uwierzyli w jej uczucia, sympatię, oddanie, a potem odkrywali, że ich tylko uwiodła, bo byli narzędziem na drodze do celu. Zdzisław Prusisz, z którym też się spotykała przyznał, że potrafiła zaczarować uśmiechem. Bardzo go dotknęła, gdy bez uprzedzenia zrezygnowała ze wspólnych wakacji w Zakopanem, żeby realizować własne plany. To był początek końca ich znajomości. Często pojawia się wobec niej zarzut, że nawet w bliskich relacjach traktowała ludzi przedmiotowo. O jej drugim mężu, austriackim lekarzu i ekologu Helmucie Sharfetterze, mówiono, że go sobie „wzięła”, bo potrzebowała leczenia po kontuzji i operacji nogi. Wspinacze też byli pod wrażeniem jej urody, czy sposobu mówienia, którym „uwodziła jak żmija”. Wystarczyło, że się uśmiechnęła i topnieli jak wosk. Miała tego świadomość i chętnie ze swoich atutów korzystała, by załatwić jakąś sprawę, a nie zadurzyć się na śmierć i życie, bo taki odlot, jak by to ujęli wspinacze, nie był w stylu Wandy.

- Ale bywała też wrażliwa, empatyczna.

- Myślała o innych. Z zagranicy przywoziła dla bliskich leki i ubrania. Janusz Onyszkiewicz wspominał, jak będąc daleko od Polski, dostał wiadomość, że zmarła mu matka, a potem żona. Wanda się w tej sytuacji sprawdziła jako przyjaciółka. To dowód, jak skomplikowaną istotą jest człowiek i jak wiele sprzecznych, z pozoru wykluczających się cech miała Wanda Rutkiewicz. Hanna Wiktorowska, wieloletnia sekretarz Polskiego Związku Alpinizmu, mówiła, że jedna Wanda - to pełna wdzięku, chodząca subtelność i delikatność, a druga Wanda to „zaraza”.

- Miała plan na potem? Na życie po „Karawanie do marzeń”.

- Janusz Fereński opowiadał, że jeździli do Kotliny Jeleniogórskiej, znaleźli miejsce, które Wanda chciała kupić. Że miała przygotowane dokumenty. Planowała założyć tam ośrodek wspinaczkowy, zapraszać ludzi gór z Polski i zagranicy.

- Jak to się ma do teorii, że została na pod wierzchołkiem Kanczendzongi, bo w ten sposób chciała pożegnać się z życiem.

- Nijak.

- W 1992 roku zapytałam, czy zawieszając swoje przyziemne sprawy na czas wyprawy w góry wysokie, bierze pod uwagę to najgorsze, co może się zdarzyć. „Takich pytań się nie zadaje. W góry chodzimy po to, by wrócić”- powiedziała.

- Ale była inteligentną kobietą i miała świadomość, że ludzie tam giną. Nina, siostra Wandy, bała się o nią. I zapytała kiedyś: „Słuchaj, a jak się coś wydarzy, nie wiadomo co, coś poważnego”. Wanda jej odpowiedziała: „Jeżeli się to wydarzy, to znaczy, że tak miało być”.

- Wanda Rutkiewicz wątpiła w siebie? W to, że jej się uda?

- W siebie nie wątpiła nigdy. Na Gaszerbrumy lub na Kanczendzongę jechała, by wejść na wierzchołek. Ale miała też gotowość do ryzyka. Wiedziała, że ekstremalne warunki i pogoda mogą jej pokrzyżować plany.

- Wiele razy zawiodła się na ludziach, także na kolegach alpinistach; choćby wtedy, gdy podawano w wątpliwość jej wejście na Annapurnę w 1991 roku. Czy przez to była bardziej samotna. Introwertyczna.

- Znajomi z młodości mówili, że zawsze taka była; raczej zamknięta, skupiona na sobie i swoich sprawach. Z upływem czasu coraz bardziej trzymała dystans, zwłaszcza jeśli chodzi o środowisko alpinistyczne.

- Niektórzy twierdzili, że posmutniała, bo z perspektywy przeżytych lat wiele rzeczy, które kiedyś wydawały się jej czarno białe i proste, przestało takimi być.

- Dlatego wolała jeździć w góry z mniej doświadczonymi ludźmi jak Arkadiusz Gąsienica Józkowy, który był dwudziestolatkiem, gdy zabrała go na Kanczendzongę. Zapłaciła za jego podróż, w zamian miał być w górach jej partnerem i pomagać. Robił to sumiennie.

- Samodzielna, dominująca, inteligentna zaradna. Takich kobiet mężczyźni nie lubią.

- Ordynarnie silna - tak o niej mówili. Dorównanie takiej kobiecie nie było łatwe.

- Ale ostatni związek z Kurtem Lynche-Krugerem, neurochirurgiem z Berlina, przystojnym, ciepłym, mądrym facetem - ponoć rokował na przyszłość.

- Wanda była tym mężczyzną zauroczona, ale od Marion Feik, przyjaciółki Wandy, dowiedziałam się, że to nie był tradycyjny związek. Nie zdążył się też rozwinąć. Kurt zginął pod Broad Peakiem. Jego wypadek i śmierć to był dla niej cios.

- Była kobieca?

- Nawet bardzo. Lubiła perfumy, elegancką bieliznę, piękne sukienki. W szafie przy Sobieskiego zostały w 1992 r. jej białe bluzki z jedwabiu, nepalskie chusty, czarno-biało-szare żakiety szyte w Katmandu, piękna biżuteria. Zresztą ubrania były dla niej ważne i na dole, i w górach. Gdy komentowano jej żółty kombinezon, który miała pod K-2, mówiła, że nie jest jej obojętne jaki ma strój, bo jest sobą nawet na ośmiotysięczniku. Miało dla niej znaczenie, jak będzie wyglądać w telewizji. Przyjeżdżała do niej Ewa Iwanicka-Gregorek przymierzały ubrania, sprawdzały, w czym Wandzie jest lepiej.

- Mówiła mi, że po powrocie z wyprawy przede wszystkim leci do fryzjera i kosmetyczki. Że stosuje kremy tłuste i nawilżające. I że nie lubi zakupów. W mieszkaniu też widać było kobiecą rękę.


- Goście od razu zauważali serwetki, piękne ręcznie malowane filiżanki, w których podawała herbatę. Na białych regałach i w szufladach układała pamiątki z Nepalu. Stało tam też zdjęcie z Janem Pawłem II, bo wtedy, gdy Wanda Rutkiewicz zdobywała Everest, Karol Wojtyła został papieżem (16.10.1978 r). Zdanie, które do niej powiedział: Dobry Bóg chciał, byśmy jednego dnia stanęli tak wysoko” - było cytowane setki razy.

- Była kobietą, która kochała i darzyła szacunkiem przyrodę.

- Wiele razy znosiła z gór wory śmieci. Z przyrody czerpała dobrą energię. Opowiadała, że na wyprawach, gdy wszyscy już spali, wychodziła czasami przed namiot i słuchała szumu strumyków, odgłosu lasu.

- Pisze Pani, że była feministką.

-Nie mówiła tak o sobie, ale przecież organizowała wyprawy w góry wysokie tylko dla kobiet, walczyła o pieniądze na te wyjazdy. Walczyła o prawa i obecność kobiet w górach. Przebijała pod tym względem wszystkie szklane sufity. Nie ma drugiej takiej osoby w gronie alpinistek, która wzięłaby na siebie organizację takiego przedsięwzięcia. Nie byłoby kobiecych wypraw na Gaszerbrumy i na K-2, gdyby nie ona.

- Ale powtarzała też, że jest gorsza niż Jurek Kukuczka. I że każda wielka alpinistka jest gorsza niż każdy wielki alpinista.

- To kwestia biologii. Na to nie miała wpływu, ale na to, by zebrać pieniądze na wyprawę - owszem. Więc to robiła. W skuteczności organizacyjnej była lepsza niż niejeden kolega wspinacz. Dlatego nie chciała być zepchnięta do roli kogoś, kto się zaczepi przy męskich wyprawach i musi słuchać kierownika mężczyzny. Sama chciała być kierownikiem. Nie mówiła o sobie: feministka, tylko nią była.

- Miała poczucie humoru?

- Jedni mówili, że była przewidywalna w swoich zachowaniach, uważała na to, co ludzie powiedzą, trzymała się w ryzach nawet na imprezach, a inni, że potrafiła zaszaleć. W 1975 r. podczas występu „Kabaretu pod Egidą” w klubie „Stodoła” wśród publiczności została puszczona księga, w której trzeba było wpisać nazwisko i adres oraz telefon i informację, co dana osoba może załatwić w PRL-u. Wpisało się kilkaset osób. Ktoś wymienił meblościankę, inny wczasy w Bułgarii, a Wanda wpisała: mogę załatwić „szczytowanie”.

- Czy jej pasja i ambicja mogły być destrukcyjne?

- Miała ciągle parę, by iść naprzód i wchodzić na wierzchołki tak samo jak młodsi od niej o wiele lat wspinacze. Z racji wieku była jednak wolniejsza, nie tak mocna jak kiedyś, a chciała koniecznie robić wyniki. Niektórzy widzieli w tej dysproporcji ambicji i możliwości - autodestrukcję. Forsowała granice swojej wytrzymałości. Zatracała się i wypalała przez swoją pasję. Podporządkowała jej życie, a pasja po kawałku jej je odbierała.

- Na początku dbała o kondycję. Wnosiła na dziesiąte piętro do swojego mieszkania worek kamieni.

-Podciągała się na drążku, biegała. Ale nie przywiązywała wagi do tego, żeby się właściwie odżywiać. Mało jadła. I to było moje kolejne zaskoczenie, tak jak to, jak bardzo pasja może być destrukcyjna. Presja sponsorów i mediów oraz kreacja własnego wizerunku, w tym przypadku ikony gór, zabierały radość życia.

- Jej wiedeńska menedżerka Marion Feik mówiła, że Wanda chciała żyć, ale nie miała nic przeciwko śmierci.

- To prawda. Wanda Rutkiewicz nie chciała zginąć, ale wiedziała, jakim sportem jest alpinizm. Miała odwagę, choć wiedziała, jak w górach wysokich giną ludzie; chwila nieuwagi, lawina, ruchomy kamień, bryła lodu. W górach wysokich śmierć mogła przyjść nagle, to było oczywiste, naturalne.

-Mimo że wiedziała, jakie warunki panują na Kanczendzondze i że na 8000 tysiącach nie odpocznie, nie zregeneruje się - została pod wierzchołkiem bez śpiwora, jedzenia, picia bez namiotu.

- Miałam świadomość, że jeśli Meksykanin Carlos Corsolio, który widział Wandę Rutkiewicz jako ostatni, nie powie mi, jak to było, będę musiała przyjąć do wiadomości to, co mówił 25 lat temu. Wiele razy do niego dzwoniłam, pisałam, ale nie odpowiedział na moje pytania.

- Corsolio i w sądzie, i w listach do Polskiego Związku Alpinizmu od lat trzyma się wersji, że gdy ją spotkał, była w dobrej formie, trochę zmęczona, że chciała iść do wierzchołka.

- Zarzucono mu jednak brak empatii i współczucia. Urządził bankiet w bazie po wejściu na Kanczendzongę Nie zgodził się zapłacić za faksy i telefony Arka Gąsienicy Józkowego, który chciał dać znać do Polski, co się dzieje.

- Wspomniała Pani, że była kontrowersyjna, piękna, wyrachowana, ale musiała też być niezwykłą osobowością, skoro skupiała wokół siebie wielu pomocnych ludzi.

- To był jej sztab. Każdego, kto w nim działał, łączył z Wandą silny emocjonalny kontakt. Dla wielu z tych ludzi śmierć Wandy jest niezabliźnioną raną. Nie było wszak pożegnania, nie było pogrzebu.

- Kto działał w sztabie?

- Tomasz Szostak, wierny przyjaciel Wandy - odpowiadał za transport. Jeździł na przykład do Puław po pierze do kombinezonów. Mówił, że było między nim a Wandą jest porozumienie dusz. Żałował, że nikt nie znalazł lekarstwa na jej nienasycenie i pogoń za szczęściem, choć na to zasługiwała. Bo Wanda to był człowiek Mount Everest dodawał. Barbara Grabowska odpowiadała za sekretariat. Maria Łaszczewska za bilety lotnicze. Krystyna Zapendowska-Starzyk była w sztabie dowódcą. Pilnowała załadunku sprzętu, ale też dawała Wandzie namiastkę domu. Gdy ta wracała z gór, wpadała do Krystyny, bo u niej były dzieci, psy, obiad. Ewa Iwanicka-Grzegorek to osobista dentystka. Wanda Wiktorowska była człowiekiem Wandy w PZA. Ewa Matuszewska, dziennikarka, odpowiadała za opiekę medialną. Marion Feik była menedżerką w Wiedniu, a Marek Janas - specjalistą od zadań specjalnych.

- Największa zaleta Wandy Rutkiewicz…

-Była człowiekiem, który porusza świat. Otwierała dotąd zamknięte drzwi. Przecierała szlaki. Rozwijała się przez całe życie.

- Wada?

- Myślę, że nie potrafiła zbudować silnej, bliskiej więzi z drugim człowiekiem, takiej, jaką by chciała. Nie stworzyła rodziny, czy w inny sposób nie zarzuciła kotwicy, która mocno nas trzyma w jakimś miejscu. Gdyby to jej się udało, byłaby dużo bliżej życia tutaj, niż bycia w górach. Na wysokości. Bez silnej więzi z drugim człowiekiem nie mogła tu poczuć się dobrze. Gdyby na dole coś ją coś trzymało, może nie narzuciłaby sobie morderczego tempa zdobywania gór najwyższych. Może miałaby w sobie więcej spokoju. Od dzieciństwa była wszak skupiona na zadaniach, celach i obowiązkach, którym musiała sprostać. Ale nie miała kiedy nauczyć się budowania relacji. Była ciągle w drodze. Ciągle coś było przed nią. Kochała wolność, lubiła samotność i nie umiała żyć bez gór. Nie celebrowała życia tu i teraz. Miała tego świadomość.

„Wanda” Wydawnictwo Literackie, Kraków

Wanda (Błaszkiewicz) Rutkiewicz urodziła się w 1943 roku w Płungianach na Litwie. Po wojnie wraz z rodziną przeniosła się do Wrocławia, gdzie skończyła studia na Wydziale Łączności Politechniki Wrocławskiej. Była legendą himalaizmu, pierwszą Europejką i pierwszą osobą z Polski na Mount Evereście oraz pierwszą kobietą, która weszła w 1986 r na K2. 12 maja 1992 roku, w wieku 49 lat, zaginęła w drodze na wierzchołek Kanczendzongi w Himalajach

Anna Kamińska. Autorka tekstów i książek. Publikowała m.in. w „Gazecie Wyborczej” oraz w magazynach „Zwierciadło”, „Uroda życia” czy „Pani”. Autorka książki „Odnalezieni. Prawdziwe historie adoptowanych” (WL 2010), a także bestsellerowej biografii „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak” (WL 2015)

WIDEO: Magnes. Kultura Gazura - odcinek 18

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto


Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo