reklama

Pomaganie uskrzydla. Zwłaszcza tam, gdzie wciąż jest wiele zła

Grażyna StarzakZaktualizowano 
Asia Stożek nie boi się dalekich misji w trudnych rejonach. Wie, że ludzie jej potrzebują
Asia Stożek nie boi się dalekich misji w trudnych rejonach. Wie, że ludzie jej potrzebują archiwum prywatne
Nie jesteśmy biurem podróży. Nie mamy żadnych ofert. Wolontariusz, który do nas przychodzi, musi nam coś zaproponować. Pokazać, że może coś z siebie dać. Wówczas możemy mu umożliwić wyjazd - mówi Dominika z Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego.

Zaczynali od roznoszenia ulotek. Po kilku miesiącach stać ich było na elektryczny czajnik. Wrzątku starczało na trzy herbaty. Spotykali się na krakowskich Dębnikach. Spartańskie warunki nie były przeszkodą, by snuć wielkie plany i kreślić śmiałe projekty. Wtedy, dwadzieścia lat temu, było ich kilkunastu.

Teraz jest dokładnie 403. I to w różnych częściach świata. W Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym zdobywała szlify między innymi Helenka Kmieć, zamordowana w Boliwii na początku tego roku. Jej śmierć nie odstraszyła chętnych do wyjazdu na misje. Przeciwnie. Do stowarzyszeń, które przygotowują do pracy świeckich misjonarzy, zgłasza się coraz więcej młodych ludzi.

W 1997 r. krakowianka Asia Stożek miała 16 lat. Była uczennicą liceum. W sierpniu poszła na pielgrzymkę do Częstochowy. Z grupą, której przewodzili księża salezjanie. - Byli tam też dwaj misjonarze, którzy przyjechali na urlop do Polski. Słuchaliśmy ich opowieści z szeroko otwartymi oczami. Oni, widząc to, zażartowali, że skoro tak nas interesuje ich praca, to zapraszają do pomocy na misjach - wspomina Asia. Pierwsze spotkanie przyszłych członków Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego odbyło się tuż po wakacjach 1997 r. W poniedziałek, o godz. 19. Do dzisiaj spotykają się w tym samym dniu tygodnia i o tej samej porze. Wśród nich Asia Stożek.

Pierwszą placówką misyjną Asi była wioska w Kenii. Kompletne odludzie. Nie było prądu. Wodę, deszczówkę, gromadzili w zbiornikach. Byli we trójkę. Dwa dni jechali ze stolicy, żeby się tam dostać. Ze światem kontaktowali się przez radio. To było możliwe w miejscowości położonej godzinę drogi od nich. Zadaniem wolontariuszy była pomoc przy remoncie siedziby tej kenijskiej misji. Malowali ściany, zbijali ławki. Byli świadomi, że w tym regionie bardzo dużo dzieci umiera na malarię. Pocieszali się, że ta choroba atakuje głównie osłabione, niedożywione organizmy. Asia była w Kenii kilka miesięcy przed maturą. - Pani od angielskiego, który miałam zdawać i na ustnym, i na pisemnym, prorokowała, że będę miała problemy. A ja wróciłam uskrzydlona. Zdałam na piątkę! - uśmiecha się do wspomnień Asia.

Po powrocie z Afryki przez dziesięć lat pomagała koleżankom i kolegom przygotować się do wyjazdu na misje. Skończyła geografię w UJ. Intensywnie uczyła się też… rosyjskiego. Jej marzeniem była Moskwa, gdzie salezjanie prowadzą sierociniec. Dlaczego tam? - Poznałam Amerykankę, która była na misji i w Afryce, i w Rosji. Porównując swoją pracę w obu tych częściach świata powiedziała, że w Afryce jest wielka bieda, ale jest miłość, a w Rosji nie ma aż tak ekstremalnej biedy, ale bardzo brakuje miłości. W relacjach człowieka z człowiekiem i człowieka z Bogiem. Od tamtej pory czułam, że moim życiowym wyzwaniem jest Rosja - opowiada Asia.

Praca w sierocińcu miała być jej projektem, co najmniej na rok, jeśli nie na całe życie. Do Polski wróciła po trzech miesiącach. Rosyjskie władze nie przedłużyły jej wizy.

Asia Stożek, mimo młodego wieku, jest jedną z najbardziej doświadczonych wolontariuszek. Była na misji w Sudanie Południowym. Opiekowała się dziećmi, które śpią i żyją na ulicy. Przychodzą do miasta z okolicznych wiosek, szukając jedzenia i pracy. Salezjanie umożliwiają im ukończenie szkoły i pomagają odszukać rodziny, z których pochodzą. W tym kraju wciąż trwa wojna domowa. Podpalane są domy. Rozstrzeliwani ludzie. Asia raz znalazła w swoim pokoju nabój karabinowy. Czy się bała? Nie, bo zdaje sobie sprawę, że wszędzie na świecie, nawet w Polsce, może się jej przytrafić coś złego.

Karolina Kufel, obecnie koordynatorka wolontariuszy, tego, co przeżyła pracując w domu dziecka w Tupizie, w Boliwii, nie zapomni do końca życia. Słuchając przeżyć swoich podopiecznych wylała morze łez. - Dzieci, porzucone, opuszczone, często pochodzące z patologicznych rodzin, pomimo swoich kilku czy kilkunastu lat, tyle w swoim życiu wycierpiały, że aż trudno było uwierzyć, że to, co mówią, jest prawdą - wspomina Karolina. Przyznaje, że nie zawsze wiedziała, co ma im w takiej chwili powiedzieć. Z czasem okazało się, że najważniejsze było to, że z nimi jest, rozmawia, słucha i mówi, że je kocha. - Najbardziej przykry był dla mnie moment wyjazdu. Żegnałam się z nimi ze łzami, mając świadomość, że mogę ich już nigdy nie zobaczyć. Każde z tych dzieci „przyjechało” w moim sercu tutaj, do Polski.

Karolina traktuje wolontariat jak powołanie, chociaż życie wolontariusza nie jest usłane różami. Jadąc do Boliwii nie znała języka. Hiszpańskie słówka wkuwała po nocach. Nigdy wcześniej nie opiekowała się też małymi dziećmi. Poradziła sobie ze wszystkim. Będąc w Boliwii udało jej się zebrać w Polsce pieniądze na operację dla małej dziewczynki, która miała poparzone i zniekształcone nogi. - Po operacji, udanej, i rehabilitacji zobaczyłam tę dziewczynkę. Przybiegła do mnie o własnych siłach, dziękując za wszystko - wspomina. Tego nie da się opowiedzieć.

Dominika Oliwa, w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym od 10 lat, także ma za sobą doświadczenia z pracy w Boliwii. Mówi, że zamordowana tam w styczniu tego roku Helenka Kmieć pracowała w miejscowości uważanej za jedną z najbezpieczniejszych w tym kraju. - Ja trafiłam do Tupizy, Helenka do Cochabamby. To duże miasto, ale tam, zwłaszcza w dzielnicy, gdzie mieszkała Helenka, jest bardzo spokojnie. Tym większym szokiem była dla nas informacja o jej tragicznej śmierci - kontynuuje Dominika.

Helenka pojechała do Boliwii wysłana przez Wolontariat Misyjny Salvator, grupę młodych ludzi skupionych przy zgromadzeniu księży salwatorianów. Ich wolontariusze uczestniczyli w szkoleniach organizowanych przez Salezjański Wolontariat Misyjny, który był jednym z pierwszych tego typu stowarzyszeń w kraju. Asia Stożek już na zawsze zapamięta ten styczniowy dzień, gdy jeden z polskich misjonarzy w Boliwii przesłał jej SMS-a z pytaniem, czy wie, że w Boliwii została zamordowana wolontariuszka z Polski. - Blada, trzęsącymi się rękami, wykręciłam numer jednej z naszych dziewcząt w Boliwii. Usłyszałam formułkę „poza zasięgiem”. Zadzwoniłam do drugiej. To samo. Telefon odebrała trzecia. Powiedziała, że robią właśnie zakupy na targu i że z nimi wszystko w porządku. Potem zadzwonił znajomy ksiądz i powiedział, że zamordowano Helenkę Kmieć ze stowarzyszenia Salvator - opowiada Asia. Dodaje, że pomimo tej tragedii wciąż są chętni na wyjazd do Boliwii.

Asia, Dominika i Karolina dzielą się doświadczeniami z kandydatami na wolontariuszy. Cieszą się, że jest ich pokaźna gromadka. Mówią, że widzą w nich szczere chęci niesienia pomocy innym, zapał, entuzjazm. Ale, jak podkreśla Dominika, to nie wszystko. - Dwie najważniejsze cechy wolontariusza to odpowiedzialność i samodzielność. Na misje mogą jechać tylko te osoby, które będą służyły pomocą innym, a nie takie, które same potrzebują pomocy.

Dominika przyznaje, że chętnych jest wielu. Dopiero jednak po dwóch, trzech miesiącach przygotowań okazuje się, kto ma zadatki na wolontariusza. - Niektórzy chcą zobaczyć ciekawy kraj. Kiedyś jedna z dziewcząt zapytała wprost: „Jakie macie państwo oferty wyjazdów?”. My nie mamy ofert. To wolontariusz, który tu przychodzi do nas, musi nam coś zaproponować. Pokazać, że coś potrafi, że może coś z siebie dać. Wówczas my możemy mu umożliwić wyjazd, aby wykorzystać jego talenty - podsumowuje Dominika.

Wszyscy moi rozmówcy twierdzą, że misje zmieniają ludzi. Że stali się dojrzali, bardziej wrażliwi na biedę czy inne problemy drugiego człowieka, że dopiero teraz, po powrocie, potrafią docenić to, co mają. Powrót z wolontariatu to dopiero początek; wyjazd daje kopa do działania na miejscu, do organizowania różnego rodzaju akcji wspierających miejsce i ludzi, wśród których przebywali. - Nazywam ich „komandosami dobroci” - mówi ks. Adam Parszywka, prezes Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, który przygotował i wysłał na misje już kilkaset osób. Wolontariusze mówią o nim, że to ich dobry duch, wizjoner, wulkan energii i kopalnia pomysłów. Kręci przecząco głową, gdy to słyszy. Odwzajemnia się im mówiąc, że mamy wspaniałą młodzież, a do SWM trafia „sama śmietanka”. - To, co zrobiliśmy w ciągu tych 20 lat, nie jest moją zasługą. To nasi wolontariusze mnie podciągają, stawiają poprzeczkę wyżej.

***

„Komandosi” księdza Adama Parszywki, prezesa Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, pracują w 29 placówkach misyjnych, w 22 krajach świata, na trzech kontynentach. Prowadzą zajęcia z dziećmi, pomagają w szpitalach i sierocińcach. Jak mówi ks. Adam, „wolontariusz to skarb nie tylko dla lokalnej społeczności, ale i dla całego świata”. - Inwestowanie w wolontariat i wolontariuszy jest inwestycją w przyszłość, która trwale procentuje w wymiarze społecznym, zawodowym i ogólnoludzkim - podkreśla ks. Parszywka.

Na misjach, w 97 krajach na wszystkich kontynentach, pracuje obecnie ponad 2 tys. misjonarzy i misjonarek z Polski. Wyjeżdżają nie tylko duchowni czy siostry zakonne. Jest też wielu świeckich. „Cywile” wyjeżdżają na krócej, jako wolontariusze misyjni, a na dłużej, jako pełnoprawni misjonarze. O ile polskich misjonarzy świeckich jest około pięćdziesięciu, to wolontariuszy, głównie młodych, wyjeżdża co roku prawie dziesięć razy tyle.

WIDEO: Co Ty wiesz o Krakowie - odcinek 19

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3