18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Polski wymiar chaosu i absurdu

Redakcja
Prof. Andrzej Gaberle Fot. Katedra Kryminologii UJ
Prof. Andrzej Gaberle Fot. Katedra Kryminologii UJ
Udostępnij:
Twierdzi Pan, że na temat funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości narosło dużo mitów. Czy mitem jest też niemal powszechne przekonanie, że działa on źle?

Prof. Andrzej Gaberle Fot. Katedra Kryminologii UJ

ROZMOWA. Z prof. ANDRZEJEM GABERLEM, wieloletnim kierownikiem Katedry Kryminologii UJ, o zapaści prokuratur i sądownictwa

- Nie mam najmniejszych wątpliwości, że dobrze nie jest, a wiele rzeczy może i powinno działać znacznie lepiej. Największym mitem jest niepoprawnie postawiona diagnoza przyczyn kulejącego stanu wymiaru sprawiedliwości.
A gdzie trzeba ich szukać?
- Bezdyskusyjnie najważniejszym źródłem słabości jest fatalna organizacja. Zacznijmy od tego, że by wymiar sprawiedliwości - generalnie składający się z triady: policja, prokuratura i sądy - mógł naprawdę porządnie funkcjonować, pomiędzy tymi trzema instytucjami musi istnieć współdziałanie, dobra komunikacja. Tej nie ma. Również wewnątrz nich jest wiele chaosu organizacyjnego. Takim przykładem jest funkcjonowanie prokuratury. Prokurator, który prowadzi postępowanie, nie jest do końca jego panem, a powinien być. W prokuraturze rozdęte do absurdu są instytucje kontrolne, podobnie jak cała jej struktura. Przykładem całkowicie zbędnej instytucji kontrolnej są prokuratury apelacyjne.
Poprzedni szef resortu sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski chciał je zlikwidować, ale dziś już wiadomo, że ocaleją.
- Szkoda. Nadmiar instytucji kontrolnych blokuje prokuratorów liniowych. Wielokrotnie słyszałem narzekania od sędziów, którzy zapewniali, że jeśli w czasie rozprawy prokurator jest zmuszony zająć inne stanowisko niż w akcie oskarżenia, to regułą jest prośba z jego strony o przerwę. Podczas niej konsultuje stanowisko z przełożonym. To paranoja. Prokurator prowadzący sprawę ponosi za nią odpowiedzialność, ale też z tego tytułu musi mieć swobodę podejmowania decyzji. Tymczasem jest tak, że "czapa" kontrolna dławi prokuratorów. Ponadto obowiązująca u nas praktyka ułatwia naciski polityczne na nich. W konsekwencji często sprawy pod politycznym i medialnym ostrzałem są prowadzone długo, niekiedy latami. Prokuratorzy obawiają się podejmować oczywistych decyzji, które mogłyby nie zadowolić jakiejś ważnej partii czy polityka.
Przed wojną w Polsce, a obecnie w zdecydowanej większości krajów europejskich prokuratury są ulokowane przy sądach, co ma na celu lepszą koordynację działań. Czy w Polsce nie warto byłoby sięgnąć po takie rozwiązanie?
- Nie tylko warto, ale od lat przekonuję do niego. Nasza prokuratura jest dzisiaj zorganizowana według zasad Lenina, jako organ centralny. Powinna natomiast działać przy sądach. Dodam, że na jej czele stać musi prokurator całkowicie niezależny od prezesa sądu. Przyjęcie takiego wariantu miałoby także tę zaletę, że prokuratura przestałaby być organem scentralizowanym. Sami prokuratorzy powinni znajdować się pod ogólną kontrolą przełożonego, ale bez - jak obecnie - wielostronnej, niemal totalnej kontroli.
Prokuratorzy nieoficjalnie przyznają, że pracują tak naprawdę ku chwale statystyki.
- Bo tak jest. Przywiązanie do wyników jest przekleństwem w ich pracy. Wiedzą, że muszą tak robić, by szef był zadowolony. Ten zaś będzie kontent, jeśli statystyka będzie ładnie wyglądać.
Czy rozdział funkcji ministra sprawiedliwości od prokuratora generalnego byłby potrzebny?
- Można go dokonać, ale nie jest to niezbędne. Istota rzeczy tkwi w czymś innym. Konieczne jest uniezależnienie prokuratorów od nacisków ze strony przełożonych, w tym od prokuratora generalnego. Czy będzie on również ministrem sprawiedliwości, czy nie, to drugorzędna sprawa. Nie powinien mieć jednak prawa wtrącania się w pracę nawet prokuratora rejonowego. I to musi być rygorystycznie przestrzegane.
A jakie słabości organizacyjne cechują sądownictwo?
- Na sądach w sposób koszmarny ciąży zła struktura. Powinna mieć budowę spłaszczoną, a jest jak stożek o wąskiej podstawie.
To znaczy?
- Zdecydowanie za mało mamy sądów najniższego szczebla, a nadmiernie rozbudowane są wyższe. Sąd, by działać sprawnie, musi być blisko sprawy i obywatela. W Niemczech struktura sądownictwa przypomina dzisiaj strukturę przedwojennego polskiego sądownictwa. W województwie krakowskim, które przed II wojną światową miało niewiele większą powierzchnię niż obecne małopolskie i liczyło o prawie milion mieszkańców mniej, sądy były w każdym mieście, choćby kilkutysięcznym. Powinniśmy do takiego modelu zmierzać. Jeżeli tego nie zrobimy, nie skończą się narzekania na sądy. Nadal będzie kłopot ze świadkami, z doręczeniami, a w sądach-kombinatach stale cierpieć będziemy na brak sal. Jasne, że sprawy ważniejsze muszą być prowadzone przez sądy wyższej instancji. Jednak ponad 80 proc., jakie załatwia wymiar sprawiedliwości, to sprawy drobne, niewymagające najwyższych kwalifikacji i przesłuchania licznych świadków.
Skąd wziąć pieniądze na stworzenie gęstej sieci sądów?
- Wydaje mi się, że pieniądze wydane na taki cel szybko zwróciłyby się, ponieważ można przeliczyć zysk - i wymierny, i niewymierny - tych wszystkich, którzy teraz bardzo długo czekają na rozstrzygnięcie w sądach i tracą na tym pieniądze i zdrowie. Problem dostrzegam jednak w innym miejscu. Obawiam się, że gęsta sieć sądów pociągnęłaby za sobą gigantyczną ilość sędziowskich stanowisk funkcyjnych. Już obecnie jest ich za dużo. W małych sądach nie musieliby istnieć prezesi i szefowie wydziałów. Rotacyjnie - przez rok czy dwa - kolejne osoby mogłyby sprawować funkcję nadzorczą.
Sędziowie narzekają na zarobki. Mają rację?
- I tę kwestię proponuję rozwiązać porządnie.
Jak?
- Wszyscy sędziowie powinni dostawać taką samą podstawę, niezależnie od tego, w jakim sądzie orzekają, czy w rejonowym, czy w apelacyjnym (osobnym uregulowaniem należałoby objąć sędziów Sądu Najwyższego). Wynagrodzenie rosłoby wraz ze stażem pracy i ewentualnie w razie awansu zawodowego, czyli przejścia do sądu wyższej instancji. Zlikwidowałbym natomiast wszystkie premie i dodatki. Za konieczne uważam przeprowadzenie kolejnej zmiany. Chodzi o to, by polscy sędziowie nie byli jak obecnie w praktyce przypisani tylko do jednego sądu.
Chciałby Pan, by np. sędzia z Krakowa mógł bez przeszkód orzekać w Gdańsku?
- Nie o to chodzi. W razie stworzenia prawidłowo funkcjonującego systemu sądowniczego, a to jest możliwe przez przybliżenie sądów do ludzi, w sądach w małych miejscowościach sędzia mógłby orzekać nie codziennie, ale np. 2 lub 3 razy w tygodniu. W Niemczech sędziowie sądów okręgowych orzekają również w owych małych sądach, raz czy kilka razy w tygodniu. I to tam dobrze się sprawdza.
Nasi sędziowie narzekają, że nie mogą jednej sprawy doprowadzić do końca i wtedy brać następną, bo muszą sądzić każdego dnia inne.
- Winna temu jest m.in. wspomniana już przy prokuratorach statystyka. Znany mi jest przypadek, że w jednym sądzie sędzia postanowił sądzić po swojemu, czyli brać kolejną sprawę, gdy poprzednią zamknął. Krótko trwał przy takiej metodzie, gdyż otrzymał wytyk od wizytatora. Jego wyniki w statystycznym ujęciu były niezadowalające, psuły szyki prezesowi sądu i szefowi wydziału.
Część ekspertów przekonuje, że bez gruntownej rewizji procedury karnej nie będzie poprawy w działalności wymiaru sprawiedliwości.
- Nie podzielam tego stanowiska. Kodeks postępowania karnego był od 1998 r. nowelizowany 35 razy, w tym czterokrotnie w sposób zasadniczy. Najbardziej rozległa nowelizacja z 2003 r. wprowadziła do kodeksu zmiany w około 260 czy 270 przepisach! Czy zmniejszyły się narzekania na sądy, coś się poprawiło? Nie. Oceniam, że po tylu zmianach kodeks jest gorszy, w wielu miejscach niespójny.
Niemal wszyscy teoretycy i praktycy prawa zgodni są natomiast w tym, że należy odejść od zasady legalizmu, czyli wszechstronnego, drobiazgowego wyjaśniania sprawy, na rzecz zasady oportunizmu, to jest koncentrowania się tylko na istotnych kwestiach, dowodach i świadkach. A Pan?
- Nie rozumiem tego hałasu. Przecież prawo nasze pozwala na rozsądne prowadzenie sprawy, czyli w istocie na skoncentrowanie się na ważnych problemach i świadkach. Chodzi o to, by sprawy były wyjaśniane porządnie, nie na chybcika, bo zabrniemy w ślepy zaułek. Zamiast szybkiego i sprawnego procesu, czekać nas będzie niechlujstwo i wtedy dopiero podniesie się larum, że sądy i prokuratorzy zamiast szukać sprawiedliwości, zmierzają w kierunku odbębnienia sprawy. Owszem, należy zmierzać ku zdecydowanie szybszemu kończeniu spraw, ale nie na skróty, tylko przez lepszą organizację pracy. Polscy sędziowie nie są słabsi niż ich koledzy z innych krajów, tylko są znacznie słabiej zarządzani. Zamiast demagogicznego mówienia o wyższości zasady oportunizmu nad legalistyczną, trzeba raczej zadbać, by sędziowie otrzymali dobrze wykwalifikowanych ludzi do pomocy. W innych krajach ograniczają się do badania sprawy i orzekania. U nas - muszą robić niemal wszystko, a czas marnują na biurokratyczne czynności.
Rozmawiał Włodzimierz Knap
[email protected]

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie